Najnowsze komentarze
Okularbebe2 do: 4:24
Dzieki Calmly. Jak linie papilarne...
calmly do: 4:24
Boys of summer był i jest elektryz...
Okularbebe2 do: XJR - motocykl nieudany
Tak jest! Widziałem! 2x xjr. Nie p...
Aż zerknąłem. Są dwa teksty. Tekst...
A nie byłem, a zerknę.
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

18.05.2021 22:34

Riders on the storm

Za Jaszowem asfalt wiódł długą prostą i przez łagodne wzniesienia, na zmianę - raz w dół, a raz pod górę. Smoku sunąc na piątce tamtędy, przecinając resztki boru ze średniowiecza zamierzał znaleźć się o czasie i na miejscu podsumowania tego wszystkiego, czym zwykle zajmują się niektórzy ludzie.

 

Czwórka komandosów – bo tak się o nich mówi, w pordzewiałym, brygadowym Ducato pierwszej generacji, z dźwignią zmiany biegów przy kolumnie kierownicy oraz ze sprzętem na pace, a także dwóch kierowców w ciężarówkach za nimi z ostatnimi elementami zdemontowanych suwnic na plecach, zmierzało z drugiej strony okolicy, do tego samego miejsca. Wszyscy wynajęci, wszyscy zmęczeni, wszyscy wkurwieni. Szczególnie wtedy, gdy przegrzani słońcem całego dnia jeszcze nie są rozliczeni. Długo takich jak oni szukałem, oby wytrwali. Po godzinach wszyscy należą do ochotniczej straży pożarnej. Opowiadali o tym, jak kłócą się z lekarzami i policjantami o to, w jaki sposób wycinać cierpiących ludzi z wraków aut podczas ratowania ofiar wypadków drogowych. Znają wiele przydatnych szczegółów. Dopłacam z wdzięczności, oddaję pole.

 

Okaże się, że ich Ducato dotarło jako pierwsze – wbrew wszelkim pozorom tak samo szybko jeżdżą, jak szybko pracują. Tym razem też skończyli o jeden dzień wcześniej od planowanego. Gdy pracowali w holenderskiej stoczni też odbijali magnetyczne karty wcześniej, nie czekali zbyt długo, by wychylić szkło. Teraz po powrocie do kraju też obijają o siebie szklane butelki, ale ci związani z kobietami trochę jakby mniej. Fachowcy tacy jak oni, zwykle tak mają. Nie mogę oceniać, raczej tylko doceniam. Bycie dobrym od zaledwie przeciętnego dzielą czasami niewielkie warunki. A te bywają nie do spełnienia.

 

Przed kierowcami i Smokiem pozostało jeszcze po około 25 kilometrów drogi. Przez przepastne szyby kabin – w plastikowym, starym Volvo i spod frędzli firanek w tej skórzanej, świeżej Scanii V8 oni pierwsi mogli dostrzec, co się święci. Że nagle zmieni się pogoda.

 

Smoku zauważył to chyba nieco później, gdy pokonał wreszcie wzgórza przesłaniające horyzont i nie miał już odwrotu. Zamiast błękitu nieba, na którego tle miała za wzniesieniem prowadzić w dół droga, na wprost pojawił się ciemno granatowy kolor, burzowe chmury bez jednego konturu, jednolita masa. W perspektywie zieleni lasu po obu stronach asfaltowej drogi, oświetlonej jaskrawym światłem słońca, charakterystycznym dla późnego popołudnia, kolor ten dopełnił nierealny, surrealistyczny obraz. Bo brakowało mu wyraźnego odcięcia od bezchmurnej części nieba naprzeciwko. Można zagapić się z wrażenia. Albo zawrócić. Smoku nie mógł. Za późno.

 

Kurtka skórzana z wentylacją, której nie można zasunąć, bo nie ma takiej możliwości. Wybrana dawno temu na najbardziej upalne dni, takie jak tamten, ale bez kropli deszczu. Pod spodem telefon, dwa dokumenty i jakiś banknot na paliwo. Portfela nigdy nie ma, bo uwiera. Pory skóry ścięte nerwowym impulsem w odpowiedzi na pierwsze uderzenia kropli deszczu wielkości wiśni. W baku opary. Po ostatniej rundzie złamana obietnica zatankowania na koniec jazdy. Do tego zegary i cała osłona kokpitu popękana na atomy, nieszczelna, rozlazła.

 

Tak, na atomy, bo chlapnęło się DOTem 4 podczas odpowietrzania po wymianie hydrauliki Smoka. To były ze cztery albo pięć kropli roztartych szmatką po kokpicie. Uważajcie, rzeczywiście żrące cholerstwo. A plastiki jakby chińskie, tandetne, ścisnęła je i potem rozprężyła jakaś chemiczna reakcja, pęknięcia rozeszły się jeszcze bardziej przy drugiej stówce na zegarze po tygodniu. W Suzuki nie do pomyślenia, tam można chlapać z butelki, być flejtuchem. Z yamahą jednak nie, porządni goście stają się przy nich ostrożniejsi.

 

A tu błyski, grzmoty, pierwsze krople tłukące o wizjer kasku. I malutki smuteczek, bo Smoku nie zdążył. Maciej z Volvo zadzwonił, że chce do domu, bo nadciągnęła potężna burza, a on do domu wraca na rowerze. Drugi kierowca porzucił Scanię V8 tak, jak stała na placu i uciekł bez wieści, uprzedzenia. Jego naczepa o pojemności 55 metrów sześciennych wykonana jest z hardoxu, nic jej by nie było, choć uniesiona mogłaby ściągnąć piorun. Jednak zdążył wykiprować.

 

W tym samym czasie trwało mocowanie się z kierunkowskazem w Smoku na poboczu. Kierunkowskaz poluzował się i zwisał na kablu. Porywisty wiatr szarpał gałęziami powyżej, zburzył gładkość luster wody w kałużach przy trawie. Przez opary benzyny nie można było sypnąć z garści, żeby przyspieszyć albo zawrócić. I uciec burzy, bo te wcale nie są takie szybkie dla motocykla. Licznik kilometrów w Smoku przełącza się tak, jak w Wariatce na dystans pokonany na rezerwie. A wtedy przekroczyłem wszystkie, osobiste rekordy w tej kategorii, więc włączyłem z powrotem na licznik dzienny, żeby na to wszystko nie patrzeć. I nie myśleć więcej o tym, że silnik powinien zakrztusić się, w każdej chwili utracić ciąg. W baku od dawna nawet już nie chlupotało.

 

Smoku zaparkował na zaprzyjaźnionej stacji Lotos. Wlewał do baku benzynę i deszcz. A zaraz potem wiatr, ulewa i grad tłukły o niego z trzaskiem, gdy kawa stygła przy kasach. Ktoś patrzył ze znakiem zapytania na twarzy. To na motocykl, to na popijaną z wolna kawę. Nie lubię pić kawy samemu i poza domem, ale wtedy jako gorąca i z poczucia porażki smakowała. Kilka rozmów telefonicznych pomiędzy grzmotami. Wycie strażackich syren niedaleko, pewnie połamane drzewa. Bak Smoka jest plastikowy. Nic mu nie będzie. Ale elektronika w rozpadającym się kokpicie... Przestawiłem go pod zadaszenie myjni nieopodal, gdzie Smoku wrył się na miejscówkę schowanemu przed gradem samochodziarzowi.

 

Powrót tą samą drogą, ale w zupełnie innej rzeczywistości. Pomiędzy biblijnymi ulewami, burzami i gradem. Choć udało się to prawie bez draśnięcia, nie przyniósł on rozstrzygnięcia. Bo wszystko inne poza samą jazdą przestało się liczyć. Pojedynczy ślad motocyklowego koła na asfalcie, widoczny w lusterku miał w sobie coś z legendy. Był jak przecięcie. Jak podział starego od nowego. Jak coś widowiskowego, ale ulotnego w zwierciadle rzeki zalewającej ślad i drogę. To był pierwszy raz podczas deszczu na Smoku. Grad tłukł tak, że szyba w kasku dzwoniła, antifog na wizjerze ledwo dawał radę, gumy od Conti trzymały się jezdni dobrze, łagodne oddawanie mocy jednostki o pojemności tysiąc trzysta sprzyjało bezstresowemu prowadzeniu Smoka. Nowa hydraulika i czerwone klocki od Brembo nie miały wiele do roboty. Przez 40 kilometrów Smoku dogonił tylko jeden wóz, nie było nikogo bo wszyscy uciekli. Szyba owiewki jest na tyle daleko z przodu, że dokumenty, forsa i telefon nad przeponą pozostały suche. Smoku w końcu przekroczył linię frontu gdzie niestety grad pokrzywił blaszki w chłodnicy. Ślady te przypominały do złudzenia dziury po kulach z czasów wojny, dużo czasu zajęło ich wyprostowanie. Smoku nie ma tylnego błotnika, więc wszystko z tyłu utytłane w błocie, po same pachy. Nawet wady tego motocykla są urocze. Podobno złe nuty też można zagrać pięknie. I tak to właśnie było. Mimo ulewy. Bo jeden z piorunów trafił w pole niedaleko przed Smokiem i tuż za zarośniętym drzewami zakrętem. Uświadomiłem sobie to, jak bardzo blisko trafienia było po natychmiast rozlegającym się, rozrywającym bębenki nawet pod kaskiem grzmocie. Wrażenie znalezienia się pod samą sceną rokowego koncertu stało się nad wyraz wyraźne.  

Nowa osłona już przezbrojona, wyszło drogo, ale jest przejrzyście. Stare płyny były gnojówką, ten sprzęgłowy w dodatku zapowietrzony, aż dziw, że wysprzęglało.

 

Nie chciałbym już zostawić go na deszczu.

Komentarze : 2
2021-05-20 06:32:52 thrillco

Ja sie w ostatnie dni bawiłem w ciuciu babke z deszczownicami latającymi po okolicy. Zwykle udaje mi sie je jakoś objechać (taki urok regionu, ze z hektarów widac co i dokad sie udaje po niebie) ale raz mnie taka bestia dopadła, ze prawie nic nie widziałem jadąc 60km/h. Wczoraj znowu mi się udalo...DZis chyba koniec zabawy. Niebo dawno nie było tak czyste.

2021-05-19 22:03:37 Jazda na kuli

Hehe pamiętam nie raz tą panikę jak czysty motor miał się pobrudzić... ale to na szczęście już poza mną. Teraz moje moto wygląda lepiej brudne niż czyste, co cieszy mnie niezmiernie.
W weekend też będę jeźdźcem burzy. Lecę w piątek ze Śląska na Konin, Kalisz, Kruszwicę w Bory Tucholskie. Tam nocleg a potem w sobotę cisnę na słynne Łapalice. W sobotę spodziewam się przelotnych przez cały dzień, ale olewam - kupiłem nowego kondona fluo. Poza tym jak przelotne deszcze to turystów mniej a przyroda bardziej surowa. Adwencza! Pozdro

  • Dodaj komentarz