Najnowsze komentarze
To w tle to "Planet Caravan" od Bl...
Riderblog umiera to racja DominikN...
DominikNC do: Spotkanie
Riderblog umiera, wreszcie jakiś n...
vfr rzeczywiście jakoś słabo, aż p...
Może każda, kolejna jesień dla mot...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

13.05.2018 21:37

Bez rosy

Spotkałem CB1300. Już na tydzień wcześniej zastrzegł stanowczo, żeby nikogo nie brać. Tylko on i ja, w niedzielę rano, bez świadków.

 

Nie lubi, gdy przyjeżdżam z kolegami, bo uważa, że są za wolni. No może poza K1300R, ale jego też o dziwo tym razem nie chciał. Ruszyliśmy tak samo, jak kiedyś. Jego honda wciąż ma zepsuty włącznik światła hamowania – razi czerwienią bez przerwy od dwóch lat, albo dłużej. Miał dobrze naoliwiony smarem miedzianym łańcuch i zaparowany wizjer w kasku. Nowe uszczelniacze i olej, ale opony troszeczkę popękane. Mimo to wiedziałem, że patrzy na mój motocykl okiem uznanego mechanika. Byłem ciekaw akurat jego opinii, gotowy pożyczyć mu swój GSF 1250 na próbę. Prowadziłem, bo tak zaproponował. Czułem, że się wiercił, coś go bolało. Widziałem to po jego drogowym zachowaniu.

 

Nie jechałem zbyt szybko, bo nie umiem i nie chcę. Uwierzyłem też, że właśnie tak powinien zachowywać się skromny człowiek przed czterdziestką - zwolnić. Gdy wyprzedzałem, robiłem to tylko wtedy, gdy byłem pewien, że obaj zdążymy wyprzedzić jednocześnie. Gdy pokonywałem nierówności zwalniałem na tyle, aby nie uszkodzić obręczy kół. Z kolei gdy przyspieszałem to tylko o tyle, żeby oszczędzać łańcuch i tylną gumę w nadziei, że wystarczy ich na przelot dużo później i gdzieś o wiele dalej. Patrząc przez te wszystkie kilometry na inne, katowane motocykle, przywiązałem się do tego, na czym jeżdżę jeszcze bardziej i szanuję sprzęt. Poza tym dziecko i kobieta w domu, niedziela i w ogóle.

 

Puściłem go przodem. Od razu odpalił petardę. Prowadził duet bardzo dynamicznie, szybciej po prostu się nie dało. Choć wprawdzie kiedyś mógłbym jechać za nim jeszcze szybciej, to teraz ledwo nadążałem. Wyprzedzał bez względu na siebie, na innych i na mnie, skakał po dziurach, przyspieszał tak, jakby chciał mnie zgubić. Na Cervenohorskim tuż przede mną i w środku zakrętu stracił tył, ale odzyskał trakcję, niewiele brakowało do przyziemienia. Przygotowałem się nawet do zmiany linii, żeby nie wjechać mu wtedy w plecy. Pomyślałem nagle o jego dzieciach i jego żonie w ciąży. Zamknąłem gaz, żeby zwolnić motocyklowy nacisk. Miałem wrażenie, że jego błąd to moja sprawka. Odpuściłem. I CB1300 też. Wkrótce mnie przepuścił.

 

  • Jeździsz jak emeryt! – to pierwsze słowa, które wypowiedział na postoju.

  • Wiem, od dawna tak jeżdżę.

  • Na kwadratowo. Myślałem, że zejdziesz na kolano, a ty nic.

  • Omijam łaty na asfalcie, bo zwrotny Broniu na to pozwala. A ty czemu nie schodzisz na kolano?

  • A co mam kości sobie zetrzeć? Daj się przejechać.

  • Bierz.

  • Ale ty jedź moją hondą!

  • Nie, dzięki.

  • Tak to ja nie chcę.

  • To trudno.

  • Gdybym tylko miał takie opony jak twoje, to bym tam tak ci odjechał... Widziałeś jak puścił mi tył?

  • Stary, myślałem, że tak już się nie jeździ... – odpowiedziałem mając na myśli połączenie mocnego, ciężkiego motocykla na starych gumach z agresywną jazdą ponad ich możliwości.

  • Wiesz, co byłoby to dobre na te zakręty? Twój stary gixxer.

  • Nie wiem. Na Bandicie łatwiej się zasuwa. I ma lepszego kopa.

 

Napięcie stało się wątkiem głównym wyjazdu. Zauważyłem, że w przeciwieństwie do dawnych czasów, teraz już mi to przeszkadzało. Broniu nie musi niczego udowadniać. Jakby ziewał podczas przyspieszania za CB1300. Wydawało mi się, że prędkość jaką honda osiągała na pierwszych biegach, była podobna do mojej, jednak dłużej ją osiągała. Aż miło było pomyśleć jak zachowuje się duży bandzior na fabrycznie dobranych zębatkach, skoro już teraz nie ma problemów. Ta tylna w suzi ma o dwa zęby mniej, niż oryginał. Do tego zwiększył się ruch na drodze. Prowadziłem do domu, ale jak zwykle drogą trochę dookoła.

 

  • No to daj się przejechać – przemógł się i powiedział to na koniec niedługo po tym, gdy pokonał GSF długo utrzymując wartość powyżej drugiej setki na pierwszej, dłuższej prostej.

 

A mi po prostu nie chciało się go dogonić i wyprzedzić. Wcześniej bywało różnie w takich sytuacjach.

Gdy odjechał, słuchałem brzmienia własnego motocykla w dali, pracującego mocno pod szybkim gościem. Byłem zdumiony, że wprawdzie jest słyszalny, ale znów nie aż tak głośny, jak mogło mi się wydawać siedząc za sterem. Ładnie strzelał PAIR-em na zamknięciu. Kolega jednak nie wiedział co zrobić, żeby Bronek wybuchał dodatkowo na przepięciach biegów. Ja wiem.

Już po zakończeniu jazdy próbnej na GSF1250 miał zastrzeżenia do pracy skrzyni biegów, która według niego pracuje zbyt twardo. I do wielkości samego motocykla, który w porównaniu do CB1300 jest za mały i lekki jak skuter. Kiwał z uznaniem głową w odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób według niego pracuje silnik i jak brzmi. Wiedziałem, że tak naprawdę podobało mu się dużo więcej w tym motocyklu. Był zaskoczony, że GSF 1250 nie wygląda na to, jak jeździ. Szczególnie w porównaniu do Hondy CB1300. Wiedziałem, że po tamtej przejażdżce w niedzielę nie odezwie się znów przez dwa miesiące.

 

  •  
    • Popatrz tylko na moje opony. Przecież rano były dobre, a teraz są łyse po bokach od brania zakrętów - zauważył – Ty niby: pitu pitu, a jest jedenasta przed południem i od rana wybiło nam 250 kilometrów. Miałeś wysoką średnią prędkość.

    - Szkoda czasu na pogawędki. Było dobrze.

  • Było bardzo dobrze!

 

******************************************************* **

     

O tak wczesnej porze na alejce z nowym asfaltem za miastem nie ma nikogo. Można tam wtedy otworzyć przepustnice szerzej, bo poranki w majowe niedziele nie niosą wilgoci. Powietrze jest jeszcze czyste, rześkie i bez odrobiny rosy. Nie to, co oślizgła mgła i chłód w sierpniu. Broniu musi mieć dwójkę na wysokości ostatniej szklarni wzdłuż drogi, a wtedy jego brzmienie po minięciu ostatniej z tych zapadających się w sobie konstrukcji, gwałtownie rozlega się w przestrzeni.

 

Założyłem też, że grzmot podwiniętej i obciętej na krótko, bo tuż za piętą buta dwururki jest podwojony przez ostatni mijany szklarniowy tunel, a uwięziony tam na chwilę, eksploduje po drugiej stronie, tuż przy pobliskich domach. Na krótko, ale niepokojąco wyraźny. Znienawidzony. Na pewno potępiony.

 

Mniej więcej w połowie długości tamtej drogi jest kilka domów, które jeszcze śpią. I wzniesienie przy nich, którego normalnie prawie nie widać, ale dzięki któremu można na chwilę i odrobinkę podnieść przednie kółko przy 133 kilometrach na godzinę na wyświetlaczu. Taka mała przyjemność na początek dnia.

 

Kilka następnych skrzyżowań, zakrętów, mostek i ostatnią prostą fajnie jest pokonać na fali momentu obrotowego, który w Bronku jest dostępny od razu i już przy trzech tysiącach na obrotomierzu. Komputer i elektronika sprawia, że do każdego otwarcia wystarczy krótki ruch nadgarstka, na lekko, na już. Inne, nawet superszybkie motocykle mają to samo, ale dużo później, bo na większym wygięciu łapki. Muszą wyć, żeby z podobną siłą odepchnąć się z miejsca. A zanim zawyją, nie jadą aż tak. A potem w konsekwencji takiego uderzenia mocy wyciskają aż trzysta kilometrów na godzinę. I żeby utrzymać się w linii przy tej prędkości każą siedzieć niewygodnie. Cierpienie i męka za kierownicą, często długie ramy, ciężkie plastiki po to, by dwa razy na pół roku osiągnąć tak dalece wysuniętą barierę osiągów. Bo ta nie jest możliwa do osiągnięcia na co dzień. Wymagają też większego zdecydowania i kontroli. Jeszcze bardziej nie wybaczają nieuwagi, rozkojarzenia, ludzkiej słabości. Bronek ma trochę inaczej. Nic nie musi. 300 nie jest mu potrzebne, ale prawie 250 to może i tak. Da się wytrzymać zwijając się w kulę.

 

Obły z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego jeszcze bardziej rozjaśnił sprawę: o wiele łatwiej jest jeździć na silniejszych, ale współczesnych motocyklach. Dzięki temu można to robić także szybciej. Być może Valentino Rossi o tym wie, w przeciwieństwie do młodszych zawodników. Dlatego wciąż jest równie szybki jak niektórzy oni, którzy nie są tej wiedzy i doświadczenia do końca świadomi. Dlatego mają fochy, żądają wsparcia i pocieszenia. Tłumaczą się. Dwusuwowe, wściekłe „pięćsetki” bez elektroniki musiały być potworne jak na obecne standardy. I stare GSX750R też.

 

Link do migawek z niedzielnej przejażdżki z CB1300:

 

https://www.youtube.com/watch?v=xn8WQ_7q48o

Komentarze : 2
2018-05-15 21:52:34 okularbebe

jazda na kuli, wiem, o czym piszesz. Staram się nie czytać ogłoszeń z motocyklami, póki co. Można tam znaleźć i lepsze i gorsze od własnych maszyn. To wywołuje porównania, co może mnie trochę frustrować.

2018-05-14 21:42:20 jazda na kuli

"patrząc przez te wszystkie przejechane kilometry na inne, katowane motocykle przywiązałem się do tego na czym jeżdżę i szanuję sprzęt" - celnie i w punkt
Czaem widzę fajne moto np. Multi z 2011 i zaczynam wgłębiać się w ogłoszenie. Patrzę na deklarowany przebieg np. 60k i myślę sobie : czy to moto było tak dbane jak moje? Co działo się przez te 60k? Jak go zimowano i rozzimowywano? Jak kopano w skrzynie? Jakim uczuciem obdarzano? I wtedy odchodzi mi ochota na zmiany znowu na jakiś czas :)

  • Dodaj komentarz