Najnowsze komentarze
Motolupa, czy mógłbyś do mnie napi...
Alonzo1111 do zdjęcia: -
test
test
Dzieki chlopaki, słuszne uwagi. Po...
Siemka Jeżeli zacisk przy przedni...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

11.01.2015 11:15

Fragmencik wrażeń z jazdy - część siódma. Szybki

Wraz z przekroczeniem polskiej granicy uległo zmianie bardzo wiele, jeśli nie wszystko. Ulewa tymczasowo została po słowackiej stronie wraz ze spokojnym rytmem życia tamtejszych turystów. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tuż po minięciu tablicy drogowej z napisem Polska trafiłem na… korek. Albo raczej swoiste utrudnienia w ruchu. Wąskie drogi były wciąż pełne zakrętów, lecz pozbawione poboczy. To oznaczało, że sto tysięcy ludzi wraz z i ich samochodami musiało gdzieś pomieścić się na tym terenie. Motocyklem można powoli omijać te zaparkowane na drodze i blokujące przez to przejazd innych pojazdów, jednak odbywało się to z mozołem procesji wokół kościoła. Rozumiem, że nie tylko ja lubię góry, lecz nie spodziewałem się trafienia na tak zatłoczoną okolicę. Wozy, konie, góralskie przebrania, oscypki, stragany, pensjonaty i wolne pokoje. Tłumy wylewające się z lasu i chodnika wprost na jezdnię przed koło. Niefajnie.

W tym zamieszaniu ominąłem dwóch motocyklistów, którzy wcześniej jadąc w jaskrawych „workach” przeciwdeszczowych znudzili się jazdą za mną i wyprzedzili mnie błyskawicznie znikając na mokrej jezdni. Teraz musieli jednak zatrzymać się obok straganów, żeby na powrót rozpakować się pod wpływem rozgrzewającego ich worki słońca. Jego promienie rozpoczęły proces suszenia także i mojej odzieży. Nie wyswobodziłem się z tej gęstej jak galareta atmosfery, aż do Nowego Targu. To tam przy jakimś wiadukcie i na terenie po bazarowego śmietnika zatrzymałem motocykl obserwując oddalającą się wraz z przebytą drogą powrotną koronę Tatr, teraz także, jako tła dla unoszącego się szybowca. I życie miasta w tych ostatnich dniach wakacji. Stałem na pustym zaśmieconym placu, sprawdzając mokrą mapę. Przypływ pozytywnych emocji tak jak podczas jazdy na rowerze nastąpił już wcześniej, zatem nic nie mogłoby mnie wytrącić z tego lekko podmęczonego trasą, ale z pewnością błogiego stanu. Było trochę po godzinie 16. Zatem do zmroku pozostały jeszcze ze cztery godziny. Zakładałem, że to w sam raz na pokonanie „zakopianki” i wydostanie się na autostradę A4, gdzie najłatwiej i najprzyjemniej byłoby wracać w ciemnościach i ulewie, która na mnie gdzieś tam z pewnością czekała.

Zakopiankę znam tak, jak chyba wszyscy: z urlopowych, rodzinnych wyjazdów. Ale przy tym też z planowania i pragnienia bycia chytrzejszym niż wszyscy chytrzy. Z ważenia dylematu, czy wracając do domu skręcić na Zator, czy pójść prosto na Kraków. Czy spędzę osiem godzin w drodze, czy jadąc praktycznie w nocy tylko cztery… To robi różnicę, gdy poznało się zalety jazdy na motocyklu, na którym zazwyczaj nie czeka się na nic, a jeśli już to niezbyt długo. Tylko tyle, ile samemu się zechce.

Jednak jadąc pierwszy raz tamtędy na motocyklu doznałem poniekąd spodziewanego odkrycia. Korki ominąłem bokiem lewym lub prawym i „w trymiga”, choć nie bez niewielkiego trudu ze względu na niezbyt szeroką jezdnię. A utrzymanie dość żwawego tempa przelotu pozwoliło śmiało uderzyć na Kraków bez obawy o stratę czasu. Do tego, pewien kierowca opla z logotypem wielkiej firmy-matki na klapie, planami sprzedaży na głowie i motywacją odniesienia sukcesu poprowadził mnie niemal za rękę. Dzięki podsłuchowi poprzez radio CB i nadmiernej prędkości na całym, wspólnym odcinku. Dzięki, menedżerze.

Gdzieś na tamtej krętej drodze spostrzegłem rozlany olej, którego linię kreślił wleczący się prawym pasem traktor wyładowany słomą. Gdzieś indziej gość z telefonem przy uchu dzwonił po pomoc wpatrując się w swoją parującą jeszcze Octavię wyrzuconą z drogi przez płot do czyjegoś ogródka na zakręcie. Gdzieś ktoś skręcił w prawo, migając w lewo. Ot zwykły dzień na zwykłych drogach.        

Kiedy jednak przez moment - jak mi się wydawało, uciekałem przed oślepiającą baterią reflektorów świateł drogowych, doznałem większej dawki adrenaliny, a zaraz potem sromotnej porażki. Zakręty, które tam pokonywałem można spokojnie przejechać z jeszcze większą prędkością. Asfalt szorstki, droga dwujezdniowa. Można kluczyć na dwóch pasach naprzemiennie w zależności od prędkości i układu przycinanego zakrętu. Szeroko i czysto. Jednak miałem zamiar dowieźć do domu te wspomnienia i nie zbliżałem się do limitu, choć nie ukrywam, że trochę bardziej przyłożyłem się do drogi wiedząc, że znów dogoniło mnie coś szybkiego.

Pojedyncze światło widoczne w lusterkach, zasłaniały teraz bariery dźwiękochłonne na kolejnych zakrętach lewo/prawo, jednak już za chwilę tajemniczy motocykl znalazł się tuż za mną, co nie było dziwne. Nietypowe było to, że stało się to o wiele wcześniej niż się spodziewałem. Ponieważ najbliższy zakręt zapowiadał się w prawo od razu po wyprzedzeniu osobówki zająłem prawy pas wpisując się w ten sposób w łuk. A przy okazji mając lepsze wyjście do wjazdu w kolejny, natychmiast występujący po prawym zakręt w lewo. W momencie zawisu mojego małego motocykla w pochyleniu, sąsiednim pasem dosłownie przeleciała Hayabusa z gościem za sterami, który dziwnie siedział na motocyklu. A właściwie to podrygiwał szarpiąc się z maszyną, którą po prostu trzymał blisko smutnego końca. Kątem lewego oka mogłem widzieć wężykujące w zakręcie i pochylone na krawędzi gumy potężne suzuki. Ale też w tamtej sekundzie tak tylko mogło mi się jeszcze wydawać. Po tym, gdy jednocześnie przerzuciliśmy motocykle w łuk lewy, duże suzuki chyba dopadło to, co czasem dopada moje małe. W naprzemiennych, szybkich zakrętach rama po prostu nie daje rady i nie chce pozostawać wciąż sztywną strukturą wprowadzając całość w minimalne falowanie, co w skrajnych przypadkach może owocować utratą przyczepności. Facet jednak w odpowiedzi przepiął bieg w dół, a maszyna pod nim zagrała jak zwierzę ścięte batem. I to dźwiękiem, o jaki nie podejrzewałem seryjnego wydechu z tłumikami o tym dziwnym, nowoczesnym kształcie. Jednak motocykl zrobił coś, co w tych warunkach mogło uchodzić za irracjonalne. Tylna opona o szerokości 190 mm wypuściła spod siebie na asfalt czarny, stopiony ślad ustawiając motocykl w slajdzie przy chyba maksymalnym pochyleniu. Zawieszenie tylne „busy” zapompowało wraz ze zmianą obciążenia i tonu brzmienia silnika utrzymywanego na wysokich obrotach. Pompowanie wygięło kilkukrotnie wahacz, jak przy „wytelepanym” amortyzatorze.

– „Zaraz pójdzie w maliny” – przemknęło mi przez głowę jednak gość wyszedł z łuku, wyprostował, zamienił się w kulę i po prostu odjechał. Zerknąłem na zegar – 130 km/h. Przymknąłem gaz i z podziwem obserwowałem jego ślady slajdów na lewym pasie, które powtarzały się niemal do samego Krakowa…


 

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz