Najnowsze komentarze
jazda-na-kuli do zdjęcia: -
fajne sprzęty..
No to proszę
A gdzie fotki nowej wariatki? ;)
Za to moja wariatka boleśnie kłuje...
te starsze motocykle z dwoma lampa...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

06.10.2019 19:29

Ja kibic

Schabi miał głos młodego, sprytnego i szczerego do bólu człowieka, a przynajmniej jako taki jawił się w słuchawce telefonu. Dużo przeklinał. Wyobraziłem sobie go na szybko, jako uczciwego polskiego robotnika, ciężko pracującego na PKB Francji. W domu w Polsce miał GSR750, czarne i na sprzedaż. I to u rodziców w mieście, w którym akurat byłem, przejazdem i służbowo. Bo widziałem to ogłoszenie. Wyobraźnia podpowiadała, że jeszcze chwila, jeszcze dwie i nastąpi szczęśliwy koniec poszukiwań następcy Bronka.

 

Nie było jednak szans na szybkie oględziny, bo Schabi przebywał za granicą. Nie mógł udostępnić motocykla aż do czasu powrotu za tydzień. Uważa, że powinien być przy oględzinach maszyny, a jego tata nie otworzy nawet garażu pod jego nieobecność, rozumiałem to.

 

Jakby od niechcenia, na koniec spotkania z klientem, którego znam od 2004 roku i u którego akurat jestem, rzucam zapytanie o jegomościa z ogłoszenia.

 

  • Oszust – pada krótka opinia.

 

Temat stał się zamknięty, zanim został otwarty.

 

Gdy kilka minut później wycofuję wóz na ulicę, przez uchylone okno dolatuje do mnie brzmienie motocykla. Takie głośne, lecz nie pomruk, a tępe buczenie od najniższych obrotów. Czarny GSR z „bele czym” zamiast porządnego, przelotowego wydechu. Za sterem otyły człowiek w bluzie z kapturem. To chyba Schabi. Miał być we Francji, poprawiać tamtejsze PKB. Miał być poza zasięgiem jeszcze przez tydzień. Ale przejechał właśnie ulicą na czarnym GSR750, którego nie mógł mi nawet pokazać.

 

  •  
    • Mówiłem ci, że nie ma z kim gadać – dodał na ten widok klient odprowadzając mnie obok wozu do bramy.

 

Nie wiem dlaczego, ale od razu pomyślałem, że przecież ktoś podobny do Schabiego mógłby kryć się w kasku na sportowym litrze, którego Obły „na nieświadomce” wziął na celownik podczas jednej z szybkich pojeżdżawek na drodze.

 

To wtedy obiecałem sobie, że następnym razem, jeśli nadarzy się podobna sytuacja jak ta opisana w poprzednim wpisie, gdy przez 30 kilometrów niepokoiłem nieznajomych na motocyklach, Obły od razu pozwoli im odejść, niesprowokowany.

 

  •  

      ********************************************

 

Na niemieckiej autostradzie K1300R odpalił petardę. Obły poszedł zanim jak w dym. Wydawało się, że po niedługiej chwili K1300R osiągnął limitowane 250 na godzinę. Przyzwoicie, ale w tych warunkach, to za mało. Obły deptał mu po piętach, utrzymując kontaktową odległość około stu metrów. Bo osiągnął swą maksymalną prędkość, która wciąz wynosi jedynie około dziesięciu kilometrów na godzinę mniej od 180-konnego BMW. Czyli, że znowu dawał radę. Niesamowita maszyna. Skośnoocy konstruktorzy stworzyli arcydzieło na kołach, które po trzydziestu latach od wyjazdu z fabryki w Japonii wciąż rozwija dużą moc i nie pozwala zbyt łatwo odejść o wiele mocniejszym, nowszym motocyklom. Ciekawe, czy coś takiego zaplanowali.

 

- Kozacko wygląda – rzekł K1300R, gdy tankowaliśmy – Duży jest, wygląda na kawał motocykla. I bardzo szybki!

 

Zjedliśmy późne śniadanie w postaci idealnych tostów, wciagając niezłą kawę, a potem ruszyliśmy na małe kółko po okolicy. Obły jak zwykle przodem. Znów zaliczyłem pamiątkowe zdjęcie z fotoradaru w którejś z wsi, pokiwaliśmy do niemieckiej młodzieży na stuningowanych simsonach, wyprzedziliśmy wszystkich, których dogoniliśmy, bez litości i najszybciej jak tylko się dało. Na jakimś zadupiu, już po czeskiej stronie znaleźliśmy stację paliw, na której przez chwilę byliśmy tylko we trójkę. Obły, K1300R i wystraszona kasjerka. Zostałem z motocyklami na zalanym słońcem betonowym placu, bo kolej na uregulowanie rachunku za paliwo wypadła na K1300R.

 

Cygańska ekipa wytatuowanych chłopców bez perspektyw zauważyła nasze motocykle. Jakby w odpowiedzi na ten widok, hebanowy kierowca przy pełnym skręcie kół nacisnął pedał do podłogi. Golf III w wypłowiałym na słońcu onegdaj czerwonym lakierze, zadymił z opony i wydechu. Przegub stukał i walił po dantejskich luzach z metalicznym łomotem i trzaskiem. Trwało to dość długo, bo zarżnięty Golf wraz z przyczepnością tracił kontakt z rzeczywistością, stojąc w miejscu jak dymiące pudło.

 

Kierowca w końcu zwolnił hamulec ręczny, wyprostował koła, zatem mechanizm różnicowy przekazał połowę sił napędu także na drugą półoś, a wóz ruszył z kopyta. Zaparkowali obok i zatankowali, głośno krzycząc i gestykulując, ale zachowując dystans mimo, że nie spuszczaliśmy z siebie oczu. Śmierdziało spaloną gumą i drutami. Teren należał do nich.

 

Gdy po południu wracaliśmy z Saksonii, nasz bardzo dynamiczny przelot zwolnił z powodu korkującej się autostrady A4. Bo na sobotni mecz podążał konwój dziesiątek autobusów, eskortowanych przez jeszcze większą liczbę policyjnych busów. Każdy zjazd był obstawiony przez radiowozy, a cały naród musiał czekać w kolejce, fani mieli swoje święto. Obły wzbudzał nieukrywaną sensację wśród kibiców, gdy zrównał się z jednym z ich autobusów. Rozentuzjazmowana grupa pokiwała blaszanym pudłem, gdy napakowane, łyse byki z szalikami rzuciły się do okien po jego lewej. Machali tymi szalikami, pokazywali uniesione kciuki w górę i po prostu patrzyli z okien na Obłego. Coś krzyczeli, szaleli. Obok był K1300R, którego chyba nie dostrzegali. A on zresztą ich też. Był wściekły na słabe tempo. Jechał przodem i czekał, aż odpali znów petardę. Obły z tyłu pozdrawiał kiboli.

 

Gdy K1300R skręcił do Wrocławia, Obły ruszył w dalszą drogę sam. Mogłem obserwować uciekające, białe linie, dozować jeszcze większą prędkość i zmierzać szybciej do celu. I kontemplować.

 

Motocykl dał mi to uczucie. To zawieszenie w czasie i przestrzeni. Ten stan pomiędzy wszystkim. To być albo nie być. Gdy wskazówki zegarów motocykla pozostają wychylone na skali, wtedy to przychodzi. I nie da rady o tym zapomnieć. Podobne uczucie mógłbym osiągnąć o świcie prowadząc traktor, a potem zatrzymując się i wyłączając go na chwilę pośrodku pola, gdybym był rolnikiem. Lub w samochodzie na autostradzie w Dolomitach o zachodzie słońca, podróżując mocnym SUV-em na włączonym tempomacie. Z odpowiednią nutą w przyzwoitym audio. Ale na motocyklu jest intensywniej. Mocniej. Dlatego na dłużej pozostaje to w pamięci. Wydawało się nawet, że tylko po to się urodziło. To straszne i niemożliwe. Ale chwilami prawdziwe.

 

Wszystkie zjazdy wciąż były obstawione. Konwój pozostał gdzieś pomiędzy Legnicą, a Wrocławiem, dlatego mijani po drodze, oczekujący na swych kolegów policjanci widzieli mnie, ale nie byli mną zainteresowani. Ruch był niewielki bo utknął za kibicami, a prędkość Obłego pozostawała stale przekroczona. Bezwzględnie i znacznie na całym odcinku. To nic, że nie było tam zakrętów, jedynie bezmyślne piłowanie silnika. Wiedziałem i tak, że nic, ani nikt nie zatrzyma już Obłego, nawet tamtych stu policjantów, którzy stali i patrzyli. Mogli jedynie pomigotać błękitem pojazdów uprzywilejowanych. Wspaniałe uczucie. Wspaniałe, sobotnie popołudnie na motocyklu. Coraz mniej takich. Proza życia dobija motocykle. Unicestwia to uczucie.

 

To uczucie gdy wszystko inne musi zniknąć. Lub zaczekać.

 

Aż Obły wróci z trasy.

 

Nie zmyłem jeszcze much. Cały bolid wciąż jest nimi potrzaskany. Aż zmatowiał i klei się od tego syfu. Patrzę ukradkiem na ten silnik. Podziwiam go za to wszystko. Pięknie brzmi.

Komentarze : 1
2019-10-07 18:36:57 jazda na kuli

te starsze motocykle z dwoma lampami, czy to sporty, czy supertenery 750 - uwielbiam. dziś widziałem fajny materiał na yt polecam, na kanale krzysztof honda o zachowanej w oryginale hondzie cbr 900 rr fireblade sc28, jest ciekawy wywiad z właścicielem.

  • Dodaj komentarz