Najnowsze komentarze
Kibic czytelnik do: Pudło
Witam, moze zainteresuje Cię to - ...
Też byłem rok temu w Dusseldorfie ...
Dzięki, możemy nazwać wszystko po ...
Barszczyk ... do: Apollo Road
Widzę że kolega po moich okolicach...
Świetny tekst. Doskonale ujęte. T...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

15.05.2022 23:59

Soboty

Soboty są najlepsze. Wszyscy oni na nie czekają. Wszyscy wtedy, jeśli mogą, wyruszają. I ich wszystkie motocykle. Ale nie zawsze te moje.

 

Przez ostatnie tygodnie w soboty nie mogłem, bo pracowałem albo w domu, albo w firmie. Dlatego każda sobota od teraz stała się taka, jak spełniony sen. Bo nie ma już widoku rur w ścianie, nie ma malowania sufitów, łatania dziur, wymiany bezpieczników, montażu mebli, czy nowych żyrandoli. Nie zawiozę już drzewa na opał koleżance, nie załatwię tanio stali na budowę koledze. Nie sprzedam już twojego kombajnu, nie poszukam frajerowi klienta na inne graty, nie uprzątnę już nigdy więcej cudzego śmietnika. Spławiłem też do diabła wszystkich kursantów starających się u mnie o pomoc w zdobyciu uprawnień na wózki widłowe w UDT. A także doktorów, sąsiadów oraz obcych ludzi proszących o przysługi, wywierających presję właśnie w soboty. Bo słyszeli, że potrafisz, że za darmo. Że jesteś w tym dobry, choć nie masz nawet wizytówki. Że przyjmujesz czasem butelkę Dzikiego Indyka w podzięce.

 

OK, jeszcze tylko zostanę świadkiem w kościelnym bierzmowaniu chrześniaka, wysłucham kajania biskupa bez winy do końca, zamiast chlać zimne piwo z butelki wraz z kumplami w piątkowy wieczór, przy muzyce z lat siedemdziesiątych.

 

Ale potem będzie sobota i spadajcie. Smoku stygnie w jamie. Byku czeka. Kurz gromadzi się na ich materii. Szary pył pokrywa ducha, który tylko czeka, aż się go nakarmi.

 

Nareszcie jestem gotów do drogi, bardziej niż kiedykolwiek, aby nie za daleko. W dalszą drogę lepiej jest polecieć japońską, skórzaną limuzyną o niskim współczynniku oporu powietrza, z opatentowanym benzyno-dieslem pod maską. Nie za daleko również dlatego, że czasy są niespokojne, bo klienci są niezadowoleni, sprawy niedokończone. Bo motocykle drożeją, szkoda ich nadmiernie eksploatować, narażać, a niektórych części do nich nie ma i na razie nie są dostępne nawet w ASO. Nie chodzi już o półprzewodniki. Nie kupisz nawet nowego błotnika z plastiku do niektórych Yamah, a jeśli już trafisz taki w świecie, będzie to kosztowne i nieprzyzwoite. Uszczelniacze widelca do wymiany w FZ1? Te zalecane to rarytas, trzeba czekać. Długo, nie wiadomo do kiedy.

 

Dlatego oszczędnie dysponując środkami, odpalam w końcu silnik o pojemności prawie 1300 ccm, na szprycy z filtrem K&N. Motocykl jest długi i niski. Tak niski, że po sprawdzeniu stanu oleju przez wizjer w jego rzędowej czwórze po prawej, nie trzeba nawet wstawać z kolan, żeby nad skórzanym siedziskiem obszytym skromnie czerwoną nicią, zerknąć na drugą stronę aby sprawdzić, czy nie złoży się stopka pod ciężarem motocykla po odstawieniu go z powrotem od pionu. Mój japoński wóz też ma taką nić w obszyciu tapicerki i lubię go za taki właśnie wspólny mianownik z motocyklem.

 

Żeby docenić wielkość silnika w XJR, trzeba spojrzeć głębiej pod bak, na obudowę łańcucha rozrządu, w ciasnotę ponad cylindrami 2 i 3. Obudowa jest przewymiarowana, tak duża, że wpisuje się w obrys dna zbiornika paliwa ponad nią, który zresztą musiał ustąpić jej miejsca swymi przetłoczeniami. Głowica silnika jest ogromna, aż dziw bierze, że ten archaiczny sprzęt tak lubi zakręty. Cały piec sprawia wrażenie sporej przeciwwagi dla masy całości, pojmowanej jako motocykl i kierowca razem. Ten, kto nie jechał Smokiem, nigdy nie uwierzyłby w to, co o tym mówi się lub pisze. Że to aż tak.

 

Ja też nie uwierzyłbym. Trochę szkoda, że nie, bo może łatwiej byłoby zrozumieć przegranie z kretesem wszystkich sparingów z takim właśnie motocyklem, w przeszłości. A już myślałem, że to dlatego, że tamten kierowca nie znał strachu, a maszyna była zupełnie nowa, łatwiejsza dzięki temu do poprowadzenia w drogowej bijatyce.

 

*******************************************

 

Najpierw kręty odcinek drogi Lipova – Lazne do Ostruznej. Niespełna 9 km, niespełna 10 minut jazdy. Mniej, jeśliby na swej drodze dogonić Porsche z otwartym dachem, podążające w tym samym kierunku. Kierowaliśmy się pod słońce i w lusterku wewnętrznym wozu widziałem wyraźnie godne oblicze o zmarszczonej brwi, zerkające w moją stronę ze skupieniem, ale bez nienawiści. Ufam takim starszym typom, bo powinni być doświadczeni, zasobni i kompetentni, nie odwijają numerów, raczej nie w drogim, sportowym wozie w sobotnie, majowe popołudnia. Tamten srebrny porszak bez dachu złamał ograniczenia prędkości w terenie zabudowanym i poza nim od razu po tym, jak tylko zobaczył za sobą Smoka. Mógł widzieć go jako szarą marę, zarys, jaki tworzy czarny silnik, rama, widelec i kolektory. Mieni się tylko małym reflektorem i białą plamą na kasku, z daleka trudno jest oszacować jakie ma możliwości i czego szuka. Dlatego kierowca porsza wyprzedził wszystkich, którzy mu przeszkadzali w próbach zgubienia motocykla najlepiej od razu i to dzięki jego odpowiedniej do tego furze. Smoku wykazał zainteresowanie i ruszył w ślad za nim. Po tych wszystkich Austriakach w Alpach, jadących w takich samych, srebrnych brykach, ale wciąż siedemdziesiątką, to w tym kierowcy kabrio z Czech widać było potencjał. Zredukował bieg. Znikał za zakrętami. Zaczął napierdalać.

 

Jego silnik zaryczał przez wszystkie chrapy chłodzące i zasilające. Silnik z tyłu zapracował tak wyraźnie, jakby wóz miał otwartą maskę. To brzmienie było przepiękne. Nastrajało. Z podwójnej, grubej rury umieszczonej centralnie wydobył się pierwszy, czarny obłok spalin po eksplodującej dawce paliwa, podanej po naciśnięciu na pedał gazu głębiej, raptownie. Tak jak wypuszcza podobny, czarny obłok spalin Byku drugi od Krisa, gdy zabiera się do roboty.

 

To jak ten wóz pracujący pod pełnym obciążeniem dorwał się do zakrętów było kosmicznym, nierealnym obrazem, znanym niemal z wyścigów w telewizji. Bez najmniejszego przechyłu nadwozia, nierealnie szybko. Wyglądało to tak, że kierowca czekał, aż znajdzie się tuż przed centrum zakrętu, by wypuścić wóz najpierw do zewnętrznej po to, by zrobić potem nagle głębszy obrót kołem kierownicy, zmieniając linię na ciaśniejszą. A w końcu odpalić petardę zwalniając hamulec i naciskając gaz, by ściąć wierzchołek łuku jednym ciosem, bez korekty, niemal po prostej. Po apexie. Czyli tak, jak Byku robi ronda, przez swój ciężki, niechętnie poddający się korekcie przód.

 

Lewo, prawo, pod górę i w dół, porsz uciekał bardzo dobrą linią jazdy. Jakby tych zakrętów wcale tam nigdy nie było. Smoku nie mógł robić tak, jak porsz. Musiał czekać na to, co pokaże droga, jak wygląda sytuacja za kolejnym lasem na zakręcie, górą, krzakiem, domem, czy wyprzedzanym samochodem. Tam, gdzie tylko się tak dało, sięgał po 8500 obr./min, tuż przed czerwonym polem i odcięciem zapłonu, ustawionym fabrycznie chyba na poziomie 9500.

 

Smokowi nie było trudno utrzymać się na bezpieczną odległość za porszakiem, bo ten nie mógł rozpędzić się tak naprawdę, brakowało mu miejsca. Smoku z kolei znał drogę, wiedział gdzie oprzeć krótki rollgaz o ogranicznik i którym biegiem atakować sekwencję zakrętów, jak wejść i gdzie wyjść oraz to, gdzie kończą się obroty i możliwości danego biegu. Krótki rollgaz w Smoku i klamka hamulca z zaciskami od R1 o namacalnym progu zadziałania hamowania ustawiona na blisko, pozwalała na przemian otwierać i zamykać gaz z palcem na hamowaniu – klik, klik. Bieg numer 3 jest dość długi, fala dostępnego momentu obrotowego niweluje niedobór mocy, reakcja na najmniejszy obrót rollgazu - precyzyjny. Otwarty gaz do końca powoduje, że czwóra w rzędzie pracuje jeszcze inaczej, ostrzej niż gdyby nieco przymknąć, zostawić otwarte o ciut mniej. Jakby komputer, exup, wtryskiwacze i wszystkie czujniki dopiero na końcu skoku przepustnic miały wrzasnąć naraz i głośniej: JAAAAAAAZZDAAAAAA! Jakby ogranicznik stanowił dodatkowy włącznik, podwyższający moc. GSR600 miał tak samo.

 

Można uznać, że zawieszenie przód – tył udało się skalibrować pod względem balansu znakomicie, maszyna słucha grzecznie. Można nawet delikatnie przyhamować w szybkim zakręcie, bez podcinania przodu, bo ten nurkuje tylko na tyle, na ile tego trzeba. Można otwierać gaz w środku zakrętu na max, bo opona tylna w porę wysyła sygnały, co dzieje się z trakcją i – przynajmniej wtedy, zostawia trochę czasu na przymknięcie przepustnic, gdy tylne koło wyjeżdża z linii, gubi trakcję.

 

I najważniejsze.

 

Jako okularnik od 13tego roku życia, w soboty zamiast okularów korzystam akurat z soczewek kontaktowych, które diametralnie ułatwiają ocenę prędkości wobec odległości, punktów hamowania i otwarcia. Bo na przykład szerokość drogi na wyjściu z zakrętu jestpowinna być zdecydowanie łatwiejsza i szybsza do oszacowania, ile miejsca pozostało dla motocykla i jego linii jazdy. Czyli, czy należy już zwalniać, czy może wręcz uda się jeszcze bardziej przyspieszyć, albo zacieśnić. Silne okulary ten akurat element obrazu dla dynamicznej jazdy czasem zniekształcają. Mogą oddalać drogę, pomniejszając jej obraz i co za tym idzie możliwości. Skuteczność soczewek przećwiczyliśmy kiedyś przypadkiem na Obłym 750, gdy zabrałem ze sobą kontakty, żeby polatać w zielonych okularach do snowboardu, w otwartym kasku, na luzie. Znany od dawna, kręty i trudny odcinek niespodziewanie objawił się wówczas w oczach niczym owszem kręta, ale jednak szeroka autostrada. Nieustępujący na krok strach przed przepałowaniem zakrętu, dręczący myśl latami po wylocie z drogi do lasu na Bandicie 1200, zniknął od razu po pierwszych kilku zakrętach. Zrobiło się fajniej. Bezpieczniej.

 

Gdy Porsz zbliżał się do zakrętu w prawo przed Ramzovą, patrząc ponad jego szybą Smoku dostrzegł czerwony fragment nawierzchni, poprawiający przyczepność jezdni w tamtym miejscu. Oraz znak informujący o ograniczeniu prędkości do zaledwie 50 na godzinę. Nigdy wcześniej czegoś takiego tam nie było i przelatywaliśmy tamtędy wszyscy jak wściekli, i to bez chropowatej nawierzchni, ale teraz już nie wolno. Poza tym nie znając możliwości hamowania porsza, a podejrzewając go jedynie o pobicie niejednego rekordu w tym zakresie, Smoku zamknął gaz dużo wcześniej niż wóz. Wypuścił go jeszcze bardziej do przodu, żeby kierowca o skupionej skroni, widocznej w swoim lusterku, dużo wcześniej rozpoznał tamten teren.

 

Hamowanie żeby zmniejszyć prędkość o sto kilomentrów na godzinę na niewiarygodnie krótkim odcinku miało niewiele wspólnego z tym, co na ogół znam lub widziałem w samochodach. Światła hamowania, wejście na hamulcu z dociążonym przodem bez silnika w zakręt, zniknięcie światła ledowych diod „stopu” i pach, zniknął za zielonym, trawiastym winklem. Dziękuję za uwagę.

 

Smoku nie spodziewał się, że jeszcze go zobaczy od tamtego momentu. W takich warunkach jazdy odpuszczenie choćby i dziesięciu metrów dystansu do poprzedzającego zwykle oznacza stratę nie do odpracowania. Tak właśnie wygląda przewaga przez brak kontaktu wzrokowego na krętej drodze z bardzo szybkim Porsche.

 

Za zakrętem droga na chwilkę opadała, by zaraz wznieść się i łagodnym lewym zakrętem zniknąć wśród koron drzew gęstego lasu. I nawet tam, u góry porszaka już nie było. Odjechał. Smoku nie wypadł jednak z rytmu, sięgnął po 9000, opierając nadgarstek o ogranicznik, przerzucając tylko dwa biegi w górę. W końcu leciało się tamtędy świetnie. Motocyklowo.

 

I wtedy, pośród tych wszystkich, majowych zapachów przyrody, pochodzących od liściastych, albo iglastych roślin, od mleczy i ziółek, rzeki w lesie, trawy na poboczu, biedronki i rozgrzanego w słońcu asfaltu, wpadających mieszaniną przez wentylację kasku, poczułem wreszcie to.

 

Poczułem zapach, jaki wydobywałem ze wszystkich tych uciekających samochodów. Zapach hamulców, z których wypromieniował gorąc rozgrzanych, ocierających o siebie mechanizmów. To pachnąca, bo nie pochodząca od zwykłego, śmierdzącego spieku w przeciętnym samochodzie z Turcji, niewidoczna chmura hamulcowego pyłu. Pyłu, który o wentylowane, nacinane i nawiercane tarcze wytarł z klocków potężny zacisk hamulcowy Porszaka.

 

  • Łoooo jeeeea – rzucił do siebie Smoku – Wreszcie zrobiło się gorąco!

     

Na tym się nie skończyło, Porsz nie uciekł, poczekał na chwilę, bo przyblokowała go na moment skoda octavia. Na koniec, niewyprzedzone przez Smoka Porsche skręciło na parking po lewej, zostawiając miejsce dla Smoka po swej prawej. Okazało się, że kierowca miał ze sobą pasażera,jeszcze jednego z wyglądu doświadczonego, kompetentnego faceta. Ten obejrzał się za Smokiem, szukając na nim znaków i odpowiedzi.

 

Na przykład, czy warto było bronić przed nim swego terytorium. Kabiny, bez dachu, gdzie pachnie woda kolońska, czas płynie wolniej, a telefony odbiera się przeważnie tylko po to, żeby przybyło kolejnych sześć zer na koncie. Terytorium, które zasmrodziły hamulce naciśnięte do limitu przy ponad 150 na godzinę, by zwolnić do 50.

 

 

*******************************************

 

Za Branną mam taką miejscówkę. Teraz, ku mojemu zaskoczeniu, prowadzi do niej nowa, asfaltowa wstęga szosy, szeroka na jedną lub dwie osobówki. Można pochylić motocykl pod tak dużym kątem w zakręcie obok łąki, że trudno w to uwierzyć. Trzeba jednak uważać, bo z naprzeciwka, ze ślepych winkli wypadają zagapieni, nieprzytomni zabójcy w samochodach i - o dziwo, na motocyklach, wprost na Smoka. Drzewa wzdłuż tej drogi są stare, a zielone pastwiska ciągną się aż do ciemnych lasów wyżej, które to gęste lasy pokrywają okoliczne wzgórza. Przy szczytach kołują nawołujące myszołowy, ich głosy słychać tutaj z daleka, a włochate krowy całym stadem podchodzą do gorącego motocykla, nie przekraczając elektrycznej granicy. Zaciekawione widokiem Smoka.

 

Można tam tak postać obok w niemym zachwycie, mimo że Czesi zatrzymują się obok, by pokazać dzieciakowi stado. Kobieta, mężczyzna, dziecko, czyli rodzina, afirmacja życia, zachwyt nad kudłatymi zwierzętami, radość bytu. Błogi widok dla Smoka. A wokół dźwięki, zapachy, widoki, dużo tego. Wewnętrzna bateria ładuje się w takim miejscu szybciutko. Pięć zdjęć chińskim telefonem i już wiesz, że sprzedałbyś upierdliwcom jeszcze niejeden kombajn, czy ciężarówkę, a doktor mógłby jeszcze nie raz zjeść za darmo ci z ręki, bo jedną telefoniczną gadką można załatwić dla niego rzeczy nie do załatwienia. Na już.

 

Smoku czekał rozruszany po kontakcie z Porsche. Połowa baku, 95 kilometrów od domu, czysty, naoliwiony łańcuch, powietrze w oponach dobite na 2,5 przód i 2,85 tył. Hamulce na nowych, czerwonych klockach od Brembo i nowym płynie hamulcowym - odpowietrzone, ten sprzęgłowy też wymieniony i odpowietrzony, nowa bateria, Micheliny założone niedawno, mieszanka elastyczna jak balonik. Brakuje centymetra do ich zamknięcia. Ale tego już mi nie wolno. Nie pośród plam oleju na jezdni, naniesionego błota, żwiru i krowiego łajna. Pośród kierowców, którzy nie wierzą innym motocyklistom. A ja odwrotnie: im i sobie.

 

Gdy motocykl czekał tak sobie na poboczu obok krów, aż prosił o dalsze poświęcenie, o cząstkę prowadzącego. Kusił, że jedźmy. Teraz!

 

  • No to już!

Cervenohorskie już niedaleko.

Komentarze : 1
2022-05-21 19:44:36 Jazda na kuli

drożeją, szkoda ich nadmiernie eksploatować
dobre, sam coraz bardziej tak to widzę
przy czym nadmiernie to u mnie bardziej tak na siłę, bezsensownie

  • Dodaj komentarz