Najnowsze komentarze
Mam takie coś. Mój śp Tata latał ...
ptwr2 do: W lekkim poślizgu
Panowie, spokojnie bo jeszcze mi w...
ptwr2 z dużej litery- dołączam się!
PTWR2 pisane z dużej litery: ja...
ptwr2 jestem z dala od netu przez ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

04.08.2017 00:54

Żeby poczuć to znowu

Tamtej nocy nie musieliśmy już poprowadzić żadnego pojazdu. Już wcześniej, bo jeszcze w kinie przed wojennym seansem mogliśmy się trochę napić. Wesoło było.

Wyszliśmy z knajpy prawie o północy. Gwar pozostał w końcu gdzieś za nami, gdy wywlekliśmy się na chodnik przy pruskich kazamatach sprzed kilkuset lat. Kobiety rozmawiając odeszły powoli w stronę rodzinnego kombi tdi kumpla, którym mieliśmy za chwilę ruszyć pod kolejny adres sobotniej nocy, z Anną za kierownicą, prowadzącą spokojnie i równo. Ale nagle zatrzymałem się, bo tamten widok wciąż nie dawał mi spokoju.

Ruszyłem w jego stronę. Nie zwracając uwagi na głośno zachowujących się osobników przy wyjściu z lokalu, przeszedłem obok nich na drugą stronę ulicy. Wojciech bez słowa protestu ruszył za mną. Lubi rodzinne skody tdi oraz jeepy wranglery, ale podobno kiedyś też jak ja lubił motocykle. Tamten stał wprost na chodniku od tygodni. Wciąż z tak samo beztrosko niezablokowaną kluczykiem kierownicą, ustawioną na wprost. Do jazdy. Widziałem go za dnia, jak jego lakier odparzał się na słońcu, gdy przejeżdżałem tamtędy od czasu do czasu. Teraz byłem prawie pewien, że od tygodni stał tak samo zaparkowany, zapomniany.    

Ciemny zarys jego sylwetki z podwójnym wydechem oraz licznymi pająkami i pajęczynami, wyglądał zjawiskowo w pomarańczowej poświacie latarni. Suzuki GSX 600F z chłodzonym olejem i powietrzem silnikiem. W 1996 roku taki sam jak ten zaparkował na ulicy tego samego miasta ale pod ogólniakiem. Czyli wtedy, gdy upływ czasu w życiu można było policzyć przerwami od nauki w szkole. Albo nielicznymi spotkaniami z obcymi motocyklami. Przyjrzałem mu się na szybko, zgodnie z nawykiem wyuczonym przez lata podziwiania motocykli.

Niemiecka tablica rejestracyjna, tarcze hamulcowe na przodzie bez rantów, znaczne marginesy na oponie w dobrym stanie. Ktoś oderwał już kierunkowskaz i lusterko. Pod motocyklem zaczęły zbierać się śmieci i liście. Nieopadająca po wyłączeniu zapłonu w tym modelu wskazówka poziomu paliwa wskazywała wciąż 30 procent. Dobrze zachowany schemat opisu pozycji kluczyka na stacyjce, niezniszczonej upływem czasu i brelokami, wirującymi w strefie podciśnienia pod owiewką. Czterdzieści kilka tysięcy kilometrów, nabitych na liczniku.

- Kto tak ciebie urządził? – zapytałem, a Wojciech, który jest gotów na boks w ciemnej ulicy, nie dosłyszał. Nie wiedział, że można mówić do motocykli. Nie wiedział też, że na widok tych kultowych, można się nawet przeżegnać. Dotychczas nie rozmawiałem z nim o motocyklach. To typ zbyt praktyczny. Ale w tamtej chwili nawet spróbował mnie zrozumieć. Wypił więcej ode mnie.

************************************

Wieczorami Bronek chce grać, więc niech gra. Często ryczy z całych sił, tak lubi. Nie mogę go powstrzymywać. Próbuję jechać 130, ale jest ciężko. I nudno. Jak na jego możliwości, straszliwie nudno. Otoczenie prawie się nie rusza, krajobraz zastyga w miejscu, a olej i krew nie kipią. Obrotomierz na dole, na czterech tysiącach, silnik wyraźnie chce więcej, nie pracuje wtedy z tym pazurem w brzmieniu. Nie drapie przestrzeni. Nie rozrywa mózgu. A do pewnego, ładniejszego wejścia i wyjścia potrzebne jest szersze otwarcie i prędkość. Duża prędkość równa się większej zabawie. I większym konsekwencjom. To jest jak wiadomo złożone zagadnienie. I wchodzi w krew. Czasem nie da rady przestać. Oczywiście to, co zwykle robi Broniu nie jest jakimś straszliwym grzechem, ale gdzieś w jakimś fragmencie ociera się o przegięcie. Regularnie.

- Nie warto, szkoda życia – powiedział niepytany o to kierowca ciężarówki z kolejki, w której o świcie było nas tylko trzech. Plus zaparkowany nieopodal Harley – Davidson Sportster, na którego obaj akurat patrzyliśmy i w którego kontekście to powiedział. Wczoraj już zauważyłem, jak właściciel tego stygnącego motocykla i brody, tutejszy operator żurawia przechodząc obok, za każdym razem taksuje go wzrokiem. Wiem, co mówi wówczas wyraz jego twarzy: „jeszcze tylko parę godzin w syfie i znów cię odpalę”.

To musi być męka – mieć przed sobą cały dzień pracy, gdy HD czeka na słońcu za płotem. Po zaparkowanych motocyklach widać było, że motocyklistów w obrębie załogi zakładu jest więcej. Ale tylko operator żurawia często łaził obok swojej maszyny. I tylko on nie chował motocykla do cienia. A powinien.

Dlatego wieczorem znów pojechałem. Pęd wiatru chłodził głowę i całą resztę po upalnym dniu w kabinie żuka. Pachniało żniwami i kurzem. Mój kask i skórzana kurtka uchodzą za te jedne z najbardziej przewiewnych w swoich klasach. To prawda. Efekt znów przeszedł najśmielsze oczekiwania, było czym oddychać. Przeleciałem przez wiele stałych punktów programu. Nie za głośno w jednym miejscu, żeby nie płoszyć dobrych, porządnych ludzi w ich domach. Wystarczyło mi małe kółko. Żeby nie zapomnieć jak to jest i poczuć to wszystko znowu.

Żaby nie spotkałem. Skrzywił motocykl na widelcu po tym jak pośliznął się w zakręcie na tej samej drodze, gdzie ostatnio nagrało się z pokładu Bronia kilka wspólnych ujęć z K1300R i GSXR750. Tym razem też prowadził GSXR750, a Żaba próbował za nim nadążyć. Pisałem już, że to bardzo trudne. Przeleciał barierkę i spadł kilka metrów poniżej drogi. Wymijałem się z nimi, gdy wracali, zaaferowani nawet mnie nie zauważyli, nie wiedziałem jeszcze o incydencie. Poczułem ulgę, że pojechałem w inną stronę. Mimo, że w sumie nic poważnego się nie stało.  

 

 

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz