Najnowsze komentarze
Okularbebe2 do: 4:24
Dzieki Calmly. Jak linie papilarne...
calmly do: 4:24
Boys of summer był i jest elektryz...
Okularbebe2 do: XJR - motocykl nieudany
Tak jest! Widziałem! 2x xjr. Nie p...
Aż zerknąłem. Są dwa teksty. Tekst...
A nie byłem, a zerknę.
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

15.09.2021 22:06

Odwet

 

 

To, że przy stówce w trybie overdrive silnik kręci się na zaledwie 1800 obrotach pomaga w zachowaniu spokoju na pokładzie. Ale cały wóz jest też na tyle dobrze wyciszony, by po latach wciąż stanowić wytłumiony kokon, chroniący przed trudem i znojem tego świata. Nie słychać w nim innych. Ich dziękczynienia lub narzekania. Niczego. Tylko czasami V8.

 

Osiem cylindrów, które po rozwarciu przepustnicy znajdującej tuż za syczącym filtrem, a jakże - też od k&n, najpierw bulgoczą, potem mruczą, by wreszcie zaryczeć, gdy dwie tony tego starego złomu zamieniają się w lekką i zwinną baletnicę na czterech łapach all time. A ta potrafiłaby przeskoczyć rolki, szarpaki, kanał i całe diagnostyczne stanowisko na przeglądzie, gdyby tylko diagnosta zbyt głęboko nacisnął na pedał, pokonując próg bramy. A zaraz potem, po wyjeździe z drugiej strony hali sięgnąć po dwie setki. Z czego po pierwszą już po ośmiu sekundach. A to zmienia perspektywę. Motocykle widziane spoza takiej siłowni i z jej wysokości stają się jeszcze bardziej dziwne, niebezpieczne i bezbronne. Niemal niepotrzebne, wręcz przereklamowane. Niedobrze się prezentują, gdy przez przednią szybę widać, jak zamykają gaz tuż po przerażającym skowycie, bo nie wiedzą, co dalej, gdy droga niepewna. A światła, wloty powietrza na grillu z maską na wysokości ich lusterek rażą ich z bliska. Bo za blisko się znaleźli.

 

Ale ponieważ latają grupami, wszystkich zawsze przepuszczałem. Ale ten jeden się opóźniał. Wisząc na tylnym narożniku za wozem, czekał w lusterku na odpowiedni moment do wyprzedzania. Z naprzeciwka sznur samochodów ciągnął się aż po horyzont. Koledzy tego motocyklisty, też na sportowych maszynach nie wydawali się skorzy do ucieczki. Bo grzecznie wyprzedzili, sprawnie, nawet pies w bagażniku ich nie zauważył. Też czekali na ostatniego. A ten ostatni z nich podróżował na ZZ-R 1100, czyli był youngtimerem. Z racji dojrzałego wieku powinien coś reprezentować na drodze. Ciekawe jak tam jego panewki?

 

Nie mogłem bardziej mu zjechać, prawe koła toczyły się na białej linii pobocza od dawna, a dalej tylko trawa i głęboki rów z drzewami. Na pokładzie rodzina i pies. Nawet on, choć jest młody, nie przepada za skróconym dystansem, gdy sunie przez przestrzeń. Tym razem nie spuszczał go z oka, może nawet zamruczał ostrzegawczo na widok intruza tuż za oknem. Usunąłem się na tyle w bok, aby ułatwić motocykliście obserwację drogi, ale niekoniecznie od razu na wyprzedzanie w potokach aut w ciasnych, obu kierunkach. Przez przyciemnianą szybę tylnej klapy na pewno byłoby mu trudniej ocenić sytuację. A on, jak można się tego było spodziewać na taki właśnie manewr wyprzedzania w końcu się zdecydował. Na chama.

 

Przecież wszyscy tak robią, gdy widzą wóz ustępujący pola. Ja czasem też. Jest tylko jeden warunek: taki ruch można zrealizować możliwie szybko, bo to nie teoria i testy u psychologa. To odrębne światy i znaczne siły. Pedzące komety i ich moc bez kontroli.

 

A tamten ZZ-R wyprzedzał jak krew z nosa. Wyszedł na wysokim biegu, niemal otarł się o lusterko wozu, a to ze strachu przed autami z naprzeciwka. Jednocześnie tak wolno i niepewnie, jakby znalazł się na parkingu pod Tesco. Ale nie to było najgorsze. Facet podniósł prawą rękę odpuszczając całkowicie rollgaz i zjeżdżając przy tym w prawo by unieść kciuk w podzięce. Trzymał go tak w przeciągłej chwili nad moją maską, gdy jego motocykl zwalniał i znalazł się krytycznie za blisko. przy stu kilometrach na godzinę.

 

Musiałem ratować przed katastrofą: jego, i siebie, i własną rodzinę, i psa. Przed nim samym. Niby tylko przyhamowałem, udało się. Wrócił do swoich.

 

  • Czarny Jeep najeżdżający na tył biednego motocyklisty spod Wielunia na DK46 pod Nysą. Wszyscy wiedzieliby od razu, jak to było, bo na to wyglądało – odezwałem się do kobiety po chwili ciszy – Sytuacja bez wyjścia i tylko jeden winowajca.

     

Pies też nic nie mówił.

 

*******************************************

 

Nie trąbiłem na innych użytkowników dróg, nigdy raczej nie przejawiałem agresji na drodze. Zawsze z wyrozumiałością, cierpliwie ustępowałem innym pola, bo ktoś inny nie wiedział, ktoś inny się zagapił, ktoś inny mnie nie zauważył. Bo taki byłem, niewidzialny. Tak żyłem. I po krótce: w taki oto sposób, prawie wszystko w życiu przegrywałem. Dlatego dziś mogę pisać te bzdury za darmo. Bo udało się znaleźć jedyne wyjście, by żyć z czegoś innego. By przestać walczyć na noże i gonić na serio. By pisać na luzie, a nie jak kiedyś na 1/8 etatu w jakichś Samochodach Specjalnych, czy innej, wojewódzkiej paradzie donosów. Gdy zabrakło przecinka na fakturze nie oddali ci za nic, przegrywałeś pieniądze.

 

Otrzeźwienie przyszło jakiś czas temu pewnego, zimnego poranka. Miało twarz w średnim wieku, pełną wyrazu zaskoczenia z odbitym na czole logotypem Fiata. Wytłoczonym napisem z wyrwanej głową kierownicy. Bo wyskakująca z drogi podporządkowanej za winklem budynku fiacina wbiła się dość głęboko w narożnik poprzedniego LT46. Aż do prawego koła, aż połamała jego kołpak, a przy okazji obie chłodnice, pas przedni, zderzak, błotnik, maskę i reflektory. Aż pękł jej mały silnik na pół, bo straciła cały przód, po pękniętą szybę. Na koniec chciała się nawet zapalić. Ale w porę ją popianowali gaśnicami. Co za fiaty...

 

Zablokowaliśmy w ten sposób całe skrzyżowanie. Rozlaliśmy oleje, płyny, rozsypaliśmy na atomy plastik i szkło. Strażacy przywieźli sorbent i miotły. Tyle razy pomagałem innym kierowcom. Teraz zawodowy furman za mną nawet nie wysiadał z kabiny, gdy trzeba było pomóc przepchnąć bryki. Pewnie kręcił pauzę. Policja nie zauważyła, że nie miałem ważnego przeglądu. Połowę kołpaka trzymam do dziś w jamie, na pamiątkę i ku przestrodze. Dostałem wóz zastępczy, fiata ducato, bo klienci nie poczekają zbyt długo, gdy spadasz na dno. Jeden z nich od razu na drugi dzień kupił sobie LT. Niby przypadkiem, choć wcześniej na tego mojego często narzekał, że jest za mały.

 

A potem, w trasie i już po naciągnięciu łańcuchami krzywej podłużnicy u blacharza przeskoczył rozrząd i padł mi silnik pod lasem o zmroku. W rozpaczliwej ciszy i siłą rozpędu tamten LT 46 dotoczył się na jedyną posesję na pustkowiu, by tam pozostać do poniedziałku. Przednie koło pokonało krawędź jezdni z prędkością ostatniego pół kilometra na godzinę pędu i tylko dzięki temu, wóz przeważony silnikiem stoczył się po minimalnym zjeździe w dół, by zaparkować przed zamkniętą bramą. Naprawdę ostatnie cztery metry dalej, teatralnym gestem, ostatnim, zziajanym tchnieniem po długiej trasie z Rudy Śląskiej. Nawet nie musiałem przerywać telefonicznej rozmowy z klientem, gdy w tle odgrywała się cała ta katastrofa. W napięciu zdałem mu relację na żywo. Kibicował toczeniu się bez mocy, bo usłyszał w słuchawce na żywo przerwany ciąg silnika, poprzedzony rozrywającym mechaniczne trzewia dźwiękiem jego końca.

 

Kiedy indziej nowszy LT 46 tego wyczynu już nie powtórzył, tocząc się na luzie, wypuszczony tak na próbę i z ciekawości, dotarł tylko do połowy tamtego odcinka, dzielącego las od bramy. Kiwałem głową w hołdzie dla zasług tamtego starego.

 

Awaria po wypadku wydarzyła się prawdopodobnie dlatego, że jedna z nowych rolek napinających nowy pasek też jednak oberwała. Nie wiedziałem wtedy, że głowic pięciocylindrowych silników nikt nie umie naprawiać, ale też, że są po prostu nienaprawialne, jednorazowe.

 

Wracając do wypadku, Fiacina wyskoczyła tak nagle i prosto we mnie, że nie zdążyłem zejść z kolizyjnego kursu, choć niewiele zabrakło, bo znalazłem się lewymi kołami się poza osią jezdni i dopiero tam mnie dopadła. Wtedy jadąc tamtędy na motocyklu, mogło skończyć się tylko straszniej. Bo zderzenie było czołowe, w pełnym locie zaskoczonej zderzeniem Fiaciny. Przewożony i akurat nonszalancko nie przymocowany ładunek żelastwa na tyle paki, pod wpływem uderzenia pojechał do samej kabiny i dzięki temu pochłonął część uwolnionej energii kinetycznej. Tylko przez dwa następne dni bolał brzuszek od ściśnięcia pirotechnicznym pasem bezpieczeństwa. Zaparłem się o hamulec i kierownicę. Fiacina złamała się dość miękko.

 

Ten Otrzeźwiający z logo fiata na czole, aczkolwiek wstrząśnięty i zmieszany przeprosił, ale wyraził też ulgę z takiego powodu, że chwilę wcześniej zdążył wysadzić z auta pod przychodnią swą 90-letnią babcię. Sam udał się na poszukiwanie wolnego miejsca do parkowania. Dlatego nie zauważył starego Rudego na głównej drodze. Babcia, już po wizycie u lekarza, przypalając papierosa na chodniku nie zważajac na wszystkich, nie szczędziła gorzkich uwag wnukowi, wóz chyba należał do niej. Ale jak przystało na damę, nie używała przekleństw. Dymiąca fiacina „poszła do odcięcia”, czyli do kasacji. Jej los został przesądzony. A ze mnie wylazł diabeł. Stał obok i czekał, aż się go nakarmi, jak mawiał T. Stańko. Postanowiłem, że nie podaruję nieostrożnym głupcom, wchodzącym w szkodę.

 

Kolega G. miał rację, że nie ma dla takich litości.

 

****************************

 

- Czy po wyprzedzeniu przez innego kierowcę pragnie pan odwetu?” - oto pytanie dla kandydatów na kierowców i jednocześnie przedstawicieli handlowych u lekarza medycyny pracy. To było później, inny dzień, nowa rzeczywistość, a przy tym ograniczona motoryka przez złamanie kości prawej stopy. Do tego środek zimy i paląca potrzeba załapania się na etat z wozem w automacie. Żeby jakoś zarabiać dalej, by funkcjonować. Z tego powodu prawie pełzając, uciekłem ze szpitala ze zdjęciami RTG na płycie, ale też od gipsu i zdenerwowanego moją odmową w niedzielne poranki lekarza. A przy okazji mogłem wspomóc kolegę menadżera w potrzebie, którego zostawili prawie wszyscy jego handlowcy, a ci, którzy pozostali, potem oszukali. I któremu byłem winny tę przysługę. Bo dzięki temu, że kiedyś dał mi inną szansę, mogłem zacząć pisać za darmo.

 

Psycholodzy wiedzą, że ludzie kombinują, by dostać pracę. Bo im zależy. Mi też zależało, ale nie aż tak. Odpowiedzi testowych do wyboru było aż kilka:

 

A. Zdecydowanie nie.

B. Raczej nie.

C. Nie wiem.

D. Raczej tak.

E. Zdecydowanie tak.

 

Zaznaczyłem odpowiedź E.

 

Podczas podsumowania pani psycholog zauważyła, że test został zaliczony, ale powinien zająć mi mniej czasu, czyli tyle, co innym, zawodowym kierowcom ciężarówek. Myślę, że nawet nie przeczytała odpowiedzi. 

 

Zdolny do pracy. 

 

Nie wiedziała, że choć pragnę odwetu, lubię ciekawe, zawodowe wyzwania. Że niejednokrotnie wygrywałem z zawodowcami w konkursach na optymalnego kierowcę. Że skutecznie walczę z konkurencją bez jednej wizytówki. Oraz że telemetria współczesnych ciężarówek lubiła mnie, jako kierowcę. Umiałem spalić najmniej paliwa, a przy tym dotrzeć na metę konkurencji jako pierwszy. Przechowuję dyplomy i niezwykle trwałe parasole i plecaki, jako niezwykłe dla mnie nagrody. 

 

Ale to za mało. Zdolny do pracy, ale pod warunkami. Popełniam błędy na drodze, jak każdy. I nie powinienem walczyć z wyprzedzającymi. Raczej schodzić im z linii strzału, a w wolnej chwili raczej zawsze odmawiać wspólnych pojeżdżawek z mocnymi motocyklami, o których wiem, że przeginają, tyle z teorii. Nie mogę patrzeć na to z perspektywy Smoka, widzę jak niebezpieczna jest ich jazda, widzę ich słabe punkty. Nie rozumiem, dlaczego ci młodsi chcą porównywać się akurat do mnie, mierzyć się, czy nie zdziadziałem, uchodziłem przecież za najwolniejszego w szybkich grupach. A teraz wiem, jakie, złe wrażenie na mnie robi przejazd odcinkiem tej samej drogi później, ale zdecydowanie wolniej, na przykład w samochodzie. Bywam przerażony widokiem detali drogi, których wcześniej nie dostrzegałem przy dużej prędkości na motocyklu, jadąc samemu, a już szczególnie w grupach, które nie czekały. A te boczne drogi, niewidzialne przeszkody, podstępne, ślepe zakręty, czy zagapieni kierowcy wciąż tam byli, gdy wskazówki obrotów i prędkościomierzy sięgały absurdu.      

 

Dlatego unikam owczego pędu, również na motocyklach. Popracowałem tam tylko do odrobienia przysługi i zrośnięcia się kości, czyli prawie rok. 

 

Trąbię, macham łapami, migam światłami, warczę i wydrę ryja. Nawet do kierowcy karetki, który ostatnio przyhamował z premedytacją obok i gapiąc się niepotrzebnie podkręcił dźwięk syreny, żeby jeszcze bardziej zepchnąć mnie do rowu. Nie wiedział, że załadowany wysoko i do limitu nie stanę dęba nagle w miejscu na błotnistej, pochyłej i miękkiej ziemi tylko dla niego. I wiedział, że widziałem to, że kilometr wcześniej wcale się nie spieszył, jadąc powoli daleko z tyłu mimo włączonych syren, bo przyspieszył przed chwilą, tak o. Akurat tam, gdzie nie było jak ustąpić mu miejsca, by nie blokować go do reszty. Innych i tak niczego nie nauczę, trąbię i wołam jedynie w obronie.

 

Ofiara złożona w postaci krwawiących płynami LT46 i dymiącego fiaciny bez przodu nie mogła przecież pójść na marne. Nie ustąpuję już pola innym. Z obawy przed szaleńcami, z obawy przed drogowymi zombies z wirusami. Z obawy o siebie, bliskich i psa.

 

Poza wyjątkami. Motocykliści niestety wypadli z tej listy, nie są już wyjątkiem. I nie przepuszczę, nie oddam pola, jeśli Was nie znam. Nawet mój pies nie lubi, gdy podjeżdżacie za blisko tylnej klapy. Nawet on wie, że nie dajecie mi szansy.

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz