Najnowsze komentarze
Tak panowie. Człowiek ma chwilę sł...
Bajson do: K1300R
Tak przemijanie. Chęć powrotu do d...
Przemijanie, które zazwyczaj wyzwa...
ja przy przebiegu 50k założyłem ir...
doskonale to rozumiem. też stracił...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

01.05.2020 13:11

Pod Dzbanowem

Dzień pierwszy

 

Kierowałem się na miejscowość o nazwie Biała. Leżące na południu miasteczko to poniemiecka, odremontowana zabudowa. Gdzie, jeśli ktoś przed wojną stawiał nową kamienicę, wieżę czy produkcyjny zakład, musiał dopasować swoją koncepcję do reszty otoczenia. Zgodnie z obowiązującymi zasadami. Tak jak na motocyklu, gdy wybieramy drogę, motocykl, kask, czy buty, musi zaistnieć harmonia.

 

Dopiero wtedy tak przemyślany projekt stawał się częścią całości, dzięki czemu nawet dziś miło jest na to popatrzeć i pojechać w tamtą stronę na motocyklu. W samo południe i w samym środku tygodnia. W celach zarobkowo – rekreacyjnych. Droga, którą zwykle wybieram, przebiega przez pagórkowaty, pofałdowany teren, gdzie kiedyś sowieci dobijali niemieckich żołnierzy tam, gdzie ci akurat biegli, leżeli lub skradali próbując wydostać się z okrążenia. Rozbici, zdziesiątkowani, uciekali z rejonu Niemodlina do Głuchołaz, przez tamtejsze lasy, pola i rowy bezdrożami. Pod osłoną nocy lub nawet nie. Małymi grupami. I to zdaje się, że czuć w powietrzu. Pagórkowaty teren skrywa zaplątane wstęgi złych, dziurawych i wąskich dróg, łączących wioski pomiędzy wieżami ich starych kosciołów, górujących tu i ówdzie nad okolicą. Nikogo tam nie ma, poza latem i wiosną jest bardzo ponuro. A w tle, poza żółcią rzepaków i zielenią innych upraw w kwietniu, widnieje linia wzgórz po czeskiej stronie. Niczym linia graniczna, w oczach zdesperowanych uciekinierów, dzieląca dobre od złego lub odwrotnie.

 

To, że droga jest nierówna, Wariatce wcale nie przeszkadza. Zwalniam nieco w licznych, zacienionych krzakami lub wąwozami miejscach, bo zwykle czają się tam większe dziury. Omijanie ich, to jeden z moich punktów motohonoru. A na XT660X trzeba byłoby się na zbyt długo zagapić, żeby w porę nie zareagować i nie uniknąć wstrząsu. Bo tak, jak wspominałem idzie ona lekko, bardzo zwrotnie. Gdzieniegdzie widać drapieżne ptaki w locie lub spoczywające na gałęziach, które teraz, gdy w słońcu eksploduje zieleń, mają trudniej, bo mniej widać z daleka. Tak samo, jak motocykle mają mniejsze pole widzenia na swej drodze na zarośniętych zakrętach.

 

Gdy za Korfantowem otwieram szeroko przepustnicę, nagle ciąg przerywa odcięcie zapłonu na trójce. Po mocnym motocyklu, jakim był GSF1250 nazwany Broniem, wciąż łapię się na tym, że zbyt długo zwlekam ze zmianą przełożenia. Nie to jednak jest frapujące. Wciąż nie mam porównania jak Wariatka wypada na tle innych motocykli. Raz przejechał się na niej sam CB1300 i powiedział, że było fajnie. To stanowczo za mało danych. Potrzebuję poświęcenia i... ofiary, a szybki K1300R na razie nie jeździ, bo nie może. To bywa nieco frustrujące, gdy wciąż nie wiesz jak twój obusieczny tomahawk wygląda w locie. Czy nie będzie wstydu, gdy przyjdzie wielki czas próby?

 

Wieczorem obok jamy wykręcę świecę, aby sprawdzić, jak się w ogóle ona ma. Okaże się, że po tym powstanie kolejne, nowe zapytanie, czy irydowa świeca zapłonowa dla potężnego w sumie singla nie byłaby jednak lepsza? W Wariatce zastosowano ten sam trik, co w dużym GSF1250, który już na trzech tysiącach obrotów miał odepchnięcie Hayabusy przy jej prawie dziesięciu, mimo swej niewielkiej, o połowę mniejszej mocy. Zestopniowanie biegów Wariatki jest krótkie, ale o dziwo dla każdego z nich mocne, obfite w niutonometry na dole zakresu dostępnych obrotów. Być może iryd sprawiłby, że wówczas zapłon nad wielkim tłokiem stałby się efektywniejszy, a odepchnięcie od dołu jeszcze mocniejsze? Na moje potrzeby niewiele więcej tego potrzeba. Czyli, że znowu jest coś, co poza prozą życia ma wielkie znaczenie.

 

Tankowanie w Białej wyjawia istotne zmienne. Po pierwsze, niestety w ofercie tamtejszego Orlenu nie ma dziewięćdziesiątki ósemki. Po drugie: wynik zużycia paliwa na poziomie 4,5 litra, to dla mnie pocieszająco niewiele. A nawet jest to swoisty rekord, jeśli uwzględnić fakt, że tym lekkim motocyklem o niewielkiej mocy, bo na poziomie pozwalającym młodym adeptom sztuki z kategorią prawa jazdy A2 na pierwsze szlify, utrzymuję podobne tempo, jak mocniejszymi motocyklami. Chyba nie zamulając, zużywamy jednak o przynajmniej 1,5 litra paliwa mniej na każde ze stu kilometrów, a co dopiero, gdyby się bardziej postarać i zwolnić. To ważne, gdy chodzi o cele zarobkowo – rekreacyjne.

 

- Będziesz musiał częściej redukować – tak podsumował zapytanie o brak ulubionej benzyny, choć niewiele taka dodaje, bohater w pandemii, czyli kasjer z kucykiem na orlenowskiej stacji paliw.

 

W drodze powrotnej, żeby nie wracać tą samą trasą, można wypuścić się jeszcze dalej na południe i przelecieć wzdłuż gór na horyzoncie. To tam, pomiędzy Kędzierzynem - Koźlem, a Prudnikiem i Nysą wiedzie jedna z tych szybkich dróg ku zachodzącemu słońcu, gdzie dobrze czują się szybkie motocykle od 600ccm wzwyż. Pod warunkiem, że jest późne popołudnie, nie ma zbyt wielu ciężarówek i traktorów, a w powietrzu unosi się uzależniający zapach kwietnia lub maja. Ten, kto tego spróbował, to wie, że warto. Na łagodnych zakrętach, na dobrej drodze bez drzew i samochodów, prowadzącej przez łagodny zarys wzniesień, można otworzyć nieco i wyprostować zdrętwiałe skrzydła. A te czeskie góry widnieją wtedy po lewej, gdy motocykle przecinają gęste powietrze, zabijając muchy po prawej.

 

Dzień drugi

 

Taka sama pogoda jak w dniu pierwszym, ale inna okolica. Mozolne ustawianie planu działania schodzi do godziny czternastej, ale znajdując się z motocyklem w ciekawym rejonie, nie stanowi to powodu do płaczu. Gdy sam decydujesz na przykład o tym, kiedy zaczynasz swój weekend, jest ci w życiu łatwiej, choć bywa, że wracasz do domu później. To takie motocyklowe...

 

Na skrzyżowaniu w Dzbanowie skręcam na Kłodzko, czyli kilkanaście kilometrów różnych, wąskich i krętych nawierzchni przez zarośnięte lasami góry. To idealnie dla Wariatki w sosie supermoto. Mimo, że mówili, że jest zbyt ciężka i za słaba jak na supermoto. Moim skromnym zdaniem, nawet nie chciałbym, żeby była lżejsza. Bo jeżdżąc dynamicznie, jak na moje możliwości po gównianych drogach, żądam od niej, żeby była stabilna i sztywna. Jako właśnie dość ciężka konstrukcja, taką właśnie jest, odpowiednio dociążoną przy granicy swojej maksymalnej prędkości. Co do mocy, o godzinie czternastej tamtego dnia wciąż nie było wiadomo, jak naprawdę z tym jest. Podglądałem kiedyś na filmach w Alpach, jak wypada w towarzystwie ikony, czyli mocniejszego i lżejszego KTM 690 supermoto. W bezpośrednim porównaniu widać na kokpitach austriackich wymiataczy, jak często sięgają do okolic pomarańczowo – czerwonego pola na każdym z biegów, jadąc za załadowaną XT660X, która nawet na głośnych wydechach, ani razu nie brzmi jakoś tak przekręcająco, czyli do odcinki. Tak, to prawda że wszystko zależy od pilota. Ale mocny dół to dla mnie podstawa. Japończycy o tym wiedzieli. W modelu XT660X na tym polu dali od siebie wszystko.

 

Droga z Dzbanowa była wspaniała. Z jednego zakrętu prowadziła w następny, w drugi, inny, jeszcze ciekawszy. Gdy jakość pokonywanej nawierzchni po drodze uległa całkowitej poprawie, dogoniłem jakiegoś lokalesa w golfie, który znał rejon i choć go nie naciskałem przyspieszył gwałtownie. Pokazując mi, jak należy się zachować na tamtym, nieznanym dla mnie szlaku. Było tak, jak trzeba. Utrzymując prędkość pomiędzy 90, a 130 km/h trzymałem się czarnego wozu i czwartego biegu, unikając nerwowych ruchów. Było płynnie, gładko, zawsze sucho, zawsze pewnie, heh. Czyli nie za szybko.

 

To tam napadła mnie refleksja, że aby pokonać tamten odcinek wraz z szybkim golfem jadąc na przykład na Obłym, musiałbym spocić się na skroniach od samego hamowania i przyspieszania tak, jak Masaje. A przy tym od wyginania się na zmianę to w lewo, to w prawo, na zamkniętym pod wpływem mocnego hamowania zawieszeniu. Wariatce to wszystko przyszło po prostu łatwiej i o wiele lżej, bez zamykania zawieszenia, tym samym skracania rozstawu osi i stabilizowania zaciśniętego, przedniego widelca. Do tego jeszcze wyobrażając sobie przejazd tamtędy na Bronku 1250, zapewne starałbym się utrzymać za wszelką cenę precyzyjną linię przejazdu, a to nie jest wcale łatwe, gdy na przednim kole nawieszano mnóstwo wirujących elementów silnika, w ramach czterech wielkich baniaków ustawionych w rzędzie.

Starałbym się utrzymać prezyzyjną linię dla większego motocykla tylko po to, żeby zachować odpowiedni odstęp od krawędzi asfaltu i środka jezdni, żeby zostawić sobie pole na poprawkę, która mogłaby nigdy nie nastąpić. Bo taki motocykl, jak czterocylindrowy naked nie podnosi się z pochylenia czy kładzie jeszcze głębiej przed przeszkodą w mgnieniu oka. To po prostu trwałoby zbyt długo w porównianiu do Wariatki z lekkim przodem.

 

Jasne, że pod Dzbanowem przydałaby się nowa Multistrada z czteroletnią gwarancją, ale to zupełnie inna kategoria wyznaniowa. Ten motocykl wciąż walczy w ślepej uliczce z BMW 1250GS, naklejając na siebie liczbę 1260 dla czystej odmiany. Bo komuś wydaje się, że tylko dzięki temu można odkryć w motocyklach więcej bo tak obiecują reklamy. Inni ludzie z innego świata tak mają, więc niech tak im będzie, dla nich są takie motocykle. Ale gdzie jest pierwotny duch tej rywalizacji? Gdzie podziała się ta głębia ostrości? Po co robić ludziom mętlik w głowie. Dlaczego nie powiedzieć im, że moda na motocykle takie jak nieporęczne poza szosą, wielkie BMW przeminie. Że w końcu i tak wejdą do gry takie motocykle jak Yamaha Tenere 700 i dadzą od siebie tylko to, czego ludzie potrzebują. Że motocykl, który stoi zaparkowany na podpórce nie musi sięgać kierownicą brody, aby stać się wielkim.

 

Pod Przewornem zatrzymałem maszynę w cieniu drzewa na polnej drodze na wzgórzu niedaleko szosy. Gdyby drzewo stało bliżej ścieżki, oparłbym motocykl o niego kierownicą. Wtedy jeszcze fajniej wygląda, tak parkowałem wszystkie poprzednie cztery XT. Tego dnia pokonałem szmat drogi z Dzbanowa przez Kłodzko w krótkim czasie, trzymając szerokie otwarcie, zużywając stosunkowo niewiele paliwa i zastanawiając się niekiedy, jak to się stało, że wcześniej niczego nie rozumiałem. Że nie wiedziałem, o co tak naprawdę w motocyklach chodziło. Jako dzieciak, wychowywałem się przy torze motocrossowym, pokonując go na zepsutym składaku tam i z powrotem, podziwiając ostatnie przed pierwszymi w Polsce, oszałamiającymi yamahami, crossowe cezety. Pod skórą wiedziałem, że jestem dla nich za miękki, ale przeczuwałem, że gdyby ktoś kiedyś w lepszym świecie poskromił te dzikie, głośne bestie i pozwolił po cichu wyjechać na nich na szosę na zwyczajnych oponach takim ludziom jak ja, to wszedłbym w to na bank. I to się właśnie stało. Prawie trzydzieści lat później. Dzięki Wariatce.

 

Na szosie poniżej, stałym tempem majestatycznie sunął ciężarowy DAF z moim, bardzo ciężkim ładunkiem. Jego kierowca, jednocześnie kolega, który nie mógł mnie zobaczyć, zmienił bieg na wyższy już po pokonaniu wzniesienia, z towarzyszącym temu cichym sapnięciem pneumatyki. Sześciocylindrowy silnik mruczał na stałych obrotach, sycząc z lekka pod wpływem ciśnienia doładowania. Miał szeroki zakres momentu obrotowego, nie potrzebował kręcić wysoko silnika. Im wcześniej zmienia bieg na wyższy, tym lepiej. Tak samo jak w Wariatce. Zatem czas do domu.

 

Ale nie. Dwie godziny później o zachodzie słońca dwóch szybkich Power Rangersów zaatakowało Wariatkę w domu. FZ6 i SV1000 w kombinezonach i sportowych butach, hucząc głośnymi wydechami przyjechali do Wariatki w odwiedziny. Przyciągnęła ich jednym zdjęciem na facebooku. Zaprosili ją na krótkie kółko. Nadawali się...

 

 

Komentarze : 2
2020-05-06 08:30:55 okularbebe

Raczej dobre nastawienie do nowoczesności objawiło się rozdziawioną gębą, gdy obok Obłego na Cervonohorskim zatrzymał się Czech na kompletnie new Speed Triple z wyświetlaczem.

Choć nie miałem szans się na tym przejechać, bo facetowi chodziło wyłącznie o obejrzenie z bliska i na postoju mojego starego GSXR, to od tamtej pory potrafię wyłuskać brzmienie tych trzycylindrowych silników na tle innych, gdy przelatują obwodnicą.

To naprawdę motocykle, godne całego Imperium. Bo nie mają skłonności do przesady.

2020-05-02 20:51:15 jazda na kuli

też miewam takie refleksje o tych nowych super-ficzer konstrukcjach, które mają po sto pięćdziesiąt koni, tysiące funkcji i smartfony na kierownicy. najważniejsza jest radość z jazdy. jeżeli ją dają to wszystko jest okej, jeżeli natomiast większą radość da dziesięcioletni singiel w cenie kufrów do tamtych superszpejów to naturalnie rodzi się pytanie - po co przepłacać? i dokupywać AC za 3tysiące, wgrywać aktualizacje, martwić się parkingówką, że ktoś ukradnie, się pobrudzi, ukruszy, uszkodzi, czy ptaszek narobi na siedzenie ...

  • Dodaj komentarz