Najnowsze komentarze
Kibic czytelnik do: Pudło
Witam, moze zainteresuje Cię to - ...
Też byłem rok temu w Dusseldorfie ...
Dzięki, możemy nazwać wszystko po ...
Barszczyk ... do: Apollo Road
Widzę że kolega po moich okolicach...
Świetny tekst. Doskonale ujęte. T...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

29.07.2022 20:49

Nasze motocykle to legendy

Jeśli nudzi cię jazda, to najpierw sprawdź, czy wyczerpałeś już możliwości swego motocykla do cna. Albo możliwości jego opon. Wielu tego nie zrobiło i posprzedawało. Na motocykl już nie powróciło, bo okazał się nudny. Bo nie poznali swej właściwej drogi.

 

Rosnący ciąg, prędkość, przyspieszenie, a potem dla odmiany: kilkukrotna redukcja biegów i punkty mocnego hamowania, wejście i wyjście, znów otwarty gaz. Do tego przydaje się kręta, boczna droga, najlepiej górska, z rozgrzanym asfaltem. Coś zupełnie odmiennego od monotonii podróży godzinami, daleko za siódme morza i góry. Odmiennego od wpatrywania się w plecy poprzedzającego, od zwalniania do tempa innych, od unikania śmiertelnego strzału od tych nieostrożnych. Od dopasowywania się do reszty. Coś zupełnie odmiennego od tłoku na drodze i w życiu. Od świata z wojnami.

 

W takich miejscach nawet jazda małym fiatem stałaby się ekscytująca. Takich miejsc dla motocykli szukamy. To tam spodobałoby się nawet Triumphowi Rocketowi.

 

*******************************************

 

Wszystkie moje GSX-R leżały, Obły I, Obły II, a teraz Byku też. Wszystkie tak samo stoczyły się przez moją nieuwagę z kosy. Ale to upadek Byka zabolał najbardziej, bo wcześniej był on niedraśnięty, to symbol. Ponad ćwierć tony pocisku rozwijającego licznikowe 300 na godzinę z zatankowanym pod korek bakiem zjechało z niewidzialnej, betonowej i poprzecznej koleiny pozostawiając lewą stopę z tyłu, czyli tam gdzie wskoczyłem na jego siedzenie, gdy stał jeszcze podparty na rozłożonej kosie. Motocyklowy but sportowy zapobiegł nadmiernemu ugięciu stawu skokowego i cielsko przyziemiło z charakterystycznym zgrzytem delikatnego w sumie osprzętu. Najpierw napierając na kolano, potem kalecząc lewy komin, klamkę sprzęgła i lusterko.

 

Potem nie potrafiłem go podnieść. Te wszystkie filmy, w których drobne kobietki stawiają ciężkie maszyny z gleby do pionu, nie demonstrują tego, jak zaprzeć opony Byka o beton, a jak łatwo zdrapują się wtedy cyfry 1100 na boku poszycia osuwającego się bez przyczepności coraz dalej, z każdą próbą podniesienia za bok Byka. Motocykl leżał i nawet nic z niego nie wyciekło, gdy zwróciłem się o pomoc do kobiety. We dwójkę ledwo to poszło. Rysy są częścią każdego wojownika. I od teraz Byku jest też taki bardziej mój, nieco podrapany. I z jeszcze większym respektem go traktuję. Po upadku każdy motocykl staje się prawie nie do ocalenia, jeśli wziąć pod uwagę jego poprzedni stan. A przecież nie odpaliłem nawet silnika. To była cenna lekcja dla zadufanych w sobie motocyklistów, nawet tych z niewielką manierą debeściaka. Nawet jeśli tego po mnie nie widać.

 

Dlatego w środę wybieram Smoka. Jest odchudzonym XJR-em, który nawet pod dużym kątem odchylenia od pionu pozwala podnieść się i powrócić do punktu wyjścia. Ma niżej położony środek ciężkości, dlatego jest bezpieczniejszym motocyklem, nie wierzga na boki tak, jak wszystkie duże i stare GSX-y i GSF-y, na przykład po utracie przyczepności podczas hamowania. Poza tym ma po stokroć lepsze hamulce i zawieszenie. Założyłem mu też lepsze gumy, których możliwości nie zdołałem wyczerpać. Nie ma tak dużej mocy, ale do tego jako takiej nie potrzeba. Do tego sunięcia na fali momentu obrotowego i cięcia jak skalpel każdego, nawet dziurawego zakrętu. Bez znaczenia jakiego, zawsze robionego dzięki temu wszystkiemu łatwiej. I szybciej.

 

Razem ze Smokiem zdołamy pokonać ponad 300 kilometrów przez cały dzień, bo wszystkie kilometry wiodą wstęgą bocznymi drogami. Tak bocznymi, że prędkość 60 na godzinę bywa tam za duża. Tak bocznymi, że są tam tylko dwa lub trzy krótkie odcinki z nierównościami. Tak bocznymi, że przez cały dzień można spotkać tam tylko dwa inne motocykle. Tak bocznymi, że wiodą od nich inne, jeszcze bardziej boczne, na których stromiźnie zaświeca się kontrolka ciśnienia/poziomu oleju i nie ma tam nawet gdzie bezpiecznie zaparkować. Bo motocykl zjeżdża po nachyleniu drogi. Tak bocznymi, że można zaparkować na środku szosy, bo i tak nikt nie nadjedzie. Tak bocznymi, że można przycinać zakręty. I rozglądać się na boki po wzgórzach i łąkach w niewielkim roztargnieniu. Tak bocznymi, że po pewnym czasie pierwsza napotkana zbyt długa prosta staje się tak nudna, że chciałoby się zejść z motocykla i nie jechać na nim już dalej, albo zawrócić.

 

Jakim cudem potrafiliśmy przelecieć 900 kilometrów od 12 w południe, do 20:30 jednym ciągiem? Po prostej. Z autami z tyłu, z przodu i z boku. Na małym baku Bronia, w którym paliwa przy takim tempie starczało zaledwie na 165 kilometrów? Przy świadomości, że zaliczone 30 minut spóźnienia na starcie zamknie nam płatny wjazd na przełęcz przed nosem, bo dotrzemy tam a jakże: o pół godziny za późno i po ciemku? A ten mandat, niezliczone pit-stopy, zmęczenie i cała ta walka przy 190 na godzinę? Dziś to nie ma już znaczenia. Ale warto było poznać różnicę. Ocenić ryzyko. Zweryfikować pojęcie o motocyklowej podróży. Poddać się i uznać własne słabości. Odpuścić. Niech na dalekie południe pojadą inni. Ci wytrzymalsi.

 

Smoku wrzuca piątkę przy osiemdziesięciu i z pasją kroi precyzyjną linię jazdy po zakrętach. Nieśpiesznie i przez trzysta kilometrów wokół domu. Tak dobranymi drogami, żeby do ostatnich kilometrów pojechać na pozytywnej bombie, bez psychicznego i fizycznego skatowania. Na wciąż świeżej oponie, na dobrze naoliwionym łańcuchu, na mruczącym silniku. Tamtędy, gdzie dane nam było poćwiczyć z naprawdę mocnymi facetami, gdzie ich motocyklowe triki zostały zapamiętane ze szczegółami.

 

Pierwszy, spadający, suchy liść w tym roku trzaśnie o powłokę kasku. Przypomni, żeby jechać uważniej, śmielej, bo jesień przyjdzie wkrótce. Póki co, lato w pełni. Korzystać garściami. Sypać niutonometrami. Póki się da. 

 

Wszystko jest: przeciwdeszczowy ekwipunek, rękawice, spraje na zasyfione wizjery, czy miliony membran.

 

I wszystko to zostaje w szafie. Nigdy nie zabierane, zbędne. Ulewa po drodze w górach to część spektaklu. Mrok w środku dnia, który przyniosą ciężkie, burzowe chmury w lasach pod Pradziadem to część tej legendy. Rzeka na asfalcie wypłucze motocyklowe osady, ulewa zmyje tłuste, rozbite muchy z poszycia skóry. Czas przesączy się przez palce. Grzmot rozbłysku podkreśli tajemnicę tej jazdy. Motocykl przetnie to wszystko na pół.

 

I dowiezie do celu. O trzysta kilometrów dalej.

 

Czasem latasz naprawdę:

 

Grodków - Szklary - Paczków - Złoty Stok - Stronie Śląskie - Bolesławów - Stare Mesto pod Sneznikiem - Velke Vrbno - Branna - Nove Losiny - Sobotin - Mala Stahle - Karlova Studanka - Vidly - Vrbrno pod Pradedem - Głuchołazy - Nadziejów - Biała Nyska - Radzikowice - Biechów - Grodków.

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz