Najnowsze komentarze
Tak, z ostatniego miesiąca produkc...
Czyli że w jamie pojawiła się XJR ...
Zaawansowanie elektroniczne Aprili...
Wracając do weapon od Apki. Kiedy...
Dzięki ale ten ten wielki finał to...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

07.06.2020 20:57

Proces

Power Rangersi o których wspominałem, nie pokazali się od ponad miesiąca, czyli od ostatniego, nieplanowanego sprania tyłka na byle jakiej drodze.

 

Zupełnie przypadkowo ten zawsze nieposkromiony entuzjazm Wariatki do zakrętów, hamowania i wychodzenia z nich jej momentem obrotowym płynącym od obfitego singla, być może wtedy odcisnął piętno na ich urażonej dumie. Ofiara została złożona, poświęcenie otwarcia na maxa osiągnięte, ale cisza pod furtką z powodu braku motocyklowych, sarkastycznych gości, stała się nie do wytrzymania. Lubimy się.

 

Najpierw dotarła opona tylna. Oczywiście, że Continental. Taka sama jak ta w Obłym, lecz zgodnie z zaleceniem Yamahy, węższa o 20 mm. Potem opona przednia, również taka sama jak z kolei ta przednia, też w Obłym.

 

Obie tanie, ale dobre. Dzięki temu, można je wcześniej wymienić, gdy tylko feedback i trzymanie się jezdni osłabnie, choć bieżnik wciąż będzie zachowany i do jego końca daleko. Droższe opony mają taki sam spadek właściwości, ale później. Nawet na mocniejszych motocyklach. Tylko, że przez to, że są dwa razy droższe, zwykle trzeba zjechać je do samego końca, bo inaczej po prostu szkoda na nie forsy.

 

Od czasów GSR600, w którym odkryłem te mięciutkie, szybko i mocno rozgrzewające się gumy Continental, wyrzucam je w połowie zużycia. Gdy jeszcze wprawdzie przyzwoicie kleją, jednak już nie tak bardzo jak na początku. Broniu demolował je swoją masą i siłą odepchnięcia. Jego moment obrotowy rzędu 109 niutonometrów, dostępny już na trzech tysiącach obrotów wału, robił z nich dosłownie: trapezy, fusy i falbanki.

 

Po zainstalowaniu ich w Obłym, po przejeździe na nich do Austrii i Niemiec na szybko, oraz późniejszym braku postępu w ich zużyciu uznałem, że słabsze motocykle obchodzą się z nimi o niebo lepiej. Okazały się dla nich akuratne.

 

Do tego jeszcze nowa tarcza hamulcowa przednia oraz błotnik przedni, dolny zamówiony w ASO. Błotnik połamałem parkując motocykle w jamie zbyt blisko siebie – to Obły okazał się twardszy od Wariatki zahaczając podnóżkiem o jej plastikowy błotnik. Zawsze ostry, nawet na postoju. Nowa, pływająca tarcza dlatego, że poprzednia, gdy dostawała temperaturę już po kilku mocnych hamowaniach, wykazywała niewielkie bicie, co dla mnie jest niemożliwe do zaakceptowania. Te elementy przybyły aż z Japonii. I były tańsze od zamienników, proponowanych w internecie. Taka niespodzianka. Warto sprawdzać ceny.

 

  • Wydałeś na tą yamahę więcej, niż ja na swoje BMW przez pięć lat – odezwał się K1300R, któremu tym wszystkim pochwaliłem się, a który zapytał o ceny części.

Spokojnie, niektóre motocykle starzeją się szybciej, a blizny na nich powstają wcześniej. Gdy wariatka stawała na kółko, nikt na świecie o K1300R jeszcze nie słyszał. Poza tym obusieczny tomahawk musi pozostać zawsze ostry, nawet po latach. Zwłaszcza wtedy, gdy jest intensywnie użytkowany. Widać było choćby po gumach zabieraka pod zębatką to, że w poprzednim życiu we Francji nie było litości.

 

Teraz w sumie też nie ma. Widzę to choćby po tym, gdy biorę na Wariatkę kobietę albo dziecko i zmuszony jestem z nimi zrobić te same drogi w niewiarygodnie ospałym tempie, na okropnie spokojnie. Przepisowo.

 

******************************************

 

Obły na dzień dziecka dostał nowy tłumik. Jest wielki, owalny, żeby nie powiedzieć dość obły, trochę za długi. To jednak straciło znaczenie w kontekście tego, jaki efekt ta zmiana przyniosła. Najpierw, żeby go podwiesić pod skrzydło, należało wyrzucić oryginalny nie tylko tłumik, ale i dolot. Oryginalny dolot ma wbudowaną przegrodę, poprowadzoną wzdłuż wnętrza rury, na pewno nie bez powodu. Skośnookie cwaniaki na pewno odwalili w ten sposób jakiś numer. Coś dzięki temu rozwiązaniu wyoblili, albo wytłumilli.

Ponieważ aftermarketowy komin przysłał Paweł z samej stolicy, o którego kolekcji GSXR już wspominałem, dołączył do paczki również rurę dolotową, po starej znajomości. Ale już bez żadnych przegród, w wersji w pełni przelotowej. Obawiałem się, że przez to będzie huczał, strzelał i przeszkadzał w skupieniu. No Yoshimura Cyclone to to nie jest...

 

- Jasny gwint! - powiedziałem sam do siebie po nacisnięciu guzika startera.

 

Obły wreszcie się odezwał. W porównaniu do wybebeszonego Obłego I z 1989 roku oraz zrzuconego, fabrycznego wydechu Obłego II, dźwięk jego pracy stał się godny współczesnych maszyn o cyfrowym początku wtrysku. Podmuch z Lasera, dedykowanego dla wyczynowych motocykli Suzuki, czyli bez db-killera i bez homologacji, wytwarzany przez cztery cylindry w rzędzie, spina teraz to wszystko akustycznym, niskim tonem. Soczyście, bo ma dużo tłumiącej maty.

 

To nowa forma, tłumiąca dźwięki nieistotne, jak na przykład nie zawsze równomierne cykle zapłonu zimnego silnika, czy grzechotanie rozrządu już rozgrzanego, sprawiające wrażenie ogólnego rozchybotania starego silnika na wolnych obrotach. Za to wyraźnie eksponująca kolejne odpalenia mieszanki ponad tłokami, tak jakby wszystko pracowało równo i bez fałszu. I podkreślająca głębię mocy 120 koni, która wciąż chyba tam drzemie. Po otwarciu przepustnic ton zmienia się. Ale nie w taki zwykły wrzask wysokoobrotowej czwórki. Nie w przerażającą czasem mechaniczną udrękę, pod naporem której pochyla się głowę ze strachu. To przybiera formę skowytu dobrze pracującej jednostki, właściwie zasilanej, właściwie odprężonej, wentylowanej, której dźwięk jest głośny, ale wygładzony. W zachowanej równowadze. O dziwo niewysilony.

 

Jakby wysokie obroty i potem osiąganie punktu odcięcia zapłonu było czymś tak naturalnym, jak oddychanie. Mocniejsze zaśpiewanie. Niestety, bez chrypy Xrace'a w Broniu, ale na szczęście bez niepotrzebnego, otępiającego wrzasku Dominatora w GSX750 Inazumie. Przede wszystkim bez ogłuszającego strzelania z wydechu.

 

Jazda pokazała coś jeszcze. W porównaniu do serii, wejście do akcji silnika w Obłym na poziomie 7000 obr/min, jest teraz znacznie bardziej odczuwalne. Od tego progu skali obrotomierza, wkręca się on szybciej i zdecydowanie bardziej odczuwam jego przyśpieszenie na niektórych biegach, niż przedtem. Teraz nie tylko w nadgarstkach, ale i w łokciach i ramionach zmuszony jestem spinać mięśnie, żeby mocniej przytrzymać się steru i zachować fason, gdy Obły bierze się naprawdę do roboty. Biegi stały się krótsze. O wiele krótsze, bo ich zakres jest szybciej wyczerpywany.

 

To nie ten sam motocykl. Ma teraz brzmienie godne Obłego. Odejście i wygląd też.

 

Szukając zwyczajnego motocykla na czeskie i austriackie góry, natknąłem się na GSX1400 ze Szwajcarii. To stare motocykle na miękkim widelcu i wylanych wcześniej, czy później amortyzatorach, ale ten jeden ma pomarańczowe obręcze. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że to w pewnym sensie mój ulubiony kolor. Motocykl ma ten sam, lecz kompletny wydech Lasera, ale interesujące okazało się coś jeszcze. Sprzedający zamieścił obok zdjęć motocykla w ogłoszeniu dokument homologacyjny tego wydechu. Widać na nim przebieg wykresu mocy maksymalnej dla właśnie Suzuki GSX1400. Przyrost liczby koni mechanicznych następuje od właśnie około 7000 obrotów na minutę i o ponad 10% więcej przy wartości maksymalniej. To dużo w porównaniu do seryjnego wydechu. Aż tyle jest możliwe? Czuć po starym Obłym, że odmiana jest znacząca.

 

**************************************************

 

Tankowanie na rodzimej stacji paliw jest dla mnie jak wizyta w piekarni, to przyjemność. Tak się stało, że zaparkowałem przypadkiem obok dystrybutora przy którym po jego drugiej stronie tankował nowego Mercedesa właściciel tamtej stacji w ramach miejscowej, wielkiej firmy związanej z rolnictwem. A dokładniej z dopłatami do wszystkiego, co tylko mówi cokolwiek o rolniczych plonach i płodach. Właściciel setek, albo tysięcy hektarów ziemi. Niewiarygodnie bogaty. Wlewałem do pełna, tamten pan też.

 

  • Dzień dobry – powiedziałem uśmiechając się szczerze na powitanie.

  • Dzień dobry – padło nieufnie, bez uśmiechu.

  • Zawsze chciałem wiedzieć jak to jest?

  • To znaczy co? - powoli wydusił z siebie, bo nie musi rozmawiać z kimkolwiek takim jak ja.

  • Jak to jest zatankować na stacji paliw u samego siebie?

  • Aaaa, hahaha! To nic nie daje – odparł.

  • A czy u siebie nie możnaby zalać czasem na zeszyt, na krechę?

  • Nie. Zresztą od paliwa do osobowego samochodu i tak nie można odliczyć całego vat-u. Tak samo, jak od ceny zakupu nowego auta - wskazał na swego Mercedesa – Tylko połowę odliczamy. Niestety.

  • Tak, wiem... Ładny kolor. Nie kurzy się – zakończyłem pogawędkę, bo mój bak jest mniejszy od tego w Mercedesie.

     

Drukowanie mojej faktury zajęło dziewczynie trochę czasu, więc przy kasach spotkaliśmy się znowu. Usłyszałem, jak wydał polecenie swoim pracownikom, żeby rozpisali jego tankowanie na dokument RW, czyli „rozchód wewnętrzny”. Na nowy numer nowego samochodu. Nie zapłacił, bo nie musiał. Brał jakby na zeszyt. Nie wie, że z Wariatką na patrolu widzieliśmy, że jego ludzie wyrżnęli drzewa w okolicznych polach, albo zwieźli nawóz, którego smród nie pozawala oddychać w promieniu kilkuset metrów, jak zaorali drogi do minimalnej, nieprzepisowej szerokości, na której ledwo zmieści się ciągnik. Że te biedne, stare dęby, że myszołowy...

 

Nie mogłem mu tego powiedzieć. Nie miałem prawa i pewnie jednak racji.

 

I to wszystko na mojej ziemi, którą w taki, a nie inny sposób traktujemy wraz z Wariatką. Jest nasza. W przeciwieństwie do właściciela, nie musieliśmy za nią zapłacić. Nie potrzebuję odliczać od niej podatku.

 

****************************************************

 

Pod znajomą amboną w pagórkowatych polach już po godzinie osiemnastej czas sączył się przez palce. Dojazd na motocyklu w tamto miejsce z domu nie zajmuje zbyt wiele czasu. Poprzedzone jest zaglądnięciem na kilka swoich miejscówek, skąd widać też góry, lasy i łąki. To niepotrzebnie romantyczne, ale to fajne. Można też przystanąć pod sklepem we wsi na odludziu, gdzie stoją cztery domy na krzyż i figurki świętych. Można tam odkryć, że spaliła się żarówka tylnej lampy albo, że wszystko inne w motocyklu wciąż jest na swoim miejscu. W międzyczasie pokonanie dynamicznie ulubionych, gównianych zakrętów jeszcze raz podpowiada, że nowiutkie oponki są niesamowite mimo, że teraz na nich zupełnie nie dostaję stopami do ziemi. Nawet w krossowych, pancernych butach na grubej podeszwie. Że tłumienie nierówności dzięki oponom poprawiło się może nawet o prawie połowę. Że dzięki nim, gdybym tylko zechciał mógłbym sprawić, że Power Rangersi prawdopodobnie przepadliby wtedy bez wieści od razu. Że nowa tarcza nie ma bicia, a nowy błotnik mieni się w słońcu nieporysowanym i niepołamanym plastikiem. Że na „mojej ziemi”, odkąd zostałem przedstawicielem handlowym w 2004 roku, a później to rzuciłem, wciąż jestem bardzo kwestionowanym, ale jednak „motokrólem” tamtych dróg według własnej, wątpliwej manii wielkości. Czyli pomiędzy Nową Rudą, a Opolem, plus na kilku czeskich winklach. I to dla patrolowania tamtych dróg, parkuje w jamie Wariatka.

 

Kontemplację przerwała wibracja telefonu w kieszeni. Przeżuwając zakurzone źdźbło trawy, sięgnąłem po wyświetlacz. To był K1300R.

 

  • Cześć, nie mów, że jeździsz?

  • Od rana.

  • Denerwujesz mnie.

  • O której i gdzie?

  • A gdzie jesteś?

Rozejrzałem się wokół. Spod ambony nie widać było żadnego miasta w pobliżu, jak okiem sięgnąć.

 

  • Nysa – odparłem.

  • Lotos, za godzinę? - zaproponował.

  • Dawaj.

 

Zajrzałem do miejscowości Spiny, oddalonej stamtąd o dwa kilometry. Miałem czas. Do miejscowości prowadzi wąska droga na dnie wąwozu wśród pól i lasów. Od początku wszystkiego przelatywałem w pobliżu, ale nigdy nie wjechałem do Spinów. Niczego tam nie ma. Kilka starych gospodarstw z malutkimi okienkami. Odkąd jest Wariatka, nie trzeba już jechać w Bieszczady, ani w Alpy. Można dotrzeć do podobnych klimatów od razu.

 

Na stacji Lotos zmieniłem przepaloną żarówkę. K1300R przyglądał się Wariatce w milczeniu, gdy stałem w kolejce do kasy. Spotkał ją pierwszy raz.

 

  • Chcesz się przejechać? - zapytałem od razu.

  • No jasne!

  • To bierz, poczekam.

  • Ale nie tak. Bierz moje BMW. Wymieńmy się.

  • Sorry, ale taki sprzęt już mnie nie kręci.

  • Cooo?

  • Nie wiem, po prostu nie. Nie przy Wariatce. Jedź na niej sam.

  • Tak to ja nie chcę.

  • To trudno.

 

Widziałem ten cień zawodu na jego twarzy. Też było mi przykro. Nie przyznałem się, że w butach na Wariatkę, nie wrzuciłbym nawet dwójki z quickshifterem w BMW. I tylko tyle.

 

Pojechaliśmy na kółko. Tempo jak zawsze, dynamicznie. Brakowało mi tamtego motocykla. Był znakomitym skrzydłowym tamtego wieczoru. Zresztą jak zawsze. To wspaniały motocykl. W Alpach, w locie obok Bronia wygladał jak statek kosmiczny. Miło choćby popatrzeć.

 

Na drugi dzień K1300R bez ostrzeżenia wylądował na OLX. Chciało mi się płakać, gdy się o tym dowiedziałem.  

 

**************************************************

 

Przedwczoraj dotarł iryd, a dokładniej irydowa świeca zapłonowa. Miałem świece takiego typu w GSR600. Nie wiem, czy to tamte świece, czy akurat założony wraz z nimi nowy filtr K&N zrobił większy efekt. Wtedy warto było w nie zainwestować, bo motocykl otrzymał więcej jadu. Teraz czekam na ten sam efekt w Wariatce. Że szybciej wkręci się na obroty. To ważne. Tak mogę pocieszyć się po tym, gdy okazało się, że znów zostałem sam na drodze. Tym razem bez K1300R, bo wyszło inaczej.

Komentarze : 1
2020-06-09 05:45:27 jazda na kuli

doskonale to rozumiem. też straciłem zainteresowanie pewnymi segmentami, choć wciąż kocham wszystkie motocykle. ale gdyby teraz ktoś zadzwonił przyjeżdzaj na test np. kawasaki Z 9oo, paliwo za darmo, grill i napoje w opór na miejscu itd, to nie wiem czy by mi się chciało.

ale jak jakieś nowe turystyczne enduro albo kros, no to oczywiście biegusiem ;)

  • Dodaj komentarz