Najnowsze komentarze
Tak panowie. Człowiek ma chwilę sł...
Bajson do: K1300R
Tak przemijanie. Chęć powrotu do d...
Przemijanie, które zazwyczaj wyzwa...
ja przy przebiegu 50k założyłem ir...
doskonale to rozumiem. też stracił...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

03.05.2020 21:12

Wieczór dnia drugiego

Nadawali się. Patrząc na ich obyczaje, a dokładniej na to, w jaki sposób mówią, jak szybko przeklinają, szybko palą, szybko siedzą i chodzą wyczułem, że dysponują kilkoma cechami charakteru, teoretycznie mocniejszymi niż to, co oferuje Wariatka.

 

  • Gdzie by tu pojechać? - padło w końcu hasło od FZ6. Padło tak sobie, od niechcenia. Ale tylko pozornie. Zapytanie miało w sobie coś z rzucenia motocyklowej rękawicy.

Skoszony trawnik zielenił się, a Wariatka stała od dwóch godzin tam, gdzie zawsze, przy okazji zwrócona w naszą stronę, czyli do stolika, przy którym siedzieliśmy. Gdy mój pies wietrzył smierdzącą tytoniowym dymem woń skór niespodziewanych przybyszy, kierownica mojego motocykla była zawadiacko obrócona, oparta na małym, jak na gabaryty motocykla i jego widelca szprychowanym kółku. Z wielką tarczą 320 milimetrów i zaciskiem od Brembo z przewodem w stalowym oplocie. Tak samo uzbrojona z tyłu, ale z mniejszym krążkiem.

 

SV1000 nic nie odpowiedział na rzucone zagadnienie. On też poczekał na to, co powiemy my, ja i Wariatka. Miałem brudny wizjer kasku po wcześniejszym przelocie przez Kotlinę, ale pełny bak, zatankowany jak zwykle na koniec każdej rundy. Byłem gotowy do wieczornego działania, byłem po pracy. Dobrze rozchodzony. Miałem też nowe buty na Wariatkę, na których wybór przy nich nie zdecydowałem się. Wiedziałem, że zostałoby to skomentowane z nieprzyjemną wibracją. Liczyłem tym razem na coś innego. Nie chciałem rzucać się w oczy, a sprawdzić się w porównaniu do normalnych motocykli.

 

  • Bierz moją yamahę i jedź – zaproponowałem.

  • Niee – padła szorstka odpowiedź.

 

Czyli jednak nie o to chodziło. O wyraźne wyzwanie, czy dam radę wydostać się z domu, pozostawić nagle kobietę i dziecko i wyskoczyć z nimi na szybkie okrążenie, by udowodnić, że jestem w stanie wciąż utrzymać odpowiednie tempo. Bo im się nudzi. Albo tak tylko to odebrałem.

 

  • Poczekajcie.

 

To chcieli usłyszeć, FZ6 wydawał się nagle rozpromieniony. SV1000 jak zwykle na zimno, bez wyrazu. Są jak dwaj kamraci, bardzo podobni, ale każdy reagujący inaczej. To ich scementowało. Ta wspólna faza, gdy jeden mówi, a drugi słucha. Można powiedzieć jednemu, bo wiadomo, że drugi też tą kwestę rozkmini. SV1000 wytłumił emocje, bo nigdy razem nie byliśmy na motocyklach. Nie wiedział, że to on mnie pokonał, gdy nie doszedłem go parę lat temu na prostej jadąc na moim GSR600, gdy jeszcze się nie znaliśmy. Był za szybki. I wcześniej niż planowałem skręcił do wioski, schodząc mi z linii strzału. Potrafi zejść na kolano na zamkniętym torze. Ja nie. Nawet tam nigdy nie byłem. Na moich gównianych drogach to nieistotne, bo niepotrzebne. Tak mówił o schodzeniu na kolano sam Guy Martin w kontekście wyścigów drogowych i tego od lat się trzymam.

 

    - Pewnie stara cię nie puści! - jak zwykle szyderczo dorzucił FZ6, żeby wszyscy wraz z sąsiadami usłyszeli. Jak zwykle uprzejmie. Jak zwykle nie ruszyło mnie to wcale.

Gdy wsiadłem na motocykl, wszystko wróciło. Inaczej jest wtedy, gdy wracamy na miejsce po każdej długiej, albo krótkiej przerwie. Ale po kilku godzinach za kierownicą Wariatki od rana nie wystygłem jeszcze na tyle, żeby pamięć mięśniowa uległa zrestartowaniu. Poczucie pełnego, interesującego mnie zakresu kontroli nad motocyklem, które budowałem stopniowo od dwóch dni, zaskoczyło od razu. Dlatego chociażby warto jeździć, biegać, czy pisać jak najczęściej, by stale aktualizować program. Sama statystyka wielce pomaga.

 

Nie, nie chciałem jechać jak zły. Zbyt dobrze rozumiem dysproporcję pomiędzy kolorową przestrzenią spełnienia i radości, płynącej z ostrej jazdy, a sztucznym, niewyraźnym stanem upodlenia, strachu albo poczucia mroku po lądowaniu na deskach. Granica jest niewyraźna i bardzo cieniutka. Gdy gacie opadną, nikt już ich z gracją nie podniesie. Innymi słowy nie interesowało mnie przegięcie w kategorii jazdy. Jedynie chciałem ujrzeć wyjście Wariatki na pełnym otwarciu na tle krzyczącej, rzędowej sześćsetki i wybuchającej płomieniami dopalania z krótkich przelotów widlastej dwójki, która zresztą dzięki nierzędowemu układowi silnika tak samo, jak XT660X również oparta jest na dość lekkim, wyostrzonym przodzie. Dawno temu jeździłem obydwoma tamtymi motocyklami, znam je.

 

Z moich wniosków wtedy wynikało, że przytępionemu FZ6 brakuje jadu i dzięki przesterowaniu ustawień geometrii ramy, bliżej mu do turystycznego TDM, niż sportowej R6, z której się wywodzi. Natomiast SV1000 kotłuje piekielną moc ponad stu koni z widlastego litra, ale jak chyba każda, wysokoobrotowa widlasta dwójka, jest osowiała z dołu lub nerwowa na krótko z góry dostępnych obrótów. Do tego pozycja za jej kierownicą, która wcale nie ułatwia szybkiej jazdy na krętych, gównianych drogach. Dlatego zwietrzyłem okazję do wypróbowania Yamahy XT660X w ramach krótkiej, nieprowokującej przebieżki, gdy wszyscy naraz sypią z garści.

 

Poprowadziłem grupę. Kiedyś lubiłem to robić pod warunkiem, że grupa chce, albo umie. Zawsze obniżałem poprzeczkę do poziomu tych podążających za mną i zwykle wystarczył niewielki odcinek, żeby rozpoznać to, czy grupa chce utrzymać tempo i współpracuje, czy w ogóle jej plan lekcji jak ten mój odpowiada. Nie dlatego, że jestem szybki. Bardziej przez to, że zawsze obserwowałem trochę jak to robią ci szybsi i dlaczego działo się tak, że choć chciałbym to za nimi nie nadążałem. Czasem samo to już wystarczy.

 

Z początku czekałem na chłopaków, ale później coraz niechętniej. Wiedziałem, że komunikują się przez interkom i rozpoznałem, że wspólny entuzjazm chłopców jednocześnie opadł u obu. Kwestią otwartą było to, na co zwalą winę. Na drogę, że gówniana – na pewno, na motocykle, że dla niej nieodpowiednie – na pewno też.

 

I pewnie też mieli rację.

 

Tak jak wspominałem w poprzednim wpisie, używam Wariatki tak, jak Bronka GSF1250. Oznacza to, że przy takim tempie Yamaha XT660X dobrze czuje się nawet w granicach swych osiągów maksymalnych. Robi wszystko to bez wysiłku do końca, a sam koniec przychodzi dość nagle i niespodziewanie. Na szczęście zbiega się to z moimi skromnymi, drogowymi wymaganiami i gdyby ta maszyna była trochę szybsza i tak nie sięgałbym po więcej. Chyba, że na drodze z Masajami albo K1300R na plecach, ale od tego jest Obły. Może dlatego przez ostatnie kilka miesięcy zaledwie kilka razy oparłem rollgaz na ograniczniku, doprowadzając do odcięcia zapłonu. To naprawdę dobrze świadczy o tym motocyklu, skoro dla kogoś, kto wcześniej czasem przyciskał do limitu 1255 ccm, na czterdziestoośmiokonnej połowie tamtego motocykla, nie ma już takiej potrzeby.

 

Zakrętów było mnóstwo: dziurawych, gładkich, ostrych i łagodnych. Pod górę i w dół, z koleinami i bez. I można je wszystkie pokonać bez trafienia w chociażby jedną, naprawdę szybko. Pod Kamiennikiem dostałem podmuch w przednie koło na nierównej nawierzchni w zakręcie, ale mimo dość ostrego kąta główki ramy i sporej długości widelca XTX, shimma nie wystąpiła. Zapobiegają temu plastikowe deflektory na lagach oraz aluminiowe mocowanie dolnego błotnika, usztywniające całość w takich przypadkach.

 

Gdy podchodziłem do zakrętu, ustawiałem się po zewnętrznej, ale znów nie aż na krawędzi jezdni, więc bez przesady. Robiłem tylko to, o czym wszyscy wiedzą. Widząc z tego miejsca więcej, mogłem obrać linię pomiędzy nierównościami czekając na to, aż znajdę się jak najgłębiej po prostej w zakręcie. A potem pach!: rzut motocyklem w bok i ścięcie wierzchołka zakrętu przy wirtualnym apexie w taki sposób, aby motocykl wystrzelił prostując się tuż za środkiem łuku, jadąc niemal po linii prostej. To ważne, że niemal po prostej, bo dzięki temu można wcześniej otworzyć gaz do prawie końca. Do tego, jeśli na miejscu jest odpowiedni bieg, to przyspieszenie uzyskane przez nawet pięćdziesięciokonną, jednocylindrową yamahę za zakrętem na wyjściu, wygląda deprymująco dla maruderów.

 

Tego nauczyłem się w samochodach ciężarowych, które trzeba wyciągać poza narożnik, ale nie z powodu prędkości, ale ze względu na ich długość. Nie da rady za to nauczyć się tego w przeładowanym dostawczaku, bo jego reakcja na owo nagłe Pach! jest zbyt opóźniona. I trzeba wiedzieć, jak to zrobić na twardym SV1000, czy miękkim FZ6, czy starym Obłym, w którym nie da się dociążyć przodu inaczej, niż na hamowaniu. Na każdym motocyklu jest inaczej.

 

Chłopaki palili, mówili, przeklinali, siedzieli i chodzili jeszcze szybciej niż wcześniej, na każdym z zaliczanych postojów.

 

  • Ale gówniana droga – mówili chórem.

  • Mam za sztywny motocykl – odezwał się SV1000,

  • Mam za miękki motocykl – skwitował FZ6.

 

Potem dla odmiany poprowadzili oni przez inne, nie mniej gówniane, sypiące się na pobocze nawierzchni drogi, ale z dłuższymi prostymi.

Nie pytali, więc teraz trzeba to napisać. Że nie przeszkadzała im już jazda tamtędy z prędkością prawie 200 na godzinę, albo 150 w terenie zabudowanym. Czy też podczas mijanki z samochodem, gdy było na to zbyt wąsko.

Nie podobało mi się to, że prowadzą nas wprost do zachodzącego słońca w kaskach z ciemnymi szybami i nie widzą przez to niczego. Nie podobało mi się to, że blokują mnie na zakrętach, zasłaniają widoczność i przebieg łuku, nie korzystają z całej szerokości jezdni. Nie podobało mi się, że huczą niepotrzebnie głośnymi puszkami, a hamują stanowczo za wcześnie, bo mają ciężkie motocykle, których nie znają. I byłem tam, tuż za nimi, przez cały ten czas. Widziałem to, że zerkają w zwierciadełka, przeczuwałem, że wymieniają opinie, że jadą coraz szybciej na prostych. Że nie potrafią zgubić cichutkiej Wariatki. Na mocnych motocyklach.

I ze względu na zajmowaną, wyprostowaną pozycję na moim motocyklu, ze względu na dawne lata i starych chłopaków, którzy mnie od lat uczyli, patrzyłem na to wszystko z dystansu, jakby z góry. Troszeczkę jak nowy król. Tak, to duma, a może pycha, ale warto było. Dzięki Panowie.

Bo XT660X pokazała, że nie ma kompleksów, rozwijała podobne prędkości i jeśli przygotować się do otwarcia, także podobne przyspieszenia. Do tego lekko przelatywała przez zakręty i z premedytacją zakurzyła ich naoliwione łańcuchy podczas przejazdu lekkim bokiem na szutrze, gdy tylko pojawiła się taka okazja. I za to też musiała zostać w końcu ukarana.

Jeździli na niej na zmianę obaj i za długo. Zwłaszcza SV1000, który do tamtej pory wydawał się nie pojmować zachodzącego właśnie zjawiska. Że to nie konie. Że to nie V2. Wiem to, że bezlitośnie dawali jej do odcięcia, ale to Yamaha z wielkim tłokiem, wiele zniesie.

 

    - I co? Nie będzie wstydu? - zapytałem widlastego litra, gdy wreszcie wrócił w milczeniu z objazdu po okolicznych wioskach. Przeczuwałem, że odpowiedzą tym razem obaj, chórem.

    - Nie, nie – odparli cicho – Ale daj jej głośne puchy, wtedy będzie walić jak wściekła, bo już to fajnie robi.

    - Nie, bo przestanie tak dobrze jechać. 

Chyba zrozumieliśmy to wszyscy. Matkę oszukasz, tatusia oszukasz, ale fizyki nie oszukasz. Byłem zaskoczony otwierającymi się możliwościami, gdy na kole nie jest nawieszane zbyt wiele, a talerz tarczy hamulcowej ściska Brembo. Motocykle na kategorię A2 to bestie.

     

Komentarze : 3
2020-05-06 14:27:02 Calmly

Średnie motocykle są naprawdę w dechę. Pokazują że można dobrze się na nich bawić bez sięgania wyższych prędkości, które z czasem mogą stać się uciążliwe.
Dopiero na nich odkrywamy czym jest fun idący z jazdy na motocyklu. Nie pochłaniają nadmiernie uwagi, pozwalają na głębsze odprężenie jak i zwyczajne zwolnienie tępa i tak już szybkiego życia.

Duże, mocne motocykle są fajne, lecz pokazują swoją niemoc, jeżeli chodzi o zwykły relaks, przez ich abstrakcyjne moce, które i tak trzymane są w kagańcu wyśrubowanej elektroniki. Bo przecież kto dzisiaj jest w stanie zmniejszyć w porę naciąg linki gazu, która nie jest już linką tylko kablem pod napięciem?
Więc po to wszystko, tak wiele?
Chyba po to żeby zdać sobie sprawę że to nie ten kierunek. Że sedno leży gdzie indziej.

Kiedy mam okazje usiąść na swojej dwieście pięćdziesiątce RS, aż trzęsę się z samego faktu że zaraz, za chwileczkę się to zacznie. Brzmienie, wibracja i ruch powietrza i zwykle, ludzkie odprężenie.

2020-05-06 08:05:32 okularbebe

jazda na kuli, heh skąd wiedziałeś, że chodziło o dominatory, trafiłeś w sedno.

Mi też się zdarzało, że po łące obok biegło wiele uwolnionych koni z motocykla. Nie ma sensu zakładać w miejsce standardowego komina byle czego i na chybił-trafił.

Zamiast tego może lepiej jest motywować siebie nawzajem, bo to doskonała dawka samokrytyki, podnosząca poziom jazdy. Tak robią Masaje, którzy osiągnęli taki poziom wzajemnego docinania, że jeden z nich dość regularnie staje na pudle na wszelkich torowych Sileziach w kraju i za granicą.

Wciąż mam problemy z zapięciem typu DD w moim kasku, ze stacji benzynowej ruszam przez to ostatni. Dlatego podejrzewam, że nie nadaję się na Power Rangersa na litrowym sporcie, który szybko zakłada kask, szybko jeździ, chodzi i siedzi.

I nie pojadę szybko pomiędzy samochodami, albo po zmroku, albo w lekkim deszczu. Jestem najwolniejszy. I niech sobie pogadają.

2020-05-04 19:35:54 jazda na kuli

yes yes yes! już od początku tesktu czułem co się wydarzy.
czasem czytam na olixie ogłoszenia w których stare cebeerki szczycą się filtrami k&ena i dominatorami z tyłu, których to właściciele nawet nie wiedzą, że część koni wyskoczyło im z motocykla i biegnie obok po łące...

  • Dodaj komentarz