Najnowsze komentarze
Gwoli ścisłości: nie mam nic do Wz...
Hehe Wzorzec i jego nowiutki bokse...
ptwr2 do: Bez prądu
"Moja" właśnie nie miała tych harm...
MZ ETZ 251 zdemoralizowała mojego ...
ptwr2 do: Bez prądu
Podobno w wieku 4 lat ludzie zapom...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

02.07.2017 23:48

Porwany

Gruby plik banknotów zelektryzował powietrze w dusznym, zakopconym od papierosowego dymu biurze. Kilka obecnych tam osób spośród porannej załogi od kawy zaniemówiło na jej widok. Równa paczka leżała przede mną na biurku i zachęcała zawartością. Zawartością i otwierającymi się dzięki tej niespodziewanej forsie, nowymi możliwościami. I czekała na moją decyzję. Szef uśmiechał się zachęcająco, urodzony negocjator. Wywierający presję bez jednego nacisku, na zimno i w białych rękawiczkach. Zawsze gotowy do transakcji. Miał do tego talent od zawsze. Można było z zachwytem patrzeć z boku, jak chytrze rozgrywa swoje karty.

- Nie – odpowiedziałem po krótkim namyśle.

- Bierz pieniądze – powiedział – Boję się o ciebie. To nie motor dla kogoś, kto wcześniej nie jeździł. Ile to coś ma koni?

- Sto dwadzieścia. Ale gdzie on jest? – ledwo stałem w miejscu i z wielkim trudem powstrzymywałem emocje, żeby nie wybuchnąć gniewem. Tamten motocykl był dla mnie nie tylko amuletem. Oprócz telewizora i taniego wozu, był wszystkim, co miałem. W sensie metafizycznym też.

- Nie ma tego rumpla tutaj - szef wzruszył ramionami i sięgnął do kieszeni marynarki, aby bez liczenia banknotów, dołożyć jeszcze jedną paczkę. Równo ułożoną, również opasaną świeżą, nierozerwaną opaską z banku. Po biurze rozległ się głos zdumienia pozostałych pracowników, bo nagle stawka urosła podwójnie. Nie trzeba było liczyć, z daleka było widać, że paczka jest kompletna. Nie brakowało ani jednej, przeliczonej pięćdziesiątki. Pojawił się pierwszy, niewielki, ale jednak coraz cięższy dylemat. Jego cień na mojej twarzy, stał się wyraźnie widoczny dla bystrego szefa.

- Mało? – zapytał rozgrywający z ironią.

- Zabieraj kasę, gdy kierownik płaci. Drugiej takiej okazji nie będzie! – dodała pewnym, stanowczym głosem kasjerka, zawtórowali jej wszyscy pozostali. Poznali już w życiu wartość pieniądza.

W tym układzie coś było. Postawiona na szali kwota pozwoliłaby spłacić suzuki do reszty, a jeszcze by zostało. Na inny motocykl, może nawet lepszy, jeśli dla mnie w ogóle taki wtedy istniał. Szef zdobyłby jeszcze większy autorytet u swoich ludzi, a ja może wreszcie jego uznanie. Udowodniłbym, że jestem rozsądny.

- Nie – rzekłem w końcu – Ten motor nie jest wart tych pieniędzy.

Trzasnąłem za sobą drzwiami i ruszyłem na plac. Zajrzałem za budynek magazynu, sprawdziłem teren wokół stacji paliw, zapytałem jeszcze raz chłopaków na hurtowni – nikt nie wiedział, co stało się z motocyklem. Nikt nie widział, kto i w jaki sposób uprowadził ważące 230 kilogramów żelastwo z polerowaną, aluminiową ramą i zablokowaną kluczykiem kierownicą. Albo raczej byli w zmowie. Przecież do jego podniesienia potrzeba przynajmniej trzech chłopa. To przestawało już być śmieszne.

- Żeby tylko nie leżał! – o tym myślałem w kółko.

Przeszedłem obok kojca dla psów z ochrony, potem przez trawy do pasa, rosnące wzdłuż betonowego ogrodzenia, nie bacząc na ujadanie zwierząt i przyczepiające się do nogawek rzepy. Na skróty do kotłowni. Ostatnie możliwe miejsce poza hałdami złomu. Zazgrzytały szarpnięte gwałtownie, metalowe i ciężkie drzwi. W mroku błysnął refleks światła odbitego od polerowanego aluminium.

- Jesteś.

Stał tam sam, obok hałdy czarnego węgla, niedraśnięty i z wciąż zablokowaną kierownicą. Uprowadzony silnymi łapami robotników.

Trochę czasu upłynęło zanim wyszarpałem go stamtąd przez wąskie wejście po stopniu i wysokim progu. Ale miałem w sobie tak potworną moc gniewu, która szukała ujścia, że mógłbym nawet spróbować wziąć go na plecy w amoku i wyjść przez szatnię i łaźnię z drugiej strony. Odpaliłem bestię i ruszyłem dookoła budynków, na parking przed biurem. Głośno gderał na zimno pustym wydechem postawiony na kosie, gdy podszedłem do zabytkowego, konnego pługu, wyciągniętego ze złomu, na którym zatknięto bukiet polnych chwastów i kwiatów oraz mój kask. Tak dla jaj. Smutny widok.

Wsiadłem na motocykl i bez słowa pożegnania, na oczach ludzi wychodzących z biura i szatni wystrzeliłem jak pocisk w przestrzeń kwietniowego dnia. Z początku na pierwszych dwóch biegach rwał się akustyczny szew zapłonu i ciąg zimnego jeszcze silnika, ale od trójki przez kolejne biegi zagrał już mocno, rozgrzany wreszcie i dobrze naoliwiony. Motocykl miał obrotomierz, którego skala zaczynała się od trzech tysięcy i pięła wysoko do około trzynastu na czerwonym polu. Obroty poniżej były nieistotne. GSX750R zagrał w ten sposób dla tych, którzy go brutalnie nieśli przez krzaki. Tylko oni wiedzieli, co znaczył skowyt uwolnionego silnika. Od lat na koniec pracy oliwili z namaszczeniem swoje potężne żurawie przeładunkowe, z widlastymi silnikami. Niektórzy z nich wiedzieli, jak przerobić wylot wydechu dwunastocylindrowca tak, aby jego mechaniczny ryk na nocnej zmianie niósł się w przestrzeń jeszcze dalej.  

*******************************************

Zadaszony taras uroczej restauracji, którą odwiedzam z rodziną, wychodził wprost na brukowany, zabytkowy ryneczek w Brzegu. Tym razem siedziałem tam z byłym szefem, który kiedyś chciał odkupić GSX-R. Z obawy o mnie. Teraz jest on związany z Harleyem-Davidsonem, pozycją, jeszcze większą forsą i uznaniem. Mieliśmy dobry widok na okolicę. I nasze, zaparkowane tam motocykle. Bronek zupełnie z boku, pod samą ścianą kościoła. To tam była najlepsza akustyka. Mogliśmy spokojnie porozmawiać o rozwijającej się współpracy, po pracy. To zmienia perspektywę. Pomaga. Motywuje. Czasem usprawiedliwia.

Jego Osa, odrestaurowana działa, a Harley jest zawsze czysty, dobrze wyposażony. Jedzie w sposób zdecydowany i spokojny. Mogę podążać za nim w szyku i wreszcie nie uciekać. Wie, co robi na drodze. Ma styl i technikę. Uważa na wszystko. Niczego nie rozkazuje, współpracuje. Od razu widać, że kiedyś jeździł dużo na motocyklach. Panuje nad sytuacją. Można odpuścić. I spokojnie na wieczór wrócić do domu. Tuż przed ulewą.

Dlatego wyszliśmy w końcu do motocykli. Podczas szykowania się do lotu podszedł do byłego szefa tato z synem. Może pięciolatkiem z Kubusiem Puchatkiem na koszulce. Chciałby obejrzeć z bliska motocykle. Były szef zaproponował mu nawet zajęcie miejsca na kanapie. Młody przystał na to z rezerwą, ale ku radości taty.

- My też mamy w domu choppera – powiedział tato do byłego szefa. Gdyby były szef był wyznawcą manii wielkości, charakterystycznej dla wielu użytkowników tej marki, wyjaśniłby mu natychmiast, że to Fat Boy, a nie jakiś tam chopper. Ale nie zrobił tego, bo umie zadbać o dobrą atmosferę wokół siebie.

Zadowolony tato, właściciel choppera wkrótce zdjął synka z przepastnej kanapy i postawił z powrotem na chodniku.

- A może chcesz też spróbować usiąść na tym? – zagadnąłem małego, wskazując na kanapkę Bronka. Nie licząc na jego entuzjazm po Harleyu.

Mały popatrzył nieufnie na tył motocykla i… rozpłakał się. Bardzo. Aż zaniepokoił tatę.

- Nie bój się – powiedziałem do niego - Sam zobacz, jak jest.  

Wtulony w ramiona ojca, niechętnie puścił uścisk rączki i oparł się o bak, siedząc niepewnie na Broniu. I ciągle płacząc.

- Zobacz, jaki tu jest wieeeeelki bak – uspokajał sytuację tata, ciągle podtrzymując synka. Mały bał się. Jeszcze nie był na to gotowy. Powoli jednak się uspokoił. Ale nie chciał już dłużej siedzieć na takim motocyklu. Wystarczyła mu tamta chwila.

Odjeżdżając z miejsc publicznych, takich jak tamto, nie robię hałasu. Zwykle przemykam po cichu, na możliwie niskich obrotach. Jak wtedy, za Fat Boyem. Dojeżdżając do skrzyżowania wyjazdowego z rynku, znów zauważyłem tatę z synkiem. Czekali na nas na rogu chodnika, przy znaku. Tato kucając, tłumaczył coś młodemu patrząc na nas. Synek machał, ale nie do nas. Tylko do mnie. Nie, do Bronka! Słyszał z daleka jego niski, ciężki bas. Małe oczy, wpatrzone były w mój szary silnik, jako źródło niepokojącego dźwięku. Zafascynowane. Zahipnotyzowane. Bez jednego mrugnięcia. Zatrzymałem się tuż za Fat Boyem. Czekaliśmy chwilę na wolny przejazd, na główną drogę. Szef pilnował właściwego momentu do wjazdu, a tata wciąż mówił do młodego. Kubuś Puchatek z Prosiaczkiem zdawali się wesoło podrygiwać na białej koszulce. Nie więcej niż kilka metrów ode mnie.

I wtedy dodałem dla niego gazu. Niedużo i ostrożnie, bo przy odrobinie nieuwagi, kręcący się dość nisko 1250ccm odbija się natychmiast od ogranicznika obrotów, strzelając w odpowiedzi serią przerwanego zapłonu przy dziewięciu i pół tysiąca obrotów.

Mały w tym samym momencie podskoczył tak, że przestraszyłem się jego strachem. I zamrugał, ale nie zapłakał. Wciąż stał i patrzył. Z taką samą miną. Teraz był już gotowy, bestia gdzieś zostawiła malutki ślad na przyszłość. Niech boi się motocykli jak najdłużej, może łatwiej je wtedy zrozumie.

W grajdole stał na podporządkowanej CBR1000R. Był w trampkach, majtkach i koszulce. Odmachał. Po czym dogonił nas i uniósł koło przednie. Na długo i wysoko, dobry był. Nie wiedziałem, kto to, oprócz tego, że jest z miasta. Bo słyszałem ten motocykl wcześniej, zawsze wieczorami. Bardzo głośny. Wirowała mu koszulka ukazując gołe plecy. I łydki, widziałem łydki. Był młody. Tak młody, że przeszło mi przez myśl to, jak i gdzie się tego nauczył. Odprowadziłem do domu Fat Boya, zniesmaczonego postawą młodego na CBR i już myślałem, że położę się zaraz spać.

Ale nie. Na rynku, wyjeżdżając z podporządkowanej wpadłem znów na młodego w trampkach. Wpuścił mnie uprzejmie przed siebie. I przyczepił się. Skoro tak, to czy powinienem pójść szybciej gdy miasto prawie spało?

******************************************************* ****      

Zdjęcie GSXR jest u mnie:

 http://motolupa.blogspot.com/2017/07/porwany.html

 

 

 

 

Komentarze : 1
2017-07-03 07:27:48 PACHOL

Nie chcesz się upodabniać do młodego w trampkach, także lepiej było przed nim nie cisnąć. Na następny dzień zaraził byś się jazdą w koszulce i na kole:D

  • Dodaj komentarz