Najnowsze komentarze
Kibic czytelnik do: Pudło
Witam, moze zainteresuje Cię to - ...
Też byłem rok temu w Dusseldorfie ...
Dzięki, możemy nazwać wszystko po ...
Barszczyk ... do: Apollo Road
Widzę że kolega po moich okolicach...
Świetny tekst. Doskonale ujęte. T...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

04.09.2022 22:07

Smoku vs. Broniu

Nic ciekawego, same głupstwa. Czasem tylko pojawiają się te różne zapytania. Koledzy dzwonią, piszą i bezowocnie czekają.

 

Widać ten rys zawodu na ich twarzach. Nie w Bieszczady i nie do restauracji na rybkę w niedzielę. Nie w Alpy, nie dla ćwiczeń w jeździe precyzyjnej. Nie dla jazdy po wyścigowych torach, w kółko. Żeby zdobyć papierowy dyplom i uścisk dłoni prezesa? Popatrzeć na jakieś mistrzostwa świata stref południowych jakichś bezimiennych zawodników? Nie, to też nie dla Smoka. To wszystko już go nie jara.

 

Smoku pachnie po ostatniej rundzie w ciemnej jamie, nie zakręci wałem bez poważnego powodu, czeka. Jako motoegoista, wytacza się i krąży wyłącznie własnymi drogami. Podpatruje z bliska nieznajome motocykle, goni je, towarzyszy im przez kilka kilometrów, wyprzedza, albo z nimi przegrywa. Tropi. Żeby nie zapomnieć, jak to było. Żeby zachować resztki pamięci mięśniowej i szybkość reakcji na jak najdłużej. Mimo podejmowanego ryzyka. A może właśnie dlatego.

 

Na pustej, bocznej drodze udaje się w końcu prowizorycznie zamocować kamerę do tankbaga. Nie wiadomo tylko po co. Bo od dawna nikogo godnego, czyli zauważalnie szybszego do wspólnej jazdy nie spotkał na swej drodze. Nie ma czego nagrać. Gdzieś z tyłu głowy jeszcze raz widziałby siebie na tyłach silnych ekip, w których skład wchodził wiele razy, ale na krótko, jeszcze przed kilkoma laty. To była jazda, wszystko wirowało, a każdy wiedział co ma robić na drodze. Nie było tam przypadkowych ludzi. Silniki grały, wiatr ogłuszał.

 

Ale to ten pierwszy widok wciąż oddziałuje na wyobraźnię: obok siebie trzy dzikie GSX-R 750 – Kasprzyka '88, mój '89 i Yogiego '94, wszystkie na pustych puchach, równo, okrutnie szybko, blisko. Łeb eksplodował od hałasu i drogowej jatki. Poza pojęciem i zakazami, dniami i nocami. W dresach i czasach, gdy dopiero się to wszystko realizowało, bo od 2004 roku. Takie obrazy w pamięci są najsilniejsze, bo to przecież zdjęcia i obrazki z plakatów wreszcie ożyły. To one stały się punktem wyjścia. One przetrwały.

 

Być może teraz Byku nawet ucieszyłby się na pomysł założenia nieformalnej grupy youngtimerów. Spróbowałby sprostać wymaganiom, jakie stworzyłaby taka motocyklowa wspólnota i podjąłby się jeszcze raz takiego wyzwania. Poszedłby na kompromisy.  Jeśli trzeba, nawet poprowadziłby spokojniutko resztę jadąc na GSX-R 1100, ale musieliby za tym stać odpowiedni ludzie na odpowiednich motocyklach.

 

Bez disco polo. I to bez jednego słowa wytłumaczenia dlaczego.

 

Tak, to prawie niemożliwe. Ale tylko popatrzcie: nasze dawne marzenia są dziś tak jak te niektóre stare motocykle - niewiele warte. Dlatego może nawet na ich realizacji nie stracicie, bo maszyny z lat 80 i 90 tańsze i tak już nie będą, a raczej po drodze nam jeszcze nie padną. Moglibyśmy zrobić chociaż tyle dla tych około trzydziesto, czy czterdziestoletnich marzeń i motocykli. Gdy skala obciachu uznanego szeroko w tym kraju nie ma już limitu. My mamy chociaż to. Zróbmy parkingową strefę dla starych scigaczy. Gdziekolwiek. Wraz ze wspólnym przejazdem. Ciekawe ilu by nas było? 

 

****************************************

 

Po niebie rozlegał się warkot lotniczego silnika. Nawet samolot o kształcie szybowca, napędzany silnikiem chyba od kosiarki wydawał się pozostawać zawieszonym nieruchomo w powietrzu, dokładnie ponad Smokiem. Ledwo leciał. Na pastwiskach wokół, poza stadem krów nie było widać nikogo. Zero ruchu, dlatego motocykl można było zaparkować i zgasić po środku asfaltowej, nierównej jezdni, wytyczonej na szerokość dwóch motocykli jadących obok siebie, pomiędzy drzewami. Zielono i sielsko.

 

W dodatku odkrycie, że nieprzereklamowany Pradziad jest wyższy od najwyższego szczytu w Bieszczadach po polskiej stronie spowodowało, że nie ciągnęło już Smoka nigdzie dalej. Mógł w spokoju powiesić kamerę i mieć znakomitą, górzystą okolicę na nieco ponad godzinę dobrej drogi od domu. Ale bez nadziei na uchwycenie jakiegoś wyjątkowego obrazu. Bo stabilizacja urządzenia nie dawała sobie rady przeciwdziałając niestabilnemu mocowaniu, bo YouTube preferuje GoPro, zamiast Olympusa. Bo liczba klatek zmniejszona została na połowę mniej, żeby zredukować drgania i poprawić efekt rozmycia tła. Bo ustawione rybie oko, żeby aż tak nie trzęsło, więc wszystko nagrane szerokim kątem, ujęło wszystko jakby z kilkudziesięciometrowej oddali. W rzeczywistości najbliższe zakręty były ekstremalnie wąskie, bez możliwości bezpiecznego wymijania w złożeniach, a obiekty były niemal na wyciągnięcie ręki. Ale przecież samolocik wciąż pyrkał w miejscu, a krowy się pasły leniwie.

 

Miałem coraz mniej czasu, bo wynikało z zegara, że na wieczornej, piątkowej wódce stawię się tylko minutę za wcześnie, na styk. I to na resztkach paliwa w Smoku jeśli nie tankować w drodze powrotnej.

 

Spodziewaj się niespodziewanego. Najpierw Smoku niemal wpadł pod koła grupy czterech adwenczer-turystyków. Wszyscy oni mienili się na drodze jak świąteczne choinki z obrusami. Te lampki, obrysówki, ledy i halogeny oraz odpalone dodatkowo, drogowe reflektory w biały dzień raziły tak, że ciężko było ocenić kto jest tam kto. I jak daleko. Smoku ich przepuścił. A tamci ruszyli naprawdę z kopyta i na ostro. Razem z kuframi, interkomami, nawigacjami oraz wysokimi motocyklami. W których czasami trudno zapanować nad środkiem ciężkości, jeśli pomiędzy kuframi posadzić im pasażera. Albo pasażerkę, jak tamten czwarty. Machał, trąbił i migał kierunkowskazami do prowadzącego grupę, pierwszego. A tamten nie widział, nie słyszał, tylko ciężko zapierdalał. A wszyscy za nim.

 

Smoku ustawił się po przekątnej, tuż za machającym czwartym i dzięki tej pozycji nie opuszczając blendy w nieintegralnej skorupie kasku wdychał przez cały odcinek zapach perfum cudzej pasażerki z warkoczem pod kaskiem, jadącej na tym ostatnim. I obserwował to, że nawigacje, interkomy i wspólnota – to wszystko na nic, skoro tylko ten najsilniejszy zna drogę, ale jedzie na końcu, a zapierniczająca grupa ma to daleko gdzieś z tyłu. Żałuj bracie, że nie skręciłeś tam, gdzie ich o to prosiłeś, a oni ciebie olali.

 

**********************************************

 

Smoku skręcił. Ciekawe, czy postawiłbyś wszystko na jedną kartę. Jak my dwaj tam. Bez litości dla siebie. Na zimno.

 

Facet dopadł mnie nagle na GSF1250S, czyli na bracie nieodżałowanego Bronia. W pierwszym mieście, gdy pierwszy raz zwolniłem. Zawsze chciałem przekonać się, jak wyglądałaby taka bezpośrednia konfrontacja – XJR 1300 vs. GSF 1250. Rezultat okazał się dokładnie taki, jaki obstawiałem. Pomijając tylko fakt, że w takim towarzystwie na drodze znika całkowicie poczucie wspólnoty, wstydu i winy. 

Nie odmachał na powitanie, bo pogonił Smoka bez jego wiedzy od kilku kilometrów wcześniejszej, krętej, wąskiej drogi bez perspektywy. Nie odmachał, wręcz udawał, że nic nie widzi, gdy w otwartm kasku i z powitalnym uśmiechem obróciłem się w jego stronę. Najpierw schował się po prawej, za plecami. Jednak nagle wyprzedził tam, gdzie nie musiał, więc chyba nie przypasowałem mu do układanki. Albo wręcz przeciwnie.

 

Miał prawdopodobnie jebitne ego. Gdy zrównałem się z nim na kostce brukowej kolejnego z wolna mijanego po drodze miasta, gdy już wiedział, że nie ucieknie, Czech nie zerknął swym czarnym jak noc wizjerem nawet o centymetr w moją stronę. Przecież chciałem tylko przywalić pionę w podzięce za ostrą jazdę i opowiedzieć, że znam jego motocykl dobrze. Że Broniu nauczył mnie tego, jak korzystać z jego potężnego momentu obrotowego, jak unikać na nim silnego hamowania, bo ten model tego nie potrafi oraz jak siłowo brać zakręty, by unikać korekty, bo w porównaniu do Smoka, Suzuki wybaczać takich pomyłek nie lubi. Czech wyglądał wtedy tylko tak, jakby połknął kij od miotły. Nie chciał tej interakcji, ale ową niechęć do obcego Smoka ujrzałem jednak dopiero na filmie z kamery w domu. Bo wszystko działo się błyskawicznie.

 

Może przez to, że nie miałem tak, jak GSF nawieszanych kufrów, owiewki, pełnego rynsztunku odzieżowego, a jedynie krótkie rękawiczki bez palców, skórę, skorupę bez opuszczonej blendy czy dżinsy, było mi łatwiej za nim nadążyć. A chwilę po wyprzedzaniu utraconego w kontakcie wzrokowym, dość szybko dogonić. Niemniej jednak miał potężne przyspieszenie, znakomitą, choć czasem poprowadzoną całkowicie w ciemno, optymalną linię jazdy, prawie nie hamował. Ciężko nad tą ucieczką zapracował, Smoku też. Redukcje o jeden bieg wydawały się w nim niewystarczające dla potrzeb, a na redukcję o dwa najzwyczajniej brakowało czasu. 

 

Natomiast na hamowaniach i zakrętach, XJR miała wciąż spore rezerwy. To w takich miejscach udawało się odzyskiwać straty. To tam okazywało się, jak dobre w Smoku są opony, hamulce i zawieszenie. Jak dzięki temu pakietowi łatwiutkie do pokonania okazały się nierówności, ślepe i wąskie zakręty z wyjściami pod górę lub w dół, czy niespodziewany żwir na jezdni, gdy czas nagli. Natomiast przy najwyższych rejestrach prędkości widać było wyraźny kres możliwości Yamahy na rzecz niesłabnącego nigdy przyspieszenia w Suzuki. Umówmy się, Hayabusa też to ma, ale nie od razu, na trzech tysiącach obrotów. Oczywiście, że potem zmiażdży wszystko swoją mocą, ale po co komu wtedy 10000 obrotów na minutę, gdy wąskie proste są na to za krótkie.  


Wszystko się zgadzało, Broniu też taki właśnie był. Miał tylko sto koni, a mimo to nie wymiękał przy innych, prawie dwustukonnych motocyklach oraz przy prędkościach, przy których te inne, też stukonne hulajnogi, ale bez podobnej charakterystyki momentu obrotowego przestają się liczyć.

 

I tak, w drodze powrotnej musiałem zatankować, a czas jaki nadrobiłem – najpierw z adwenczerami, a potem z bratem Bronia, mógł pozwolić stawić się na luzie na wieczorną imprezkę, na pół godziny przed czasem.

 

Jednym z powodów, jakie powstrzymały Smoka przed wygraniem tego pojedynku była świadomość własnych ograniczeń. Widać było, że ruchliwa, czeska droga otworzyła się przed Czechem jak morze. Smokowi na pewno wypełzłaby jakaś przeładowana wywrotka. Wyminęliśmy się z tylko jedną ciężarówką, które na tamtych wąskich zakrętach zamykają optymalną linię przejazdu nawet motocyklom. Nie ma mowy o korekcie, jeśli spotkać się z nimi w środku ślepego zakrętu bez poboczy. Wystarczyłoby, że ktoś inny przysnąłby na moment za kierownicą, gapiąc się w telefon. Dlatego to tamten facet przejął inicjatywę tak, jakby o tym w ogóle nie wiedział. Natomiast to Smoku zdecydował o zjeździe do Polski przed końcem krętej drogi i zakończeniu jatki. Żeby dłużej siebie, ani jakby nieświadomego, albo szalonego Bandita nie narażać. 

Z wrażenia nie zasłoniłem ani razu blendy w kasku. Miałem to wszystko na jęzorze. Muchy, kurz, piach, charakterystyczny smak tej walki i suche jak pieprz wargi z wrażenia.

Poniżej link do ostatnich czterech minut filmu, gdy Bandzior zwolnił już nieco widząc, co się dzieje. Że Smoku nie pozwoli mu odejść tak od razu i tak po prostu. Nagranie wcześniejszego, długiego odcinka jest okrutnym szarpaniem się z drogą, zakrętami, innymi, wolniejszymi motocyklami czy też niestety naprawą własnych błędów taktycznych osiągając kosmiczne z uwagi na warunki drogowe prędkości. Dlatego tylko ostatnie cztery minuty:

 

 https://youtu.be/_-nL5iBF3dk

Komentarze : 1
2022-09-17 19:15:56 Susis

Jxsjaj test algorytmu

  • Dodaj komentarz