Najnowsze komentarze
Gwoli ścisłości: nie mam nic do Wz...
Hehe Wzorzec i jego nowiutki bokse...
ptwr2 do: Bez prądu
"Moja" właśnie nie miała tych harm...
MZ ETZ 251 zdemoralizowała mojego ...
ptwr2 do: Bez prądu
Podobno w wieku 4 lat ludzie zapom...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

10.10.2017 21:53

Na drodze 445

Białe coś na dwóch kołach, pochodzące chyba z Chin nie miało nazwy. Miało za to przyklejony taśmą do widelca błotnik przedni. Właściciel nie przykrył go niczym, ani nie odprowadził w zadaszone miejsce na czas panującej od tygodni przejściowej ulewy. Nie dbał o to. Mimo, że jednoślad wiernie służył mu na co dzień i wciąż działał.

Przechodząc obok białej maszyny na cienkim kole, rzuciłem okiem na mini kokpit. Skala użytecznych obrotów na zegarze sięgała dziesięciu tysięcy. Miał tam wszystko, co potrzeba. Oprócz tak zwanej gęstości w konstrukcji i jakiegokolwiek splendoru.

 

  • Co, podoba się? - padło niespodziewane pytanie od właściciela.

  • Hm, kręci to trochę...

  • Nie ma zbyt wielkiej mocy – sięgnął do roboczych spodni po paczkę papierosów, odpalił i dodał: - Ale jak się rozpędzi, to idzie fest.

  • Wiem, jeżdżę na podobnym, ale w normalnym rozmiarze.

Na nowej oponie Broniu przestał wierzgać. Bo ta nadmierna, niewytłumiona dzikość dała o sobie znać jakiś czas temu. Czyli już po jakimś czwartym tysiącu kilometrów, spodziewanie szybko. Mikro fałdy i pory na powierzchni tylnego ogumienia zostały wytarte na gładkie szkło, twardy bakelit, czy śliski ebonit. Poczułem to pewnego dnia przy otwarciu na wyjściu z ronda, na drugim biegu w jasny i suchy dzień. Potem na trzecim. Potem często przy mocniejszym hamowaniu, potem po redukcji o dwa w dół, na szybko. Wprawdzie wszystko to może dziać się podczas dynamicznej jazdy, byle nie zbyt wcześnie, byle nie zbyt łatwo. To były pierwsze z objawów.

 

Załamanie struktury, ten uformowany na nowo, wytarty kant obok spłaszczenia w obłości opony wpadał na nierówność w środku zakrętu i motocykl niekulturalnie odpowiadał. Szarpał się. Twarda w tym miejscu, zużyta opona wprawiała całość w dreszcz nerwowego napięcia. Zupełnie tak, jakby wraz z malejącą warstwą gumy uciekała gdzieś opanowana, przewidywalna dusza motocykla, jego sprężystość reakcji. Co ciekawe, to był taki sam dziwny dreszcz, jaki kiedyś odczułem na testowym, nowym XJR 1300 toczącym się na oponach o przebiegu zaledwie 64 kilometrów. Wtedy myślałem, że tak musi być na takich motocyklach. Gdy po zakupie ładowałem Bronia na pakę ponad rok temu cieszyłem się w duchu, że tak właśnie nie robi. Że zawsze jest całkiem spokojny w prowadzeniu. Ale tamto wrażenie wywołane zostało z innego powodu: XJR 1300 opierał się na przestarzałym konstrukcyjnie tylnym zawieszeniu. Z podwójnymi spiralami sprężyn z górnej półki, które wcale nie pomagały, tylko wyglądały. Bez odpowiedniej sztywności ramy i wahacza, dygotał on, porażony, po samą kierownicę, która kiwała się na boki po każdej nierówności w środku zakrętu. Przez to prostowała linię jazdy wbrew wszystkiemu. Protestował nawet jego porządny widelec. Ponieważ kierownica jak wahadło łamała zasady, motocykl ten wymagał przyłożenia siły. Bo tamten obcy XJR1300 zachowywał się trochę tak, jak ciężki wóz terenowy z ramą, sztywnym mostem i nadmierną masą innych elementów nieresorowanych na jezdni, gdy robi się dynamicznie. W którym pod wpływem każdego podskoku tylnego koła na nierówności, mogłyby powypadać lusterka z mocowań i osłony przeciwsłoneczne w kabinie terenówki. Aż po przedni kierunkowskaz i zderzak wszystko jakby dzwoniło, drżało całe poszycie z blach. Wóz rezonował tak, jak na zużytych amortyzatorach.

 

  • Bronek, tylko mi nie mów, że to już? - pytałem, a on nic – Że maniera taka, jak u tamtego, nowego XJR?

 

Tylko chybotał się, łamał linię, kantował najładniejsze łuki. Trącił obciachem. Zaczynałem podejrzewać oponę. Bo balansował na krawędzi oponiarskiego wytarcia, jak na niewidzialnym krawężniku. Na zmianę: leciał w dół, albo nie chciał ugiąć się dla głębszego pochylenia. Niewiarygodnie, beznadziejnie uległ zwyczajnemu zużyciu opony. Tak jak mój pierwszy GSXR poddał się. Inne moje motocykle aż tak nie miały. Żeby w ogóle nie trafiać w punkt, w linię? Nie były tak wyostrzone w reakcji, czy co? Planowany z góry jeszcze przed zakrętem kąt pochylenia dla Bronka stawał się tylko rozmytą, senną marą. Niebezpieczną, bo często wywalczoną pod presją. Raz płycej, raz głębiej, niedokładnie. Minimalna głębokość bieżnika 1,6 mm nie została jeszcze osiągnięta, a intuicja prowadzenia w zakręcie i pozostania w nim wypadła już z gry na dobre. Trzeba było stać się bardziej metodycznym w działaniu tak, jak na cruiserze. Trochę jak na nieprzewidywalnej bestii. Przyjąłem jednak reguły tej nowej, dziwnej przypadłości. Wierzyłem, że jakoś dociągnę do momentu rytualnego spalenia. I udało się. Wióry, które wkrótce wysypały się pod wpływem siły odśrodkowej z tylnego koła, uwidoczniły jak słaba konstrukcyjnie była już ta opona.

 

**********************

 

I założyłem ją po raz trzeci. Znów taką samą. Nie chodziło tylko o to, że okazała się tania. Jest tak dobra, że gdy w końcu osłabnie, parametry jazdy staną się katastrofą. Jazdą bez turbo. Bez resorów. Bez ugięcia i wyrozumiałości. Bez tej sprężyny w odczuwaniu. Lekki, dość dynamiczny SUV zmieni się w terenową, ciężką kłodę na ramie, która nie reaguje od razu, albo bez uprzedzenia się ślizga. Zwłaszcza w porównaniu do tych minionych, dobrych dni, gdy opona kleiła, tłumiła, szybko się rozgrzewała. Pozwalała dobrać kąt jaki zechcesz i wybaczała wszystkie, karygodne błędy natychmiast. Dawała z siebie wszystko z taką łatwością, że nawet K1300R zadumał się kilka razy nad tym, co ona oferuje w pewnych warunkach, gdy Broniu poprzedzał na krótko akcje na drodze. Wykluczył ją jednak z powodu podejrzenia o jeszcze szybsze zużycie pod wpływem własnej, dwukrotnie prawie większej mocy. Wolał Pirelli, które rzeczywiście jest o wiele lepsze. Na przykład w zachowaniu przyzwoitej równowagi pomiędzy agresywnym lotem rakiety, w jaką czasem zamieniał się Broniu, a długotrwałą żywotnością. Na desce kreślarskiej w ogóle nie ustalono żadnego kompromisu. Wiem, że nawet na desce, bo byłem w fabryce, gdzie powstaje w Niemczech i mogłem zobaczyć tam takie. I tylko o to cały czas chodziło w kontekście bezpieczeństwa podczas szybkiej jazdy na drodze numer 445. Jeśli opona została prawie skończona, należało ją od razu przypalić i po prostu wyrzucić. Dłużej nie kombinować, nie męczyć się niepotrzebnie.

 

Z800 mówił, że widelec Bronka nie dawał rady, że jest za miękki, że to źle. Gdy porównaliśmy oba motocykle na postoju, jego w pełni regulowany widelec miał mocniejsze tłumienie odbicia. Podnosił się wolno, niemal ziewając i później niż Broniu osiągał punkt wyjścia na górze. Może na płaskim torze byłoby to wspaniałe rozwiązanie, ale na nierównych zakrętach w powiecie chyba już mniej. To jasne, że Z800 jako były zawodnik w motocrossie wiedział więcej. Na przykład o tym, że takie „ziewające” ustawienie zapobiega niepożądanemu w warunkach terenowych wybiciu. Podobno przód i tył powinien z taką samą szybkością powracać do punktu wyjścia. Broniu takim akurat ustawieniem dysponował, a Z800 nie. Przód i tył wracał u niego do góry różną prędkością. Ale to Z800 zauważył jako pierwszy, że Bronkowi nadmiernie ślizgał się tył na zajechanej oponie. W dodatku cały dystans pokonałem na zbyt niskim ciśnieniu (max 2,5 zamiast 2,9 bara). Warto posłuchać tego, kto wie więcej o nastawieniu do jazdy.

 

***********************

 

Nie było kurzu, który w końcu opadł. Ostatecznie długo padający na to wszystko deszcz i wiejący teraz zimny wiatr – taki jak ten wirujący właśnie wokół motocykla przy stu trzydziestu, uprzątnęły go z powierzchni popękanego asfaltu i pobocza. Jeszcze niedawno zielone wzgórza przy drodze 445, teraz w końcu zaczynały przybierać pożółkłe, jesienne kolory. Widać było też kilka przewróconych dawno temu samotnych drzew, które wyschły. Wyglądały jak szare skały z ogołoconymi koronami. Z lekka falując kołysały się nieskoszone trawy, wirowały niezmiecione i niespalone jeszcze pierwsze, żółte liście. Nie było widać nikogo w dali. Nie było nawet słychać żadnych motocykli, K1300R też pozostał w garażu, było już za zimno dla jego Pirelli. To wszystko sprawiało wrażenie powstania tego świata kiedy indziej i dla kogoś zupełnie innego. Ale przez to w jakiejś części także dla Bronka na nowej oponie.

 

Tylko komin na jednej z kilku posesji na przeciwległym zboczu wysnuł zaokrągloną i prawie nieruchomą smugę dymu. Gdyby nie eternit i wyblakłe tynki, widok mógłby przypominać Alpy Wschodnie na jesień. Obok chałup znajdowało się wielkie pastwisko z parą koni. Bronek potoczył się w tamto miejsce z wielkiej góry na wyłączonym silniku przypadkiem. Po prostu za rogiem chałupy, spotkał konie. Od tego momentu i podczas postoju jedno ze zwierząt w ogóle nie spuszczało go z oczu. Strzygło uszami na znak, że ucieszyło się na widok motocykla i że ogólnie było dobrym nastroju. Bronek łypał swym pojedynczym reflektorem nic nie mówiąc. Koń też. Zresztą koń i motocykl to przeciwieństwa. Nie przyciągały się. Jak łysa opona i zużyta podkowa. Jak skóra i derma, jak silnik i serce.

 

W końcu po odpaleniu Bronia zaskoczony, ale nie przestraszony rumak podniósł łeb z zainteresowaniem. Później na drugim zakręcie, na dole wielkiej góry, leżał motocyklista. Wokół niego zabrała się grupa ludzi. Kobiety pochylały się nad leżącym – nie ruszał się, ale oddychał, kontaktował. Motocykl został już podniesiony. Bronek zamknął mimo tego, że od zaledwie chwili miałem wreszcie za plecami Czecha na starszym Bandicie z olejowym silnikiem, którego goniłem od samej góry. Nie chciał, abym dogonił go od razu. Zatrzymałem się na środku zakrętu. Okazało się, że karetka była już w drodze, a motocyklista chwilowo nie potrzebował dodatkowej pomocy. Czech nie ominął mnie, lecz poczekał, aż ruszę. W drodze z powrotem na górę, tym razem prawie od razu pozwolił się wyprzedzić. Jak wszyscy inni. Motocyklista siedział już prawie samodzielnie na jezdni. Na szczęście, bo zakładałem, że wcześniej nie dogrzał opon na zimnym już asfalcie.

 

Komentarze : 2
2017-10-12 18:02:19 okularbebe

To prawda, konie przetrwają w każdej formie, nawet te mechaniczne. I też można na nich zrobić sobie "ziazi", gdy poniosą.

2017-10-11 11:59:59 ptwr2

A ja myślę, że nawet gdy już bezduszne kilowaty zatriumfują w zestawieniach danych, którymi można komukolwiek zaimponować, pojęcie konia mechanicznego i tak pozostanie, tym razem jako synonim motocykla. O jednego i drugiego trzeba dbać, zwłaszcza jak polubisz jakiegoś osobnika, jazda wymaga wysiłku i dostosowania się do kaprysów rumaka, wymaga również pewnego dodatkowego wyposażenia i choć nie jest dla każdego, to wybrańcom rekompensuje wszelakie niedogodności. Nawet rżenie i stukot kopyt wzbogacają jazdę podobnie jak i sportowy wydech w metalicznym odpowiedniku. Jestem przekonany, że współczesny Zorro dosiadałby czarnej jak mrok maszyny.

  • Dodaj komentarz