Najnowsze komentarze
"Również dzięki seryjnemu, niedoty...
Taki youngtajmerek bajeczka. Mi si...
Kierownica była ustawiona na wpros...
jazda na kuli niezalogowałem się do: Smarując linkę
Żeby ten Harley się dżwignął do pi...
jazda na kuli, wiem, o czym piszes...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

14.03.2018 22:34

Harley z ogólniaka

 

  • Jedziesz coś? - zapytał nagle harley.

 

Krople deszczu jak pociski dudniły o moją uniesioną i zaparowaną szybę kasku, moje serce waliło tak, jak jego silnik na postoju, że o mały włos nie wypadło z ramy, a on na twarzy oprócz wody miał tylko skromne okularki. I jeszcze ten uprzejmy uśmiech. To jedyny harley, za którym zawsze niezwykle trudno jest mi nadążyć. Jest tak dobry, że podczas jazdy w deszczu wkrótce nie dałem rady i odpuściłem. Jedynie gsx750r jadąc synchronicznie i bezpośrednio za nim, potrafił się utrzymać. Zgubili mnie i wracałem sam w biblijnej ulewie, zdany tylko na siebie. Pokonany i zdumiony tym, jak wiele powinienem się jeszcze nauczyć.

 

Jeździ zawsze w otwartym kasku bez szyby, nawet gdy obok drogi na śniegu potykają się narciarze i jest jeszcze zbyt zimno na jazdę motocyklem w górach. Tak, jak ostatniej niedzieli w Czechach. Minęło trochę czasu, nie ma już tych naszych, porządnych kolegów, którzy żyli zbyt krótko, a życie również przez to ma jeszcze bardziej jaskrawe barwy. Ale ten harley od niedawna jest prezesem najstarszego w Polsce klubu tej marki. Musiałem sięgnąć po drugą stówkę, żeby go dogonić. Z początku nie było to łatwe jak zwykle, lecz Broniu to już nie tamta, gaźnikowa Inazuma 750. Biorąc głębszy oddech, jego szpryca podała większą dawkę benzyny, przepustnice wpuściły więcej tlenu i w końcu go dopadliśmy. Po krótkim powitaniu w locie, dalej wracaliśmy razem. Jak za dawnych, dobrych czasów. Mogłem jechać nawet na ukos po prawej, aby nie zasłaniać tyłów i odprężyć umysł. Schować się w cieniu kogoś kompetentnego. Stać się skrzydłowym klucza. Dobrowolnie i w drodze wyjątku uznać taką hierarchię.

 

  • Bierz i jedź, zobacz jak jest – zachęcił na postoju w grajdole.

  • Dobra – zgodziłem się ku własnemu zdziwieniu, bo nigdy nie wsiadam na inne motocykle, gdy obok czeka mój, jakikolwiek. Nawet na nie nie patrzę, aby być w porządku, nie zdradzać. W odwecie jednak proponuję: – Bierz Bandziorka.

  • Nie, dzięki.

  • Haha, jemu nie wolno już jeździć na japońskich! - dopowiedział XJ600, który wpadł tam na chwilę, bo szukał mleka, ale zamknęli Biedronkę. I być może miał rację, bo harley nic więcej już nie powiedział. Status związków wiele uniemożliwia, za to bardzo zobowiązuje. Wyłamanie się z narzuconych zasad jest zbyt ryzykowne. Przykre i nieopłacalne. Skandaliczne obyczajowo w niektórych kręgach.

 

Harley od zawsze do mnie przemawiał. Wnikam w jego charakterystykę bez potknięcia, rozumiem przesłanie wszystkich jego modeli, z którymi miałem okazję się zetknąć. Traktuję je inaczej. Bo przejrzałem je prawie na wylot. Już w szkole, gdzie w ręce wpadł mi podręcznik o sztuce. To tam zobaczyłem kadr zdjęcia modelu Heritage Softail z żabiej perspektywy. Pokrywa piasty, gruba opona przedniego koła, szeroka kierownica, chrom – wszystko wznoszące się wysoko ku niebu. Mogłem patrzeć na ten obrazek nieustannie i podziwiać, gdy natchniona sztuką kobieta prowadząca lekcję w tle, mówiła w kółko to samo, używając takich słów jak: „monumentalizm”, „kolumna” i „przestrzeń”. I wtedy ufałem, że wszystko jeszcze może się zdarzyć.

 

Potem zobaczyłem harleya podobnego do Heritage Softail z obrazka po raz pierwszy na żywo na zlocie w Siołkowicach w 1996 roku, gdzie zawiózł mnie ojciec. Zrobiłem jemu i tym podobnym motocyklom mnóstwo zdjęć i szkiców. Wszystkie wykadrowane w ten sam sposób jak tamto ujęcie z podręcznika. Wszystkie wyglądały pięknie, ale w jakiś sposób szwankowały. Do dziś zgubiłem lub rozdałem je wszystkie. Nie zatrzymałem niczego. Żadnych obrazów z przeszłości, poza jednym. Tym z ogólniaka.

 

  • Siwy, kurwa mać! Nie mam wolnych obrotów! - krzyknął znad kierownicy pijany półbóg bez koszuli, gdy jego harley zdechł na środku pobojowiska, czyli dawnej łąki na terenie zlotu.

 

Nie miał wolnych obrotów, nie działał. Siwy o tym nie wiedział. Leżał zamroczony gdzieś bez ducha i też zgubił jakiekolwiek obroty, zalany do reszty.

 

*********************************

 

Springer Softail z 2005 roku okazał się łagodnym, wybaczającym błędy motocyklem. To maszyna stabilna, mimo konserwatywnej konstrukcji przedniego widelca i podskakujących dziarsko na oczach jeźdźca archaicznych sprężyn zawieszenia. Choć przez to rozwiązanie utrzymano tę maszynę w starym stylu, to jeśli jej nie przeszkadzać, pojedzie sama, jak po sznurku. Po zakręcie wystarczy puścić ster, zwolnić nacisk i sama wróci do linii jazdy po prostej. Można na niej wykonywać dość gwałtowne manewry, ale lepiej unikać nadmiernych przeciążeń. Wyważenie i geometria motocykla zaowocowały powstaniem konstrukcji oferującej kierowcy właściwe wyczucie. Tyle, że zastosowano tak twarde sprężyny i siodło, że na dłuższą metę motocyklista będzie tak zmęczony, jakby sam kręcił kołami, zamiast silnika. Masa własna tego harleya spowodowała, że trzeba nieustannie walczyć ze sporą bezwładnością. Aby wykonać manewr, trzeba nadać impuls kierownicą, naciskiem lub przeciwwagą do zmiany kierunku i powrócić do wyjściowego położenia, zanim manewr rozpocznie się na dobre. Inaczej, czyli jeśli naciskać motocykl aż do chwili, w której zacznie skręcać zbyt głęboko, manewr nie zakończy się w planowanym miejscu. Pod dobrym jeźdźcem maszyna jednak jest w stanie zrobić prawie wszystko tak, jak trzeba. Tym bardziej, że prezentowany Springer Softail uzbrojony został w moc dodatkową od Power Commandera. Silnik miał w sobie diabła.

 

Pod wieczór pędziłem obwodnicą, wsłuchując się w pracę tego dwucylindrowego silnika o dużym skoku tłoka i świetnym jak na harleya wyważeniu. W dali po prawej, pośród zimnych pół obracało się rodzinne miasto szykując się do snu, wraz z jutrzejszymi problemami. Sąsiedzi z psami zatrzymywali się i patrzyli w moją stronę, nie rozpoznając mnie na tym motocyklu. Dla nich byłem kimś innym. Tylko ja i ten harley wiedzieliśmy, że jedynie kimś dawnym. Wszystko to - kierownica, chromy, monumentalny zarys motocykla, czy puls pracy jego silnika miał w sobie coś pierwotnego. Przypominał tamten obrazek z podręcznika o sztuce sprzed dwudziestu lat. Wydawać by się mogło, że motocykl widziany z żabiej perspektywy na obrazku w ogólniaku, właśnie się poruszył. Popatrzył na mnie, bo odebrał sygnał i wspólne hasło z innej galaktyki. Choć to niewiarygodne, złapaliśmy kontakt. Nie umiałem tego przeanalizować, bo i po co. Skoro tak jest super.

 

  • A gdzie ty się podziewałeś przez te wszystkie lata? – wydawał się pytać wprost harley.

  • Myślę, że dawne marzenia były dobrymi marzeniami i chociaż akurat te się nie spełniły, cieszę się, że w ogóle je miałem – odpowiedziałem obrazkowi z przeszłości.

 

Wracałem w milczeniu. Na stacji paliw czekał mój Broniu i właściciel harleya, któremu nie wolno na tych japońskich. Wokół szalał jeszcze pęd wiatru, pode mną pracował silnik w charakterystyczny sposób - wyważony, spokojny. Gdzieś w szafie trzymam jeszcze skórzaną kamizelkę, kurtkę i gacie z rzemykami. Czekają na właściwą okazję. Choć tak bardzo nie lubię frędzli i rzemyków u starszych facetów. Nawet na przegubie ręki. Bo bywają niefajni.

 Poniżej link do tamtej przejażdżki:

https://www.youtube.com/watch?v=WL5JIbdIN1U&feature =youtu.be

Komentarze : 3
2018-04-08 19:13:32 Jsjsjs

Ausu

2018-04-08 19:12:36 Susu

U

2018-04-08 19:11:51 J

J

  • Dodaj komentarz