Najnowsze komentarze
Słoneczny, piękny, suchy dzień i c...
Siema, nadmieniam tylko, że się ud...
Tak jest. Byle do wiosny. Jazd...
Okularbebe - wyjąć aku i psiknąć ł...
Okularebe, dziękuję za miłe słowo....
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

23.05.2018 00:22

Smarując linkę

Garaż kolegi to obok rowerów, sprzętu do zabaw dla trójki dzieciaków i kosiarki do trawy także jego trzy wepchane po kątach motocykle. Obok kawasaki Z1000, którego wciąż nie tylko on, ani nawet nikt inny nie chce, bo ma złoty kolor, jest tam jeszcze stary bokser od BMW bez gaźników i widlasty Harley. Ten ostatni to wielki staroć, cały w oryginale z lat sześćdziesiątych w USA, który akurat przestał działać na ulicach Opola. To znaczy pracował, ale nie mógł ruszyć z miejsca. Wolał wrócić na lawecie, nie chciał jechać dalej. Może miał gdzieś to, że kolega od dawna przestał cieszyć się ze swych motocykli, nie miał już dla nich czasu, ani serca. Bo jego pasja tak jak często się zdarza, przegrywała z prozą i pędem życia, a tu dokładniej, z rodziną. I trochę z ładnymi samochodami. W czasie najwyższej i może ostatniej próby odwrócenia biegu rzeczy, przez kradzież czasu dla siebie, Harley go zawiódł. Znowu. A przecież ten motocykl wcześniej był już w warsztacie u mechanika. Dostał swoją szansę, którą właśnie chyba zmarnował.

 

  • No sam zobacz – kolega zrzucił prześcieradło chroniące motocykl przed kurzem, którego w czystym garażu wtedy jeszcze nie było i przełączył zapłon na „ON”.

 

Następnie nacisnął starter. Z początku silnik obracał się ze świstem wirujących elementów, ale bez odpowiedzi. Po drugiej, albo trzeciej próbie nagle złapał kontakt i zagrał ciężko, wprawiając przy tym w rezonans całe pomieszczenie. Lufy jego wydechów wyrzuciły swoistą woń spalin z nierozgrzanych mechanizmów, a wibracje dwóch cylindrów wprawiły elementy wyposażenia motocykla w hipnotyczne drżenie. Wspaniale pracował. Teraz łatwiej było zobaczyć skrajne położenia monstrualnej klamki sprzęgła, która stała się wahadłem, odzwierciedlającym rytm wielkiego silnika i obrazując równymi podskokami zarys motocyklowej motoryki. Oto piękno misternego zjawiska polegającego na wypracowywaniu przez lata zbyt dużego luzu sworznia i powstawania od obrotów silnika sił bezwładności. Można tak pozostać i się zagapić.

 

Silnik naoliwił się i wstępnie rozgrzał, a po cofnięciu dźwigni ssania ucichł, zwolnił obroty i powinien tak pracując poczekać na dalszy rozwój zdarzeń. Czyli wytoczenie motocykla tyłem na podjazd przed garaż, potem z podwórka na ulicę i na jazdę próbną, która jednak nie mogła się udać. Bo wtedy to się stało.

 

Harley nagle i bez ostrzeżenia ruszył nie trzymany przez nikogo. Kolega stojący po jego prawej nawet nie drgnął w osłupieniu, ja z początku też. Motocykl zjechał z bocznej stopki, pokonał jej opór składając ją do pozycji wyjściowej i uzyskał pion, w jaki postawił się sam, podnosząc z pochylenia na bocznym oparciu. A potem wjechał wprost na ścianę garażu i poleciał.

 

Musiałem zrobić krok lub dwa, żeby rzucić się do przodu za nim i być o czasie na miejscu. Złapałem oburącz za rogi kierownicę motocykla i podstawiłem mu kolano pod siodło próbując stawić opór cielsku, pozbawionemu równowagi. Pomógł w tym w ostatniej chwili kolega wyrwany z zaskoczenia, a Harley zgasł zaraz potem uduszony oporem przeszkody na swej drodze.

 

  • Na biegu był – powiedziałem mocując się z podniesieniem żelastwa, które prawie upadło.

  • Ale jak to?

  • Chyba zdechło sprzęgło, bo się ślizgało, gdy zostawiłeś go ostatnio na biegu. Majstrowałeś przy regulacji?

  • Trochę tylko podregulowałem na lince... – przyznał się kolega.

     

Od tamtego czasu minęło ponad pół roku. Harley stoi w tym samym miejscu. Teraz już zakurzony, wymagający uwagi. Nikt o nim nie pamięta. Czeka na kogoś, kto znów będzie umiał go docenić. Jak mnóstwo innych motocykli, które przegrały.

 

****************************************

 

FJ1200 to stary, ale nowy motocykl na mieście. Zadzwonili, żeby przyjechać i obejrzeć. Wyrazić opinię i doradzić. Podjechałem tam na koniec słonecznego, ale chłodnego dnia. Od tygodnia padały wszystkie te wyświechtane hasła, że „od właściciela z Niemiec, oryginalny lakier, oryginalny przebieg i w ogóle okazja”.

 

Podjechałem po cichutku i zatrzymałem Bronia za tyłem FJ1200, jakby z respektem, trochę z niepokojem. Ten silnik w podobnym, choć o ponad dwadzieścia lat młodszym modelu ma szczególne miejsce w pamięci. Samo patrzenie na te akurat dekle i żeberka silnika wywołuje wspomnienia i dreszcz. Obrazy wryte w głowę, jak mało które. Tamten XJR1300 dobrze jeździł, miał styl, wyznaczał kierunek. Żal go okropnie.

 

A potem przyklęknąłem, żeby popatrzeć z bliska i powiedzieć najpierw do siebie:

 

  • Niemiec płakał... - i głośniej już do kolegi – I powinien od razu dostać z liścia.

Wizualnie było coś nie tak, a mechanicznie nie chodziło o 25000, ale raczej o 125000 km. Do tego rdza wszędzie, lakier i wzornictwo po przejściach, czy na przykład „płaczące, zeżarte” lagi z porami w swej powłoce. Aż nie chciało się wsiadać. Jakby widząc po mnie pewną niechęć, kolega poprosił mnie o to, abym pojechał i sprawdził go po swojemu. Odmówiłem. Wykręciłem się uwagą, że jeszcze będzie taka okazja później, bo na teraz potrzeba tu wielkiej miłości. Nie zniósłbym tego wszystkiego, o co od razu podejrzewałem FJ1200.

 

  • I jedź przodem – zaproponowałem.

 

Gdy odpalił, dwie rury ze zmodyfikowanymi, czyli powiększonymi otworami wydały z siebie jedną z najpiękniejszych nut, jaką znam. Głęboką, gładką, niesamowicie mocną w barwie linię dźwięku czterocylindrowego silnika, który jako rzędowy i mimo wielkiej pospolitości jest jednym z najtrudniejszych do skonstruowania. Nie mogłem uwierzyć, że stara japonia może jeszcze wydać z siebie coś takiego. Siła tego efektu polegała jak domniemałem, nie tylko na szerokim wyziewie z powiększonych otworów wylotowych, ale także jednak na zdublowaniu wydechu dużego silnika oraz samej objętości jego tłumików. To trzeba docenić. Albo chociaż spróbować.

 

Jeszcze większe zaskoczenie wywołał u mnie sposób jazdy kolegi, którego nie znałem od takiej strony. FJ1200 natychmiast i na zimno sięgnął po drugą paczkę i wkrótce o dziwo dogoniliśmy jakiegoś małolata na Hornecie600, który nie wyglądał na zazwyczaj wyprzedzanego. FJ1200 ostrzył pazury, by połknąć małą Hondę, a ja nie zauważyłem w tym czasie, żeby wypuszczał obłoki dymu lub jechał krzywo. Miał za to niesprawne podwójne żarówki tylne, nie świecił. Działało niemrawo tylko jedno z dwóch świateł hamowania. Dla mnie to wiele opowiedziało. Bo ile musiało minąć czasu, żeby przestały świecić po kolei trzy pozostałe żarniki – jeden „stop” i dwie „pozycje”?

 

FJ1200 przyspieszał na pełnym otwarciu i nie zwalniał do momentu, gdy nagle zaczął brzydko pracować. Zjechaliśmy na pobocze. Piękne brzmienie uleciało. Zastąpiło je naprawdę paskudne pierdzenie z nieszczelnego połączenia kolektora z cylindrem. Czyli koniec zabawy, Hornet uciekł.

 

  • Jak możesz tak dawać w palnik na zimnym? - zapytałem – Przecież nie znasz tego motocykla, a jedziesz od razu dwieście. Nie szkoda ci go tak katować? Może od dawna w taki sposób nie był używany.

  • Ale miałem dopiero sześć tysięcy na obrotomierzu.

Dałem mu numer telefonu do CB1300, który nie wiedząc jeszcze z czym będzie miał do czynienia w ogóle nie zapytał później, czy jest sens brać się za to FJ1200. To nie podlegało kwestii. Też uważa, że może uda się uratować kolejny stary motocykl przed prozą i pędem życia.

 

***********************************************< /p>

 

Z Obłym postępuję delikatniej. Nie znam się na mechanice na tyle, żeby wyczerpywać możliwości jego prawie trzydziestoletniego silnika podczas jazdy. Mam wrażenie, że jazda do odcinki mogłaby mu zaszkodzić, a potem nie zdołałbym już go uratować. Obserwuję przepoconą uszczelkę na jednym z gaźników, słucham delikatnego poklepywania jednego z łańcuchów w silniku na wolnych obrotach, wybaczam klockom hamulcowym dźwięki podobne do tych, jakie wydaje hamujący pociąg na dworcu PKP. Dziś na przykład przesmarowałem mu linkę sprzęgła. Cieszy mnie to jak cholera, bo na samym początku też nie był gotowy do osiągnięcia wartości "dwustu na godzinę".

 

 

 

 

Komentarze : 2
2018-05-23 17:46:43 okularbebe

Kierownica była ustawiona na wprost, a podpórka boczna składając się, zadziałała jak dźwignia podnosząc moto na moment do pionu z parkingowego pochylenia, gdy ruszył z miejsca. Po pokonaniu tak powstałej "przegibki", poleciał na klasyczną glebę parkingową już bez podparcia. I to tam się znalazłem podtrzymując spadające HD. Wszystko wydarzyło się niesamowicie szybko. Arek mówił, że to dobrze, że nie skleiło sprzęgła wcześniej, gdy chodził jeszcze na ssaniu i na wyższych obrotach..

2018-05-23 17:28:39 jazda na kuli niezalogowałem się

Żeby ten Harley się dżwignął do pionu po tym skoku to przednie koło musiało by być skręcone w prawą stronę, dobrze kombinuje?

  • Dodaj komentarz