Najnowsze komentarze
Motolupa, czy mógłbyś do mnie napi...
Alonzo1111 do zdjęcia: -
test
test
Dzieki chlopaki, słuszne uwagi. Po...
Siemka Jeżeli zacisk przy przedni...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

30.10.2020 16:17

Bez redukcji

Zadzwonił Masaj. Po latach chce czegoś innego niż Suzuki GSXR750 K7. Widział Smoka, więc w oparciu o taki dość dziwny według niego wybór, ma pytanie, co by tu mógł wybrać następnego. Od zawsze związany jest z Suzuki. Motocykle tej marki były z nim już podczas trudnych początków. Jak u mnie, od zarania.

 

  • Weź R1 BigBang – mówię.

  • Nie! Nigdy Yamaha – mam nieodparte wrażenie, że tylko po to się odezwał, żeby to przekazać. Że zdradziłem stare zasady – Fajnie jadą, ale zawsze znajdzie się coś, co trzeba w nich poprawiać.

  • Tak jak w hondach – mówię.

  • Taa, zwykle tylko dwie jeżdżą, a cała reszta stoi na naprawach w padoku.

  • BMW? - proponuję.

  • BMW też nie, bo nie dają rady na torze.

  • Musisz wybrać coś, na czym łatwo jest być szybkim – radzę – Coś, co nie będzie wymagało od Ciebie takiego zaangażowania fizycznego, jak inne motocykle ze stawki. Coś, na czym będziesz szybki nawet na zwykłej, nierównej, brudnej i wąskiej drodze poza torem. Coś, czego nie będziesz się bał. Może Suzuki GSXR1000?

  • Nooo to właśnie świetnie chodzi, a i na torze też wymiatają. Prowadzą się jak sześćsetki, są wygodne i w dodatku się nie sypią. Ale, ale. Co myślisz o RSV1100?

  • W porządku, weź RSV1100 – zdecydowałem po krótkim namyśle - Ale wybierz model raczej z elektroniką, bo istnieje prawdopodobieństwo, że bez niej nie uda ci się jeździć szybciej niż do tej pory swoją starą 750tką.

  • Ok, w dodatku nie ma do nich części, a jak są, to drogie i długo trzeba czekać na przesyłkę. Dobra, wezmę tą RSV!

  • Tak – popieram - to motocykl, który świetnie zachowuje się na zwykłych drogach, tak mówią. Powinieneś być zadowolony.

 

Na koniec rozmowy zapytałem, kiedy wreszcie spotkamy się na zwykłych drogach, bo nudno jest czasem samemu, a od ostatniego razu minęło trochę czasu.

 

  • A coś ty, nie ma takiej opcji! Tył puszcza mi po dodaniu gazu na każdym wyjściu z zakrętu, albo te baby za kółkiem, skręcające bez włączonego kierunkowskazu, ciężarówki... Na torze jeśli już wypierdzielę, to wiem, że lecąc przynajmniej w nic nie trafię. Powinieneś wreszcie spróbować torowania!

     

Masaje są uzależnieni od prędkości. Wiedzą, że są szybcy i chcieliby to wszystko popchnąc na jeszcze wyższy poziom techniczny, sprzętowy i kondycyjny. A tego nie da się już zrobić na ulicy. Wiedzą, że rywalizacja na torze to ich jedyna droga. RSV1100 na pewno w tym pomoże.

 

Sam powrót z Brna w niedzielę o zachodzie słońca, które wtedy rzucało długie cienie, widocznie nie był tak epicki, jak mi się wówczas wydawało. Mogło być tak, że ten Masaj ziewał wtedy ze znudzenia podczas, gdy kręciłem silnik na 14000 obrotów na minutę po to tylko, żeby wszystko na tamtej drodze odrobinę bardziej się podobało. Teraz tak sobie myślę, że ziewał ze znudzenia i nie wyprzedzał mnie tylko dlatego, że to ja znałem drogę do domu.

 

***************************************************

 

Skręciłem do wioski. Wóz zjechał z obwodnicy, a następnie na grubych oponach stoczył się po starych dziurach pomiędzy poniemieckimi zabudowaniami drogą w dół. Z głuchym łoskotem na pęknięciach asfaltu sunął w stronę wieży kościoła, znajdującej się po środku wsi.

 

Na wysokości domu numer 65 przyhamowałem. Zaschło mi w gardle, gdy nacinane i nawiercane tarcze hamulcowe oddawały ciepło przytrzymywane zaciskami, gdy sam rozglądałem się uważniej na boki. Domy postawiono ciasno, tuż obok siebie. Małe podwórka. Numer 70 znalazłem za kościołem po lewej, okazał się budynkiem dużo większym, niż pozostałe. Było tam też większe podwórko i stał tam największy traktor. Stał na bliźniaczych kołach przedniej i tylnej osi, w błocie. Rozpoznałem samochód, ten sam szary ford z uniesioną maską i podpiętymi kablami ładowarki do akumulatora. Był ubłocony tak samo jak podwórko, traktor, stodoła i dom. To było przygnębiające, że gdzieś tam, pomiędzy błotem, a stodołą przebywa Broniu. U obecnego właściciela, który nawet na niego nie patrzył, gdy go kupował. Który pozwolił na nim odjechać koledze i koleżance, a sam nawet nie spróbował.

  • I co, zapukać do typa?

  • Nie. Daj spokój – odpowiedziała kobieta.

Przeczuwała, że jestem na tyle usychający z tęsknoty za dużym, gołym motocyklem z czterema garami w rzędzie, że gotów byłbym go odkupić. Żeby go uratować, ocalić od zapomnienia i błota. Tak samo, jak wcześniej uratowałem Obłego od kurzu. Bo o nim też zapomnieli, gdy bez możliwości rejestracji w kraju stał pod plandeką w stodole.

 

To była trudna decyzja. Prawie się zatrzymałem, nie spuszczając oka z tamtego obejścia. Skanowałem otoczenie, szybko analizowałem plan sytuacyjny. Wyobrażałem sobie to, że go widzę, wsiadam i odpalam. Że odpowiada mi znajomy dźwięk z dwururki IXRace, mówiący i ostrzegający o tym, że znów jest gotowy do skoku, że Broniu wie, że to ja. Do skoku na fali potężnego momentu obrotowego, jakiego przy podobnych obrotach nie ma nawet Hayabusa. Że wyskakuję na nim na obwodnicę w kierunku domu. Bardzo szybko sięgam po drugą paczkę, bo tak miał, bo łatwiutko mu to przychodziło. Mimo zbyt szerokiej przy wyższych prędkościach kierownicy TRW. Pomimo takich sobie hamulców Tocico, pomimo ciężkiego, byle jakiego w zakręcie przodu, mimo bicia tylnej obręczy, o którym tylko ja wiedziałem. Bo trzeba było rozpędzić się do około 240 lub więcej, żeby krzywa felga minimalnie zawibrowała i dała znać, że gdzieś kiedyś już dostała. Wulkanizator zauważył to wcześniej ważąc koło na wyważarce i ostrzegł. Każdy ma podobne sekrety w swych motocyklach tak, jak w małżeństwie.

    - Pękłoby ci serce – podsumowała moje milczenie kobieta. Miała rację.

Zwolniłem hamulec, zmieniłem bieg na niższy. Opony załoskotały na nierównościach asfaltu. Odjechaliśmy powoli.

 

*****************************************

 

Dlatego wkrótce potem toczyłem wóz dostawczy w stronę nowej rzeczywistości w czasach zarazy. Już pięćdziesiąt kilometrów od domu, dopadły mnie wątpliwości. Gdybym miał gdzie, prawdopodobnie zawróciłbym i więcej do tematu nie powrócił. Ale ponieważ byłem na autostradzie, najbliższy zjazd znajdował się dopiero w Miliczu. Miałem więcej czasu na przemyślenia. Nikt jeszcze nie dzwonił, telefon milczał, bo było zbyt wcześnie, panował szary świt. 

 

Jechałem dalej, bo żal było mi Obłego, bo naciskałem go do limitu w upalne dni. Przemawiał do mnie, że dłużej tak nie pociągnie. Zrobiliśmy kilka dłuższych jak na niego wypadów i tam nawet się rozchodził, lecz podczas spotkania z RSV1100 i R1 przypomniał znów o swej słabnącej kondycji trzydziestoletniego weterana. Odpadła mu wskazówka prędkościomierza.

 

Natomiast Wariatka okazała się zbyt słaba pod górę i lekki, czołowy wiatr, a przyciskana do limitu zaczynała pokazywać fochy. A to tarcza hamulcowa, a to rolka napinająca łańcuch, a to włącznik rozrusznika, a to świeca, w sumie dużo tego się porobiło. Ale poniekąd dlatego, że dość intensywnie jej używałem. Byłem jednak przyzwyczajony do starych, japońskich sprzętów, zdolnych do katowania. Bo jest coś w mojej technice jazdy takiego, co od czasu do czasu niemal wyciska sworznie z tłoków. Czasem po prostu trzeba przycisnąć mocniej. Tak było od zawsze. Potrzebowałem mocy. Takiej, do jakiej się przyzwyczaiłem. Również zachowanej kondycyjnie w lepszej formie, w młodszym motocyklu.

 

Zobaczyłem Smoka w mroku tamtego, długiego garażu od razu. Gdyby był zbyt drogi, a nawet do tego krzywy, poobijany, niekompletny, cieknący olejem albo ukradziony i tak bym go wziął. Pośród wszelkich, zaparkowanych tam drogich motocykli BMW, tylko on jeden był tańszy i wygladał przy tym tak, jak powinien. Patrzysz i wiesz. Miał odkryte koło tylne odsłonięte przez akcesoryjne mocowanie tablicy i mini lampkę, ale też minimalistyczne kierunkowskazy. Patrząc z tyłu w mroku oprócz wyoblonej opony nie miał żadnego innego optycznego punktu odniesienia. To było to. Ale miał za to słabe, bo zamienione w miejsce ukradzionych przez handlarzy opony. Dowiedziałem się o tej podmianie od pierwszego właściciela Smoka. Na tle niemieckich, dość plastikowych motocykli wyglądał nie tylko na niższy, ale jakimś sposobem też na optycznie cięższy i szerszy. Jak prawdziwy motocykl, a nie jako wyniesione w górę elektroniczne środki ciężkości za miliony monet, które więcej wymagają.

 

Teraz gdy Smoku sunie na nowych gumach, na nowym, pachnącym oleju i z pełnym bakiem mówi do mnie, że jest naprawdę dobrym motocyklem. Zawsze taki był. Choć go nie doceniałem. Kiedyś był tylko kolejną ciepłą kluchą - tak mawialiśmy o tym modelu w kręgu. Czasy jednak się zmieniły i wartość motocyklowania też zmieniła znaczenie. Na przykład to, że silnik 1251 ccm tak leniwie wkręca się na wyższe obroty, że przegazówka podczas redukcji nie ma sensu – jednostka prawie nie zareaguje, kiedyś byłoby powodem do podśmiechiwania się po kątach.

 

A teraz? Niby po co redukować bieg, skoro kraina łagodności o nazwie XJR1300 nie chce nerwowych ruchów.

 

Brakowało mi tych niutonometrów, ale z innego powodu. Wariatka, czy przeładowany zawsze wóz dostawczy, albo auto kobiety zawsze wymagało ode mnie pilnowania obrotów i wyboru odpowiedniego przełożenia. Takiego bezustannego czuwania. Jazda służbowym automatem w zeszłym roku też nie przyniosła rozwiązania. Z kolei Obły mimo długich biegów również albo zamula poniżej 6000, albo wyje czasem niepotrzebnie.

 

Potrzebowałem tych niutonometrów, żeby zapiąć piąty bieg w Nysie i zrzucić na czwórkę dopiero w Kłodzku, albo jeszcze dalej. Aby wreszcie osiągnąć cel, jakim było zlekceważenie tego pośpiechu, jakiego wymaga motocyklowy silnik, potrzebowałem większej pojemności. Podobnej do tej, jaką miał Broniu. Wtedy można puścić wszystkich przodem, o ile potem nie trzeba przez nich zredukować biegu. Bo wtedy budzę niedźwiadka ze snu i Smoku bierze się do roboty. Ładnie przechodzi przez 200 na godzinę, świetnie idzie na wprost, ma baardzo długi wahacz, obręcz nie bije. I robi to wszystko z takim „MMMMMMMMMMMMMMMMM”. Bo nigdy nie słychać wysiłku silnika na standardowym wydechu, ale wyraźnie czuć powyższe brzmienie nawet na podniebieniu i wyżej, pod sklepieniem czaszki.

 

Gdy trzeba wykonać skręt trzymając wąską, akcesoryjną kierownicę też nie ma problemu. Wystarczy niewielki przeciwskręt, a pozbawiony ciężkiego, wirującego wraz z wałem, jebitnego alternatora jak ten w Broniu GSF1250, lekki przód wykona taki kąt złożenia, o jakim nawet nie pomyślałeś. Bo alternator w Smoku jest tam, gdzie powinien być w motocyklu, czyli prawie pomiędzy nogami kierowcy. Nie wisi na przodzie, nie naciska na ośkę przedniego koła, która wydaje się być lekka i swobodna. Dociąża jedynie środek motocyklowej ciężkości.

 

Na stacji paliw parkuję w pewnej odległości od motocykli BMW. Obejrzę je, ale wraz ze Smokiem pochodzimy z innej bajki. Nie wymagamy zbyt wiele. Lubimy spokój na pokładzie i gardzimy skłonnością do przesady.

 

******************************************

 

Smoku wrzuca piątkę w Nysie i zrzuca na czwórkę dopiero za Kłodzkiem, albo jeszcze dalej. Potrafi wlec się między bocznymi wioskami na najwyższym biegu osiemdziesiątką i przez cały dzień, by wąchać dymy jesieni. Ale gdzieś tam z tyłu głowy kiełkuje jednak ta myśl, jak to wtedy będzie? Wtedy, gdy Masaj wreszcie przekaże mi do rąk RSV1100. Pewnie jak zwykle chętnie zamieni się motocyklami i weźmie Obłego.

 

Ale czy odważy się zrobić taką próbę na zwykłej drodze? Czy taka sytuacja w ogóle będzie mozliwa? Może to RSV1100 wiele wyjaśni. Na przykład to, czy wybierając Smoka zależało mi jedynie na niutonometrach i klimacie retro. Czy udawałem przed samym sobą, że nie potrafiłbym znów pojechać szybciej. Tak szybko, jak Masaje.

 

Jeździłem dwucylindrową RSV1000 w 2005 roku, gdy była nowością. To na tamtym motocyklu pobiłem osobisty rekord prędkości. Przez pęd wiatru rozdarła mi zamek w skórzanej kurtce i odkleiła podeszwę buta. Chcę czegoś podobnego jeszcze raz. Nie minęło wcale  zbyt wiele czasu.

Komentarze : 1
2020-11-22 21:45:04 alonzo

test

  • Dodaj komentarz