Najnowsze komentarze
"Również dzięki seryjnemu, niedoty...
Taki youngtajmerek bajeczka. Mi si...
Kierownica była ustawiona na wpros...
jazda na kuli niezalogowałem się do: Smarując linkę
Żeby ten Harley się dżwignął do pi...
jazda na kuli, wiem, o czym piszes...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

08.05.2016 22:16

Ucierając trąbę

Zaparkowałem motocykl na wzgórzu ponad drogą znikającą w lesie poniżej. Miałem ładny widok na niewielkie góry. Był słoneczny, niedzielny poranek bez wiatru. Wspomniana droga o nienajlepszej jakości nawierzchni, wspinała się i opadała na zmianę wijąc się niewielkimi zakrętami u szczytów wzniesień i w dolinach. W lewo i w prawo.

Jak to było? Trzymać się ciągnącego w dół, opadającego ciężko wraz z drogą i dużą prędkością motocykla i poczuć się na nim tak, jak na rollercoasterze. A potem jeszcze rzucić nim w głębsze pochylenie we wznoszącym się stromo zakręcie w prawo, wbrew oddziaływującym na niego brutalnym siłom. Bo wystarczyło spełnić kilka zwyczajnych warunków.

Przede wszystkim nie bać się: lasu, drogi i motocykla. Zaraz potem osiągnąć minimum 160 na godzinę. A zaraz potem znów się nie bać i śledzić każde pobocze i drogę. Za dużo nie myśleć. Jakim cudem mogłem tego dokonać? To proste, jeśli bywa się nierozgarniętym, którego goni stado samców alfa na poważnych motocyklach. A każdy z nich jest szybki.

    Początek był chaotyczny. Spóźniłem się ja, spóźnił się też pomarańczowy Super Książę 990. Na czas przyjechał jedynie prawie cały czarny K1300R. Obaj zatankowali do pełna. Ja zrobiłem to już wcześniej.

1. Zakręt imienia rogacza

Ruszyliśmy bocznymi, nieco krętymi drogami, aby jadąc na skróty nadrobić stracony kwadrans i zameldować się o czasie w punkcie zbornym z resztą motocykli, oddalonym o około czterdzieści kilometrów na południe. Ponieważ znałem drogę, poprowadziłem mały klucz złożony z nas trzech, zmierzających ku Czechom. Omijałem nierówności, fałdy asfaltu, łachy piachu i łaty na jezdni oraz dziury. Obaj wyjechali po raz pierwszy w sezonie na nowych oponach, ale to Super Książę 990 odstawał nieco.

Bo tempo nie było za szybkie, ale też nie za wolne. W miarę kolejnych kilometrów łapaliśmy rytm na krzywych, wiejskich drogach ostatniej kategorii. Czyli na tych trudniejszych. Gdzie pojedynczy ślad motocykla umożliwiał szybszą jazdę w miejscach, gdzie pod wpływem nierówności dwuśladowe samochody tracą równowagę i tor jazdy. Dlatego czasem handlowcy wypadają w nich na tamtejsze pola rzepaku lub wprost do lasu. Znajomość drogi daje pewną wartość dodaną, gdy chodzi o jazdę na motocyklach. Linia jazdy, punkty zmiany biegu, hamowania, czy otwarcia gazu, jeśli są przez kogokolwiek z grupy opracowane na danej drodze, to wszyscy razem dzięki temu mogą podążać szybciej. Każdy może wtedy zobaczyć, dlaczego pierwszy motocykl w zakręcie przelatuje pomiędzy dziurami koło liter „D” oraz „A” w słowie „Adam”, wymalowanych farbą na jezdni. Bo tylko wtedy, jeśli zrobią tak samo, mogą wspólnie wpaść w sam środek kolejnego wyrazu o treści „Rogacz” dwadzieścia metrów dalej i przy okazji rozwiązać lokalny rebus.

Jeźdźcy bardziej wprawieni, a także ci mniej, lecz z odpowiedną odrobiną entuzjazmu docenią ten fakt. Fakt szkolenia techniki jazdy ciut bardziej zaawansowanej gratis. Nie zawrócą do domu. Nawet jeśli nie nadążają, bo to naprawdę nic nie oznacza. A tłok na drodze spowoduje, że ci szybsi i tak w końcu zwolnią i poczekają.

Pierwszy cel osiągnęliśmy po niespełna trzydziestu minutach. Na widok oczekujących: białej CB 1300 i dwóch FZ6 – białego i szarego, należało wyjść szybciej ze skrzyżowania na obwodnicy po to tylko, żeby nas dobrze usłyszeli. Żeby kawa przestała im smakować, żeby nie chciało im się więcej gadać, lecz natychmiast ruszać dalej.

- Sie macie dziewczyny – przywitałem się jako pierwszy. 

Ale uprzejmościom i powitaniom zdawało się nie być końca. Przy tym ktoś martwił się o łańcuch, ktoś inny rozebrał się jak do plażowania, ktoś jeszcze narzekał na paraliżujący strach przed dalszą jazdą w przeładowanej adrenaliną formacji. Zazdrosne rzuty okiem na nowe w towarzystwie, porządne motocykle, opony, kaski i kurtki. Jednak tylko CB 1300 nie ściągając nawet rękawic naciskał, żeby ruszać natychmiast. Nie tracić cennego czasu. Podzielałem ten pogląd. Zawsze jestem za. Bez zbędnej paplaniny. Przynajmniej nie na samym początku, gdy motocykl czeka obok.

Ktoś więc nie dopił kawy, ktoś inny nie zdążył ubrać się po plażowaniu, ktoś jeszcze nie zdążył zadać pytań, ktoś inny odpowiedzieć. Poszli.

2. CB 1300, postrach kurnika        

Wystudiowana na drodze dzika poza białego CB 1300 na wylizanym „laciu” mogła budzić niepokój u tych nieufnych. Jego styl jazdy można byłoby nazwać rozgrzewaniem opon, gdyby akcja toczyła się na torze w Poznaniu. A w tej sytuacji były to jedynie esy-floresy na asfalcie, kreślone na otyłej hondzie z wybebeszonym tłumikiem. Ze świecącymi się na jaskrawo i bez przerwy światłami hamowania od zepsutego czujnika przy klamce. Dezorientującymi tych jadących z tyłu, tuż przed zakrętami. Dla samca alfa, jakim chciał być CB 1300, część grupy stanowiła inną, niższą ligę, o którą nie chciał się troszczyć. I nie ukrywał tego przede mną, zachęcając mnie do akcji w starym stylu. Rozumiałem go. Ale rozumiałem także resztę.

Wystraszone stado rozpierzchło się po drodze jak kury przed biciem na niedzielny rosół. CB 1300 od razu pierwszy, mój GSR 600 i czarny K1300R też z przodu, reszta przepadła z tyłu, jeszcze zanim cokolwiek się zaczęło. Droga była czysta i przejrzysta, niewiele samochodów. Ale kręta, a przez to trudna. Jej łuki były nierównomierne, wąskie i zacieśniające się w najmniej odpowiednim momencie. Wielu z nas ją znało, ale mimo to martwiłem się o nich i zatrzymałem mój mały pocisk na poboczu, wprowadzając jeszcze większe zamieszanie. Powtarzałem wcześniej komuś, że jeśli się boi, oby niech tak wystraszony jeździł jak najdłużej. Ale nie słuchali. To nie żaden wstyd, lecz namiastka rozwagi. Wiedziałem to nie tylko ze słyszenia.

Upewniając się, że wszystko jest w porządku i nikt jeszcze nie obraził się za to, że ktoś inny chce najnormalniej w świecie porządnie się zabawić, skoczyłem do przodu. Wkrótce natknąłem się na CB 1300 oraz jego pełne uwagi, uprzejme zdanie, które już gdzieś słyszałem:

- Hej, przecież jadę spokojnie 130, wolniej to już byłoby przegięcie. Nie tak się umawialiśmy!

Pomyślałem, że powinienem coś z tym zrobić, zanim ktoś jeszcze poczuje się zawiedziony tempem wycieczki. I w odpowiedzi usiadłem mu na ogonie. A z kolei za mną uplasował się jak zawsze - czarny K1300R, niechętnie jeżdżący z przodu. Właściwie to prawie nigdy, również dlatego, że był najsilniejszy.

Najpierw wyskoczyliśmy na długą prostą. Nadgarstki wygięte, oznaczały gaz otwarty do oporu. CB 1300 ruszył wcześniej jako pierwszy. Ku mojemu zadowoleniu nie zwiększał jednak dystansu. Jego ryczący wydech umilkł, zagłuszony hukiem wiatru wokół mojego kasku. Przegapiłem punkt odcięcia zapłonu przy 14500 obr./min na czwartym albo trzecim biegu i po zerwaniu ciągu, przepiąłem o kolejny w górę. Zacząłem go dochodzić. Rzut okiem na zegar uświadomił mi, że do dyspozycji na skali pozostało jeszcze trzy lub nawet cztery tysiące obrotów użytkowych. To wciąż było zadowalająco dużo. Nawet przy tamtej prędkości. I był to też mniej więcej moment otwierania się drugich przepustnic, sterowanych komputerem. W tym samym momencie dochodziłem świecącą się „stopami” na pełnym gazie CB 1300 nie bez trudu, ale jednak z pewną lekkością, zachęcającą do trzymania wciąż otwartego gazu. Już po chwili wszedłem w strefę jego turbulencji, zakłócających linię jazdy i przepływ powietrza wokół kasku i przedniego koła mojego motocykla. Wyskoczyłem z niewidzialnych, potężnych zawirowań w krainę równomiernego ciśnienia i względnego spokoju. I od razu wyprzedziłem go. Jeszcze na przedostatnim biegu i na wciąż rosnących obrotach. Wiedziałem, że mój motocykl inaczej oddaje moc, gdy rollgaz opiera się o ogranicznik. Takie, a nie inne jego położenie nie jest na wyrost, bo zdaje się uwalniać iskrę irydowej świecy jakby wcześniej, a cały napęd gra nie tylko głośniej, ale jakby ostrzej. W czasie, gdy wyprzedzałem CB 1300 na piątym biegu, jadący za nami K1300R niemal stał w miejscu i ziewał, z trudem poskramiając przed skokiem przed nasze nosy stado swoich prawie dwustu koni. Potem na zakrętach wywarłem na CB 1300 dodatkową presję, której potrzebował. Nie patrzyłem w ogóle na jego niesprawne światło hamowania, bo zauważyłem już, że i tak hamuje inaczej i kiedy indziej. Interesowała mnie tylko jego linia jazdy z jednego powodu – aby nie wjechać mu w plecy. Myślę, że nie przeżyłby tego, gdybym jeszcze raz musiał go wyprzedzić. Więc nie pozwoliłem mu odejść, pozostając w gotowości do zwiększenia skali trudności o jeszcze odrobinę, na którą niestety nie przystał. I hamowałem nieco bardziej niż potrzeba, aby wystudzić podążające w ślad za mną K1300R, w razie nieoczekiwanej zmiany planów na jezdni. Bo wylazło ze mnie zwierzę.

Wahadło z sygnalizatorami na drodze zatrzymało pęd naszej trójki. Dojechał do nas także jeden z FZ6 – ten biały.

- Wpadam w kompleksy przez ciebie – rzekł CB 1300.

- A tak w ogóle to odkręcasz gaz? – zapytałem widząc, jak trzęsie mu się lewa stopa, gdy nieczysto wypiął na luz skrzynię biegów swego samochodowego silnika w motocyklu.

- Proszę cię…

- Gdyby nie nadwyżka mocy, to nie dałbym rady za wami – dodał K1300R.

- Niemożliwe – nie uwierzyłem, ale pomyślałem, że jeśli to nie podpucha, to może być też cenną uwagą.

- No, trochę już „wjeździłem się” w te nowe metzellery – dodał FZ6, bo też był o czasie – Teraz wreszcie możemy pojechać bardziej.

Drugi FZ6 wraz z Super Księciem 990 przepadli. Długo na nich czekaliśmy. Wysłałem ponaglającego sms-a, że wciąż stoimy jak ciule na weselu w niedozwolonym miejscu. Pokonany przypadkiem w jakiś nieokreślony sposób przez sześćsetkę, ale i nasycony prędkością CB 1300 odjechał w czasie, gdy filmowałem jazdę i skręcił niebawem w drogę powrotną. Bo obiecał kobiecie być w domu przed dziewiętnastą. Zawsze spierałem się z nim o to, że przypadkowa, byle głośna puszka może mu odbierać cenną moc. Pojechaliśmy dalej. Jeszcze nienasyceni. Wciąż głodni.    

3. K1300R jako wyręczający z podejmowania decyzji

Wkrótce zorientowałem się, że wszyscy mają w nosie mój film. Pierwotnie pragnąłem uchwycić na nim słońce i błękitne niebo, rozgrzane opony, tarcze hamulcowe i roztrzaskane muchy. A także dynamikę jazdy, zakręty, góry. Ponadto dodałbym ujęcia z odległości ze zbliżeniem na konstrukcję maszyn – austriackich, niemieckich i oczywiście japońskich. W trakcie jazdy i na postoju. Do tego szeroki plan na rodzajowe scenki.

Nic z tego. Na zdjęciach (zwanych przez białego FZ6 samojebkami) niektórzy kpiąc ze mnie pokazywali do kadru niecenzuralne gesty. Zamiast kręcić ujęcia, zostałem olany. Wbrew ustaleniom goniłem uciekające stado z dyndającą minikamerą przy boku, której nie miałem czasu nawet wyłączyć, a co dopiero schować. W dodatku szykował się kolejny malowniczy fragment drogi, na którym lepiej byłoby się skupić z uwagi na coraz większą liczbę samochodów. Więc nie kręciłem.

Gdzieś na tamtym etapie wolniejszy z FZ6 – szary, zawrócił zniechęcony do domu, mimo, że do końca byłem z nim i wspierałem go jadąc na końcu. Bo widziałem, jak sztywno siedział przerażony na motocyklu. I nie chciał nawet ciut bardziej się postarać, czyli rozluźnić i podczepić pode mnie. A jego porządny kombinezon uwydatniał jego strach jeszcze bardziej podkreślając sparaliżowaną sylwetkę ze spiętymi ramionami bez jednego ruchu. Ale to dobrze. Niech tak jeździ jak najdłużej, dopóki się nie przełamie.

Dogoniłem chłopaków na rozgrzanych motocyklach, które wreszcie zaczęły jechać. Na przodzie sam Super Książę 990. Dynamicznie. Za nim K1300R i biały FZ6. Wszyscy na nowych gumach. Przyjemnie było popatrzeć na nich w locie. Cieszyli oko. I dawali radę. Nie nudziło mi się na końcu stawki wcale. Zawsze lubiłem takie ustawienie. Można w ten sposób podziwiać sylwetki jeźdźców i ich motocykli wyobrażając sobie samego siebie w tym samym czasie. Ale za to najtrudniej jest wyprzedzać. I trzeba najbardziej cisnąć.

Zmiana kierunku na powrotny, lecz przez inną, nową drogę wymusiła na stadzie zamianę pozycji. Przepuścili mnie do przodu na nieznanym nikomu fragmencie drogi. Bardzo wąskim, nierównym, z mnóstwem ślepych jedynkowo-dwójkowych zakrętów. Przez lasy, pola i wsie, ale prawie bez żadnych samochodów. Niczym podrzędna, asfaltowa droga obok pastwisk, przeniesiona wprost z komiksu „Joe Bar Team” do realu.

Chciałem podkręcić tempo. Trzeci bieg stanowił szczyt możliwości na tamtych, krótkich prostych. Oznaczało to 150 na godzinę na drodze bez kawałka prostej, dłuższej niż kilkaset metrów. Motocykl rwał się i trząsł niemiłosiernie. Trudniej było zmieniać bieg, gdy dość twardy tył uparcie trzymał się podłoża, by zachować trakcję. W takich warunkach mój widelec ustawiony na maksymalnie miękkie napięcie zachowywał się też tak, jak należy. Pozwalał przelecieć przez nierówności w zakręcie w pochyleniu. Tylna opona, której dałem drugą szansę po początkowym rozczarowaniu, wreszcie się dotarła, trzymała jak przyklejona. Podejrzewałem ją o spory potencjał już wcześniej, gdy okazało się, że na mokrym podłożu trzyma się bezwzględnie, wybaczając wszystkie moje drobne błędy. Co ciekawe na suchym jej problemy z przyczepnością rzeczywiście na początku występowały, ale poślizg był ciekawym, bo czytelnym i niemal namacalnym zjawiskiem, łatwym do wygaszenia w samą porę.

W przeciwieństwie jednak do tylnego koła, tym razem niespodziewanie uśliznęło się przednie, na zakurzonym wyjściu z łuku. Tarapaty w jakie wpadło zobrazował malejący w sekundę opór na sterze pogłębiający przez to jego skręt bez efektu. Niemal tak samo, jak luźna kierownica w samochodzie, po utracie przodu na lodzie. Udało się w porę odprostować motocykl. Nic się nie stało, choć mogło.

Ciężarówka z przyczepą przyblokowała mnie, gdy uciekałem reszcie. Tarasowała całą drogę wlokąc się zakrętami i uniemożliwiając wyprzedzanie. Trwało to zaledwie chwilę, bo pokazałem się kierowcy w jego lusterku i zrobił miejsce. I tak mnie dogonili. K1300R z aktywnym zawieszeniem i motocyklowymi systemami bezpieczeństwa aktywnego z niedawnych czasów, w których powstał, był bardzo skuteczny. Pokonał FZ6, Super Księcia 990 i miał ochotę na GSR600. Za to tym razem to ja nie miałem ochoty go przepuszczać. Jego dłuższy rozstaw osi królował na długich, alpejskich zakrętach, ale tu pod czeskim Sumperkiem miał pełne przekaźniki roboty, żeby za mną nadążyć. Bo miałem stanowczo mniej kilogramów i krótszy rozstaw osi do przerzucania tej masy z lewa na prawo i odwrotnie. Przy minimalnych prędkościach.

Bo stawianie czoła tej postaci kunsztu całej niemieckiej, motocyklowej inżynierii ma w sobie szczyptę zaszczytu i uznania dla przeciwnika. Ten naród skonstruował pierwszy motocykl i jeździł na nim od zawsze. Dziś wytwarza jedne z najlepszych motocykli na świecie. Na tamtej drodze jeden z takich właśnie, uzbrojony w nieprzebraną falę momentu obrotowego, quick shifter i jedną z najnowszych generacji motocyklowego abs-u w połączeniu z wyrafinowanym zawieszeniem o nazwie ESA, buczał fabrycznym basem za plecami. Albo gdzieś w kącie siatkówki lewego oka ukazywał mi na chwilę swe przednie koło i asymetryczne reflektory. Teoretycznie miałem niewielkie szanse. Wystarczyło na niego popatrzeć.

Ale nie poddałem się. I niebawem musiał odpuścić. Wymagała tego sytuacja na drodze. Dopiero 30 kilometrów dalej na zakrętach długich jak te alpejskie, pomiędzy Sumperkiem, a Bruntalem znów usiadł mi na ogonie. Wiedziałem, że tylko czeka na odpowiedni moment. Wyprzedził mnie w końcu, bo zamknąłem gaz na zakręcie. Ale nie bez powodu. Trzeba było mocno wyhamować i przerzucić motocykl z zakrętu w prawo w następny, jeszcze ostrzejszy, ślepy w lewo. Tamtej drogi też nie znaliśmy, więc prawie przestrzelił. Uratował go szereg elektronicznych systemów i zdaje się, że właśnie długi rozstaw osi. To dzięki między innymi temu mógł hamować awaryjnie w zakręcie idąc prosto w barierę i walcząc z siłami prostującymi motocykl bez konsekwencji poślizgu. Akurat to, jak ratuje się i piszczy mu z wysiłku nowa, tylna opona nagrało się na kamerze. Scenka pokazuje jak na chwilę przed unikniętą katastrofą motocykl robi czary-mary i wyhamowuje na tyle, że jest w stanie pochylić się jeszcze bardziej. Miałem wrażenie, że poczułem zapach jego strachu, gdy hamował. Wyprzedziłem go rzutem na taśmę po wewnętrznej. K1300R smakowało, a w takiej chwili najlepiej.

Dopóki na wyjściu z któregoś tam kolejnego łuku bomba nuklearna w ramie nie wystrzeliła go z zawrotną prędkością do następnego zakrętu. A elektronika zadbała o to, żeby nie zrobił sobie w takich warunkach krzywdy. A BMW Gearshift Assistant odpiął zapłon na krótki czas zmiany biegu i strzelił w moją stronę akustycznym pociskiem dopalającym paliwo po przerwanym ciągu. Jego 140 niutonometrów nie pozwoliło dogonić się w takich warunkach. To wynik wyścigu motocyklowych zbrojeń. Nieosiągalny dla wielu motocykli, nie tylko małego GSR600.

Ale wspaniała była tamta droga. Wymarzona. Długie, szybkie zakręty pozwalały zawisnąć w łuku. Korygować położenie. Popróbować różnych wersji dosiadu i obciążania kół. Zakręty były tak długie i majestatyczne, że można eksperymentować z doborem przełożenia, ilością gazu. Poćwiczyć nareszcie. Ale słonik na rantach opon pozostał. Dotknięty w trąbę, ale nie przytarty. Trudno, może innym razem.

4. Super Książę w amoku

Widziałem też przez jakiś czas przed sobą to szybkie, białe FZ6, gdy jechałem na końcu. Nie był w żaden sposób pozerem, a utrzymywał wyścigową, optymalną linię jazdy. Płynnie budował prędkość i dobrze hamował. Jadący za nim po zakrętach „litr” mógłby nabawić się kompleksów. I pewnie nie raz wcześniej tak było. Bo współczesne sześćsetki z silnikiem od R6 są wystarczająco ostre.

A Super Książę 990 cierpiał. Z powodu głodu i w dodatku po niecałych dwustu kilometrach - kończącego się paliwa. Warczał nawet:

- Kiedy jestem głodny, jazda mnie wk..rwia. I w dodatku bolą mnie jaja!

I jechał jak nawiedzony. Ale równie dobrze jak CB 1300 smakował wyprzedzony. Jednak utrzymywał się. Daleko, ale był. Za nim reszta. Na zakrętach w lesie połknął nawet K1300R. Na długich prostych, dogonił mnie. Rzeczywiście sprawiał przy tym wrażenie zagłodzonego. Nie wyglądał już na Super Księcia 990, bo zachowywał się jak kibic, szukający dymu. Wyzbył się wszystkich dobrych manier. W restauracji czterdzieści kilometrów później najedzony i nadojony, wreszcie rzekł:

- Teraz mogę jechać.

W drodze powrotnej, gdy wszyscy już się rozdzielili, jak zwykle próbował zgubić mnie pomiędzy tłoczącymi się samochodami. Był w swoim żywiole. Wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, przez przejścia dla pieszych i skrzyżowanie. Trąbiąc na nieuważnych i siedząc im na kole. Musiałem skrócić dystans, żeby w ogóle za nim nadążyć w takich warunkach. I mimo to jechać czysto. Jeśli udałoby mu się mnie zgubić, nie poczekałby. Przekroczył dwieście przy pierwszej, nadarzającej się okazji. Wyminąłem się z ostatnim tirem i przywołałem drugie oblicze GSR600. Przy 230 na godzinę wpiąłem ostatni bieg, pochyliłem się bardziej i ciągnąc obroty jeszcze wyżej skorzystałem z pustej i przejrzystej drogi zerkając w lusterko. Był ledwie majaczącym punktem świetlnym na horyzoncie o całe lata świetlne za mną. Do samego końca, nawet gdy już niebawem zwolniłem nie podjechał bliżej. Skręcił do siebie na Wrocław bez komunikacji i bez jednego, wyraźnego pożegnania. Długo nie odpowiadał na wysłany sms z zapytaniem, czy szczęśliwie dotarł na miejsce.  

5. Piłeś, nie jedź

Policjanci nie mieli okazji nas zatrzymywać. Poza drogą powrotną i karkołomnym wyprzedzaniem w wykonaniu uciekającego Super Księcia 990, dbaliśmy cały czas o to, aby jazda była czysta. Widać to na wcześniejszych ujęciach z minikamery – prawie nic się nie dzieje, a obraz nie oddaje prędkości i przez to nie nadaje się do niczego. Tylko CB 1300 miał nieprzyzwoity tłumik. I nie zatrzymywali nas, bo niby po co. Ani ci oznakowani, ani nieoznakowani. Ale gdy wjechaliśmy do Głuchołaz zatrzymała nas rodzima policja. Rutynowa kontrola trzeźwości. Na spokojnie wypakowywałem dokumenty obserwując otoczenie i ciesząc się, że tym razem jestem po stronie prawa.

Obok stały dwa motocykle. Cruiser w poważnym wieku jadąc z kobietą został wyłowiony z naprzeciwka. Z kolei zgrabniutki Intruder 750 został zatrzymany przy okazji tylko na prośbę cruisera, któremu jak się okazało – wyskoczyło 0,4 promila. Zmartwiony potrzebował kogoś, kto zawiezie mu cruisera, żonę i jego samego na najbliższą stację paliw. Super Książę 990 odwiózł nieszczęśnika na nocniku, a my z kobietą od Intrudera czekając na jej faceta, który zawiózł majdan, poddaliśmy się zadumie, że przecież tyle się o tym mówi. I jak to jest wypić piwo i potem jechać na motocyklu. Zamyśliłem się nad tym, że o wariatach na motocyklach też przecież dużo się mówi.

Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Wszystkie wątki i postaci występujące powyżej są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do rzeczywistości nieprzypadkowe ;-)

Garść jakościowo słabych (również od wibracji?) ujęć:

https://www.youtube.com/watch?v=mAv0sYaY2WQ&feature =youtu.be

A na zdjęciu jedno z właściwych ustawień.

                        

Komentarze : 1
2016-05-09 11:13:03 sssss

G-E-N-I-A-L-N-E

  • Dodaj komentarz