Najnowsze komentarze
Tak panowie. Człowiek ma chwilę sł...
Bajson do: K1300R
Tak przemijanie. Chęć powrotu do d...
Przemijanie, które zazwyczaj wyzwa...
ja przy przebiegu 50k założyłem ir...
doskonale to rozumiem. też stracił...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

25.04.2020 16:10

Szczur

Harley nie odpalał od dłuższego czasu. Model Duo Glide z 1960 roku. Zalany kwasem z zaniedbanego akumulatora, pachnący przepalonymi wyciekami, brudny i sponiewierany, na sflaczałych oponach. Taki szczur. Magneto go uratował. I porządnie wyczyścił. Podobno wreszcie działa jak trzeba. Jedziemy po niego z właścicielem.

 

  • Fajnie wyszło, gdy podczas zlotu zaparkowałem tego starego szczura na parkingu w Pradze obok setek identycznych, nowych motocykli marki HD w swych najtłuściejszych wersjach, które zjechały tam, żeby się wyróżnić na tle maszyn z całego świata. Bo wielu, naprawdę wielu ludzi kręciło się wokół mojego Duo, a nie przy tamtych błyskotkach. Cały czas dopytywali mnie o wszystko – opowiadał mi podczas wspólnej drogi w busie właściciel motocykla – Szkoda go, żeby teraz stał popsuty.

Pomyślałem, że ludzie pragną legendy, a ten stary motocykl na taką mi wyglądał. Dlatego mi także zrobiło się go żal, a że jego silnik przestał odpalać, pomyślałem o Magnecie i właśnie dlatego dostarczyłem mu tę maszynę. A tam, w jego warsztacie motocykl utknął na całą zimę i pół wiosny, podobnie jak wspomniane BMW R75 z 1973 roku, pod którym klęczałem przez wiele dni na jesieni i nie uporałem się z jego bokserem jak należy. Wciąż nie działał tak, jak powinien, choć udało mi się go uruchomić po prawie dwudziestu latach przerwy.

 

Dlatego wierzę, że wszystkie te stare graty, nie tylko Obły jednak mnie lubią. Bo jakoś działają. W końcu napopychałem się tego złomu przez lata, pracując troszeczkę dla działu zabytkowych w Świecie Motocykli, gdy jeszcze był to świat motocykli. Pracowałem troszeczkę dla nich, bo wszystkie dziennikarskie gwiazdy wolały latać na nowych Ducati, a nie stuletnich, skorodowanych motoprababkach bez mocy, które zazwyczaj nie odpalały. I którymi nie umieliby pojechać na miasto.

 

************************************

No więc po południu ruszyłem pięciocylindrowym samochodem dostawczym odebrać motocykl po naprawie i przewieźć go wreszcie do domu właściciela Harleya.

Mogłem pokonać odcinek do warsztatu szybszą, choć okrężną drogą. Zamiast tego wybrałem trasę na skróty, której dużą część stanowił fragment okrążenia testowego dla Wariatki. Świeciło słonko, pachniało wiosną, a przez uchylone okno wpadał ciepły wiatr. Każdy zakręt dobrze znanej z perspektywy wysublimowanego, motocyklowego zawieszenia drogi, przejechany nawet powolnym i sztywnym samochodem na resorach bez szczególnego komfortu, bywa lepszy niż nic. Wtedy też tak było. Przy takiej okazji można odświeżyć myśli i jeszcze raz przeanalizować obraną linię jazdy.

 

- Serio? Magneto rzucił pracę, żeby naprawiać motocykle? - zapytał zdziwiony Harley.

 

Tak było.

 

Zanim jednak Magneto wziął sprawy w swoje ręce na poważnie, musiałem go odrobinę przestawić. Od dziesięciu lat tracił swój czas za kółkiem cieżarówki. Uważam, że to wspaniała praca pod warunkiem, że nie jest się ojcem dla dzieci, wziętym mechanikiem z kolejką motocykli, ustawioną pod warsztatem, a przy okazji właścicielem bardzo szybkiej, ale bardzo zakurzonej i opuszczonej CB1300, na której nie można przez to wszystko pojeździć.

 

A szara codzienność to wciąż ta sama trasa co tydzień, która jest na tyle długa, żeby bezpowrotnie znikał z kalendarza każdy tydzień z życia, w dodatku z kawałkiem niedzieli.

 

Musiałem go nieco przestawić również może dlatego, że znałem to. Że w obawie o to, że skończę podobnie, trzasnąłem kiedyś drzwiami furmanki i rzuciłem to w cholerę. Mimo, że rokowania na dobrego furmana były zadowalające, poparte dyplomami optidrajwera, jeśli akurat nie wygrywającego konkursy eko-jazdy, to drepczącego po piętach wymagającej konkurencji. Odkryłem to, zanim pokładowe fleetboardy o tym oznajmiły mi oraz eko-optymalnym-instruktorom od porządnej jazdy w różnych truckach nowej generacji, z którymi trenowaliśmy. I tak jak Magneto i paru innych kolegów już w niedzielę wyrywałem się za kółko, nie mogąc doczekać poniedziałku. Bo jazda ciężarówką, tak jak motocyklem, czy każda inna przygoda wchodzi w głowę. I tam pozostaje. I niestety można się w tym zatracić za bardzo, zanim mądra żona, czy ktokolwiek inny w tym się połapie.

 

  • Skoro mnie o to pytasz, a twoja kobieta radzi ci od dawna zmienić pracę na podobną, ale w ciężarówce operującej tylko „wokół komina” i nie przeszkadza jej, że za połowę tamtej kasy, to w imię pobytu z dzieciakami i motocyklami twoich klientów w warsztacie popołudniami, w wolne weekendy, to na twoim miejscu rzuciłbym to. I to zaraz – powiedziałem, a Magneto jak usłyszał, tak zrobił.

Miał szefa, który – a byłem świadkiem tamtej sytuacji, zanim rzucił słuchawką, oznajmił jeszcze, że ma w dupie to, że przyczepa nie ma hamulców w środku nocy na autostradzie albo jeszcze, że ma w dupie to, że padł ciągnik wieczorem pod lasem, 500 km od domu. Teraz, po dziesięciu latach Magneto mógł mu wreszcie powiedzieć, żeby „sadził czosnek”. Albo coś w tym rodzaju. Magneto to jeden z tych facetów, którym można pomóc, bo ta pomoc raczej nie pójdzie na marne.

     

Tuż przed świętami i w dodatku w obliczu galopującej pandemii zabrał swoje zabawki z kabiny długodystansowego DAFa z firankami w automacie, by przesiąść się do czystego hakowca z brudnymi kontenerami, operującego od lat w zaopatrzeniu elektrowni. I na razie codziennie jest w swoim łóżku, kuchni, domu i warsztacie. Nie przemęcza się zbytnio, nastoletni synowie pomagają mu przy motocyklach, a klienci chyba stali się jeszcze bardziej zadowoleni. Przyjechali też nowi.

  •  
    • Stary jest tak, jakbym był na jakichś wakacjach! Po tych wszystkich latach tułaczki, praca na miejscu i w warsztacie za dnia, a nie nocami to wielka zmiana - rzucił mi do słuchawki.

Poza HD i BMW, wepchnąłem mu jeszcze do kolejki trzy, a może i cztery inne motocykle od znajomych. Ot, taki mały pakiet startowy, ważny na początku każdej nowej drogi. Zwłaszcza teraz, w dobie obecnego kryzysu. Ludzie chcą, żeby ich motocykle działały. I zapłacą za to nawet teraz. Też tak mam.

 

***************************************

 

  • Łańcuch od przeniesienia napędu silnik – sprzęgło jest taki, jak w kombajnie Bizon – rzekł Magneto wyprowadzając umyte, błyszczące cacko z 1960 roku. Na wreszcie napompowanych oponach – To bardzo prosta konstrukcja. Tak prosta, że patrzysz na to i nie wierzysz, jak oni to skonstruowali? Ale zobacz, mimo podobieństwa do młockarni w swej prostocie, ciągle działa. Tylko popatrz na ten hydrauliczny hamulec i bęben w tylnym kole, to majstersztyk w tamtych czasach.

 

Magneto postawił motocykl na bocznej, rozkalibrowanej przez ponad pół wieku stopce o lichym podparciu, uklęknął lewym kolanem na wielkim siodle szeryfa, a prawą stopę oparł na kopce. Czyli, żeby cokolwiek zrobić w tym Harrym, trzeba było wejść na niego dosłownie obiema nogami. Odkręcił kranik na, a nie pod bakiem, potem napompował z kopniaka odpowiednie ustawienie tłoków. Następnie włączył zapłon, a lewym, wytartym do cna jak przy cztery razy cofanym liczniku „rollgazem” skorygował kąt zapłonu przyśpieszając go.

 

Wstrząs przeszył całą konstrukcję. Bo ciężki Magneto ze swym niezawiązanym sznurowadłem w buciorze i w ogólnym, silnym szarpnięciu niemal wskoczył na pedał kopniaka. To było bardzo energiczne i podręcznikowe kopnięcie rozruchowe. Kopnięcie w taki sposób, że silnik aby odpalić, musi ruszyć gwałtownie od razu, a nie nabierać prędkości stopniowo, wraz ze skokiem kopki. Takie kopnięcie, do którego musisz się przyłożyć, by zrobić to z całej siły oraz skupić się, by trafić w punkt iskrzenia. Aby nie zalać, ale odpalić dwa wielkie baniaki ciężkiego motocykla. I to wszystko ze świadomością, że silnik może oddać całą, skumulowaną energię z potrojoną siłą. Czyli taką, że można zostać podrzuconym lub spaść z motocykla. A także może zwichnąć, albo złamać nogę na odbijającej zbyt wczesnym zapłonem kopce.

 

Wajcha na sprężynie obróciła się w dół do krańcowego położenia, a Harry odpowiedział mocnym, ale tylko pojedyńczym odpaleniem w jednym tylko cylindrze. To zawsze stanowiło wyzwanie dla mnie w tak starych motocyklach i we współczesnych, czterosuwowych endurakach o większej pojemności. Ten proces rozruchu w wyniku którego zużywa się wszystkie dostępne siły, a maszyna odpali, albo nie. W dodatku samo kopnięcie jest gwałtowne i trwa na tyle krótko, że po porażce nie potrafiłem ocenić, czy należało dodać gazu, ile tego gazu, czy nie, a może dać trochę ssania, czy też nie? A może jest już zalany, czy jeszcze nie?

 

Ale Magneto ponowił próbę i motocykl ożył nagle potrząsając wszystkim, co tylko miał na sobie. Jedno wielkie trzęsawisko. Jedna wielka wibracja.

 

Harley wsiadł na Harrego i z nieco drżącymi rękoma ruszył na jazdę próbną. Gdy odjechał nastała cisza w oczekiwaniu, czy wróci. Czy silnik nie przerwie pracy i czy nie spędzimy tu reszty nocy na próbach udawania, że maszyna jest naprawiona, lecz jedynie jakiś drobiazg stanął na drodze do szczęśliwego końca operacji i rozliczenia.

 

  • On tak pierwszy raz na motocyklu? - zadał pytanie Magneto – Bo z jakąś taką niepewnością odjechał.

  • Nie, przecież ma kilka maszyn i zrobił na nich wiele kilometrów. Może to emocje? Co mu było?

  • Regulacje, akumulator, wycieki wszędzie, hamulce, których nie było i kondensator. Bardzo zaniedbany motocykl. No i trzeba wiedzieć jak go kopnąć, bo nawet mi nie było łatwo.

  • Taki jego styl. Do lanserki ma inne harleye. Ciekawe jak to jest gdy taki szczur zdechnie na skrzyżowaniu i trzeba odwalić tę całą procedurę odpalenia kilka razy, gdy ludzie za plecami stoją i trąbią.

 

Gdy Harley wrócił, nawet nie zwolnił, nie zatrzymał się. Przeleciał obok posesji warsztatu jak sam diabeł i popędził gładką szosą dalej, by zniknąć za zakrętem. V2 grało czysto na otwarciu, a zdublowany, długi wydech Harrego grzmiał jak stary, nisko lecący samolot, a brodę i ułożone zazwyczaj włosy Harleya chyba rozwiewał pęd wiatru. Chyba, bo przeszedł obok tak szybko, że nie dostrzegłem jego wyrazu twarzy, a jedynie zarys motocykla i kierowcy. Przełączył się. Z poważanego, statecznego Rafała, ojca trójki dzieci, kierownika w biurze, facet zamienił się we wściekłego motobandytę, znalazł się poza prawem. Motocykl nie miał tablicy rejestracyjnej, a on sam na sobie nawet łupinki kasku, czy rękawiczki. Było już chłodniej bo zaszło słońce, ale nie przeszkadzało mu to, że miał na sobie jedynie koszulę w kratę i dżinsy. I to, że dziś może lepiej się nie przeziębiać. Z tej strony słabiej go znałem.

 

To uczucie siły i bycia ponad wszystkim, bycia wolnym, bycia na motocyklu, na starym motocyklu. Na swoim motocyklu. Nic innego się nie liczyło. Obaj z Magnetem to wiedzieliśmy. Czekaliśmy, aż się wyjeździ. W końcu wrócił na swojego szczura, który wreszcie działał. Miał nowe filtry i nowe oleje. Grał jak zły.

 

Gdy wreszcie przyjechał zadowolony, zaproponował mi rundę za sterem Harrego. Nie zawahałem się ani chwili. Mimo, że nie wziąłem kasku, kurtki i mam za sobą kilka motoetapów metamorfozy. Aktualnie wszystko, co mnie interesuje w tym temacie, to kiedy i gdzie wreszcie wyruszymy na większe kółko swymi motocyklami, czy też jaką akcesoryjną, wycinaną tarczę założyć na przód w Wariatce. A potem, czy Obły będzie mógł i czy da radę znów wyskoczyć na bardziej odległe południe, czy może raczej przyprawić do jamy coś jeszcze, na wzór normalnego motocykla z wtryskiem paliwa na dalszą trasę raz w roku. A przede wszystkim fascynacja lekkimi, ale mocnymi, terenowymi motocyklami, które najlepiej czują się poza szosą, gdzie nikogo nie ma, co z założenia utrudnia nieco poczucie głębszej więzi ze starymi Harleyami, jak tamten Duo Glide z 1960 roku.

 

Okazało się, że jednak nie. Że takie motocykle, nawet po tym wszystkim, co w życiu przeszliśmy już zawsze będą fascynujące. Ten samodzielnie regulowany kąt wyprzedzenia zapłonu, wygodne siodło szeryfa, paradoksalnie gładka praca silnika i o dziwo wielki komfort jazdy. Oczywiście, że się dogadaliśmy, Harry kwitował moje początkowo zbyt raptownie wykonywane czynności związane z prowadzeniem kichnięciem z gaźnika lub ostrzegawczym szczeknięciem ze strony skrzyni biegów. Nisko położony środek ciężkości i duży rozstaw osi oznaczały znakomite prowadzenie, a wyryta na całym poszyciu motocykla rzeźba blizn i okaleczeń gromadzonych przez dziesięciolecia dodawała mu jedynego w swoim rodzaju uroku.

 

Gdy rozładowywaliśmy Harrego z busa w nocy pod garażem, popatrzyłem jeszcze raz na ten motocykl. I nagle zdecydowałem, że nie będę chodził już do fryzjera. V2? Może kiedyś, ale nie będzie na nim frędzli, krzyży maltańskich, trupich czaszek, ćwieków i wypastowanych, kowbojskich butów. Tylko prawdziwe życie, takie jakie jest. Niemyte, nieuczesane i nieogolone. Koniecznie na głośnym wydechu, ale każda rura oddzielnie dla każdego cylindra. Nie musi być HD, może być Suzuki. Wtedy to przemawia do mnie.

 

Taki właśnie szczur.

 

Komentarze : 4
2020-04-27 00:29:57 gregor1365

Z życia wzięty tekst, sympatycznie się czyta.
Miałem ostatnio przyjemność zauważyć na podłej jakości skrzyżowaniu Dziewczynę na Yamaszce Virago 125, pomimo małej pojemności i prędkości niepotrzebna redukcja do 1 biegu na wejściu w zakręt w prawo na tym nierównym asfalcie dała szarpnięcie w tył zaburzające ładną linię i płynność przejazdu ale Koleżanka poradziła sobie.
Taki Ci szczur przemykał sobie ulicami miasta.
Każdy ma swoją historię, a Kobieta na motocyklu to ułaa...... Coś pięknego.
Szerokości.

2020-04-26 14:33:42 DominikNC

Niezwykły wpis, czuję jakbym przy tym był. O to chodzi. Pozdrawiam!

2020-04-25 20:48:53 Davod

...dwa koła by nic biegnąć, olej zamiast krwi, korbowód w miejsce serca i wydech jako jelito grube..., To też żyje i zasługuje na szacunek.Motocykle są wszędzie ! .
Szacun dla aurora.

2020-04-25 19:27:05 jazda na kuli

stary, czarny fat boy jak w terminatorze to by było to.

  • Dodaj komentarz