Najnowsze komentarze
Gwoli ścisłości: nie mam nic do Wz...
Hehe Wzorzec i jego nowiutki bokse...
ptwr2 do: Bez prądu
"Moja" właśnie nie miała tych harm...
MZ ETZ 251 zdemoralizowała mojego ...
ptwr2 do: Bez prądu
Podobno w wieku 4 lat ludzie zapom...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

10.01.2018 22:11

Old love

Nie zapalił i długo nie mógł. Poszedł dopiero na "dopalaczu" z samostartu i podłączonym, drugim akumulatorze. Odezwał się, ale źle, na trzy tylko cylindry.

 

Drugi baniak od lewej wciąż nie płonął i nie grzał, stalowe kolano jego kolektora było makabrycznie lodowate. Po cofnięciu cięgna ssania silnik zdechł nie utrzymując wolnych obrotów, zamilkł. Potem, podtrzymywany szerokim otwarciem płaskich przepustnic typu sling shot "gadał" wciąż brzydko. Kołatając bebechami, przepompowując kompresję i nieodpalone ładunki w drugim cylindrze, daremnie, bez skutku. Cierpiał. Opadał z resztek sił, jak stary człowiek. Daliśmy mu spokój.

 

Z ciekawości zajrzałem do niemieckich dokumentów. Motocykl miał tylko jednego właściciela, który dawno, bo w 1992 roku zdecydował się na ten szalony krok: na zakup tego wówczas nowego suzuki gsx750r. Dopiero w 2005 roku przestał na nim jeździć, wyrejestrował po to, aby przez taras wstawić go do gościnnego pokoju na prawie... 13 lat. To kolega Tomka i od niego wiemy, że to stary kawaler, raczej zatwardziały w poglądach. Nieugięty w upodobaniach. Tylko ktoś taki mógł wytrzymać z tym motocyklem pod jednym dachem tak długo. Pozostając w zauroczeniu istotą jego materii.

 

Mój gsx750r był o trzy lata starszy, jeszcze bardziej skundlony i niekompletny w swej ogładzie. Miałem go przez dwa lata do 2006 roku i sprzedałem przerażony, nie wyczerpując jego możliwości, jakie oferował. Potem go zabili w wypadku w Krakowie. Teraz czule obejmowałem oburącz charakterystyczne, ustawione w dół, krótkie rączki kierownic typu clip-on jego nieco młodszego brata. Producent podarował mu już stabilny widelec upside-down i trochę inne, nacinane tarcze hamulcowe. I wszystko to co minęło, powróciło. To iskrzenie na sam widok. Bo ten ciut nowszy Gixx nawet nie musiał działać, a ja nie musiałem na nim jeździć, wiedząc ile jest wart. Wystarczyło, że parkował przede mną. Brzydko pomalowany, żeby nie powiedzieć „odpędzlowany”. Ktoś zabrał mu amortyzator skrętu. Ale to nic, wiedziałem jak mógł wyglądać wtedy, na samym początku. A ten amortyzator na pewno i tak już od dawna nie działał.

 

Ta maszyna była jak pierwsza miłość z ogólniaka, której nie było jak i kiedy o tym powiedzieć. Mimo rys, wciąż wymiatała tak samo, jak wtedy i tak już pozostanie. Wrażenie jej majestatu przytłaczało. Podobnie jak poczucie własnej niegodności w jej towarzystwie.

 

Tomek siedział nad gaźnikami motocykla cały dzień do późnej nocy. Wybrał się nawet do chłopaków do miasta, sięgnąć po radę. Ostatni zestaw dysz, o których nie wiedział i przez to nie wyczyścił, dostrzegł przed północą.

 

Następnego dnia o ósmej rano zeszlifuje końcówkę śrubokrętu na węższą, aby ich dosięgnąć w wąskich kanalikach. Wymontuje, wyczyści, po czym do obiadu poskłada wszystko to do kupy. Zadzwoni jeszcze do mnie z informacją, że maszyna gwiżdże. Ot tak żebym wiedział, gdybym zechciał sobie posłuchać. Zna mnie trochę.

 

  • Dobra, to już zawracam! - odpowiem i cofając, oprę wóz obiema lufami parującego z zimna wydechu o wystające ponad zderzak trawiaste pobocze. Nie zważając już na skutki i rozpaczliwe nawoływanie ze strony czujników parkowania.

 

Motocykl pracował chyba tak, jak nowy, a już na pewno bardzo czysto. Bez podejrzanych dźwięków klepiących zaworów, rzężących łańcuszków, szumiącego kosza sprzęgłowego i wałków. Inaczej niż tak, jak to wszystko klepało w moim gsx750r, którego mimo tego do samego końca nie udało się zajechać nikomu. Zresztą temu Gixxowi z Niemiec nie odpadła nawet farba z silnika. Po tylu latach i technicznie dopuszczalnym przegrzewaniu się jego bloku, powinna ona odlecieć płatami. Tak, jak to stało się prawie we wszystkich moich czterech „olejakach”. Mam pewne porównanie.

 

Akumulator nie utrzymywał energii bo zestarzał się do reszty, ale sprawdziliśmy ładowanie – 14 v na wolnych obrotach. Odpowietrzyliśmy jeszcze przedni hamulec i odpaliłem wszystkie światła. Żadnego przygasania żarówek, spadków napięcia czy fałszywej nuty. Mimo ulewy, braku tablicy i motocyklowych ciuchów wcisnąłem się w Tomka kask i wyruszyłem na małe kółko.

 

Wiedziałem to dzięki mojemu Gixxowi. Wiedziałem to, że archaiczna, plastikowa zabudowa chroni przed wiatrem, zimnem i deszczem znakomicie. A cztery wreszcie równo pracujące gary silnika rozgrzeją jak kaloryfer wszystko, mimo zimy. Jechałem na kapciach zamiast napompowanych opon, blokowany jeszcze przez zapieczone na monoblok zaciski, a mimo to gixx chciał gazu. Mimo braku rękawic dałem mu trochę więcej jadu - tak do dziesięciu przez większość biegów. A ten tylko na to czekał. Nie bał się w ogóle i natychmiast odpowiedział. Zagrał dobrze znanym akordem z przeszłości. Znów to usłyszałem. W styczniu 2018 roku.

 

Standardowy wylot mruczał z niewielkim basem na wolnych obrotach, na wyższych trochę brzęczał. Silnik rozsiewał małe wibracje na podnóżkach i po wiotkiej, aluminiowej ramie. Błyskawicznie wypełniał wskazówką zakres skali umieszczonego wyżej niż wszystko analogowego obrotomierza. Gaźniki potrzebowały mnóstwa tlenu i przez to większego skoku nadgarstka przy odkręceniu rollgazu. Skrzynia biegów pozwalała przekładać moc i moment obrotowy stanowczo, twardo, z dość dużym skokiem dźwigni jak na dzisiejsze standardy, ale pewnie. Hamulce jeszcze nie działały tak, jak powinny.

 

W porównaniu do Bronia okazał się niezłym kozakiem, który wprawdzie nie miał tego uderzenia, hamowania i reakcji na myśl, ale też mieć tego wszystkiego już nie musiał. Z braku odpowiedniej pojemności w tym porównaniu i zbyt wielu lat na karku tej konstrukcji, należało mu się odrobinę wyrozumiałości i wsłuchania w pracę zaspanych mechanizmów. Także skoncentrowanego, ostrożnego obycia za sterem. Bańka aerodynamicznej ciszy nad zegarami, specyficzna, chropowata praca i dźwięk silnika oraz to psychopatyczne zawinięcie w kulkę za kokpitem dwóch zegarków ze wskazówkami – ożesz kuurna, tak to właśnie leciało!

A już myślałem, że tej maszyny nigdy nie spotkam. Nie zmieniła się wcale.

To TEN z tamtych.

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz