Najnowsze komentarze
Motolupa, czy mógłbyś do mnie napi...
Alonzo1111 do zdjęcia: -
test
test
Dzieki chlopaki, słuszne uwagi. Po...
Siemka Jeżeli zacisk przy przedni...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

12.02.2016 23:08

Suzuki GSX750R - przyjemne i pożyteczne

Niebieskie oko za szkłem okularów przyciemniło się pod przymrużoną, nordycką powieką. Facet bez wyjścia nie uwierzył mi, że mam w kieszeni tylko piątaka i za taką kwotę nie jestem w stanie mu nawet trochę pomóc. Szukał czegoś w swoim skórzanym portfelu i wśród szpaleru banknotów euro znalazł swoją chyba jedyną, polską stówę. Wahał się, ale w końcu uległ za moją namową. Przekazując mi banknot w wyjątkowo spowolnionym tempie przez ułamek sekundy za długo nie wypuszczał stówy z ręki. Bał się oszustwa. Nie starałem się go przekonywać, ale od razu mogłem zadziałać. Czas start.

Zakładam kask, dopinam zamek ciasnej „papy” i odpalam sto dwadzieścia koni wydmuchując gorące spaliny w stronę jego krótkich spodenek. Z potwornym hukiem ruszam w przestrzeń zapadającego zmierzchu siejąc decybele gniewu. Mam też wielką nadzieję, że niemiecki kierowca wróci do pozostawionego samemu sobie przy aucie na drodze dziecka. I, że choć odrobinę mi uwierzył.

Sierpniowe wieczory to temat na książkę. Nie na jedną i nie na dwie. A z wiaduktu nad autostradą dają się poznać w szerszej perspektywie. Bo tam wyraźnie czuć zapach rozgrzanej, suchej, polnej ziemi. Widać owady pośpiesznie wirujące w blasku gasnącego światła na zachodnim niebie tuż przed nastaniem nocy. Wtedy, gdy ciepła od słońca, stalowa bariera oddziela mnie od dźwięków autostrady. Tych wyostrzonych, pochodzących od mechanicznie zaciętych na wysokich tonach silników. Od wibracji i nieustannego szumu opon, niczym istoty pędu. Od galaktyk płynących jak rzeki po asfalcie przeróżnych pojazdów i ludzi. Niektórzy machają na widok motocykla. Rzadziej, ale jednak kierowcy ciężarówek trąbią też na pozdrowienie. Pneumatyczne zawory tych sygnałów w tej akurat chwili wysyłają w przestrzeń tęsknotę za postojem, odpoczynkiem i chwilą refleksji jak ta. Raczej niepotrzebnie. Bo czasem trzeba się zatrzymać, ale potem nie można stać znów zbyt długo. By nie stracić rytmu i zgromadzonej energii. Jedźcie dalej swoją drogą.    

Woń oliwy z wyłączonego silnika w suzuki gsx750r rocznik 89, pasuje do tego wszystkiego. Jego aerodynamiczne poszycie wraz z aluminiową ramą błyszczy w świetle dnia, dobiegającego końca. Potrzaskane owady niemal ściekają z porysowanej szyby nad skromną, sportową konsolą dwóch zegarów z gąbką stabilizującą je z tyłu. Bieżniki opon wytarte wreszcie do nieskazitelnie czystej materii czarnej gumy, a jeśli by opluć rozgrzane tarcze i kolektor wydechowy, w sekundę wyparowałaby ślina. Obrotomierz nieruchomy, odcięty kluczykiem od życiodajnego zasilania, tak jak lampki „dobrego i złego”, które na razie nie świecą. Wylot wybebeszonego tłumika milczy. W środku ciemność zamiast płomienia po odcięciu zapłonu. Bo wcześniej zauważyłem to zjawisko w biały dzień kiedyś, jadąc na jakiejś nieistotnej i cichej hondzie cbr z tyłu i nie uwierzyłem od razu, że mój motocykl przyciśnięty do limitu pod kimś innym tak robi. I nie mogłem za nim się utrzymać.

A w głowie wciąż huczy. Po tym jak tuż po przekroczeniu 3000 obrotów na minutę demolowany jest poziom 100 decybeli, trudno jest tak od razu skleić myśli. Trzeba odtajać. Uspokoić emocje. Złapać powietrze. Przełączyć tryb rozumowania. Sprowadzić to wszystko znowu do jednego tylko podsumowania: „ale dzik”.

Jakoś tak ciężko odwracać się od tej starej, japońskiej bestii plecami. Trzeba na nią patrzeć kiedy jest obok. Bo nie należy jej lekceważyć. Zawsze domaga się szacunku, na który zasługuje. W obliczu zmechanizowanego świata tylko to jedno urządzenie jest dla mnie prawdziwe jak prawda. Nie jest niczym innym, jak motocyklem. I czekałem na niego od dziecka. Wreszcie jest.

Czarne kombi zatrzymuje się bez jednego dźwięku przy barierce na pasie awaryjnym. Niedaleko mojego punktu widokowego. Volkswagen passat, niemiecka tablica, w środku starszy facet - kierowca. Powoli wysiada z samochodu, w którym beztrosko pozostawia kilkuletnie dziecko. Rozgląda się przez chwilę po okolicy i dostrzega mnie. Rusza w moim kierunku: najpierw trawiastym poboczem, potem niemal na czworaka wspina się w górę po nasypie. Na wiadukt. Do mnie.

Już na górze podchodzi nieśmiało. Najpierw widzi krwawe smugi na szybie suzuki i schodząc z chodnika na jezdnię omija parujący motocykl jak groźne zwierzę. Ostrożnie zbliża się do mnie. Nie ma paliwa. Szuka najbliższej stacji. To znaczy, na razie chciałby wiedzieć, gdzie taka jest. I nie wie co dalej, ale póki co idzie w zaparte. Zupełnie tak, jakby chciał wziąć dziecko i passata, a potem zanieść to wszystko na plecach do oddalonej o 20 kilometrów drogą na skróty jedynej w okolicy stacji paliw. I nie wiadomo czy akurat czynnej w niedzielę o tej porze. Przygląda się potrzaskanym muchom na mojej skórzanej, przyciasnej kurtce i zastanawia się, czy jestem jego wybawieniem, czy przekleństwem na drodze. Może widzi jakieś obrazy z przeszłości. Zaskoczony brakiem rezultatu w swych dywagacjach gdzieś z tyłu uporządkowanej, niemieckiej głowy wraca do stygnącego samochodu. Bo wyglądając na zrezygnowanego zostaje poinstruowany o narzuconym przeze mnie nowym planie działania bez odpowiedzi na jego najważniejsze pytania. Nie udzielonych nie tylko przez barierę językową. Wyprowadza dziecko z auta na bezpieczną odległość od jezdni, włącza awaryjne światła i rozstawia sto metrów wcześniej trójkąt ostrzegawczy. Po tym jeszcze raz wspina się na wiadukt. Jest potwornie zziajany. Coś dociera do niego i chyba zaczyna rozumieć swe położenie. Pewność siebie znika jak kamfora. Może ma 70 lat. Siwe włosy. Ale walczy.

„I może to młodsi, ale faceci tacy jak ten, przed laty w swych myśliwcach Bf 109 na wtrysku i z turbodoładowaniem silnika utrzymując te maszyny na ujemnym przeciążeniu rzucili się na te nasze biedne pola, mokre od potu bo zaorane przez bezbronnych ludzi, końmi i krowami??” – gdzieś coś podobnego przecież mogło mi przejść wtedy przez głowę. Na wspomnienie pewnej rodzinnej historii.

Motocykl szedł jak zawsze. Obok lasu trochę wolniej, bo nigdy nie wiadomo co w nim siedzi. Silny blask okrągłych lamp podwójnego reflektora przecinał zapadający zmrok odkrywając przede mną niczym radar na pulpicie niepokojące świetlne punkty. To źrenice zwierząt w przydrożnych krzakach, wystraszone nadciągającym grzmotem „czterech w rzędzie”, gotujące się do samobójczego skoku przez jezdnię. Wprost przed koło. Znieruchomiałe, by w końcu uciec z powrotem do lasu pod naporem rosnącego, nieopisanego hałasu.

Za mostkiem droga opada w dół i skręca ślepo. Nie widać tam dobrze nawet w dzień, więc teraz  nadszedł czas zamknąć gaz. Silnik mruczy z dezaprobatą wibrując na zamkniętym ciągu, wtóruje mu kawalkada eksplozji niedopalonego paliwa w wydechu. Za łukiem można sypnąć z garści. Zieleń oświetlenia wraz z czerwienią końca skali obrotomierza mają za zadanie strzec mnie przed wielkim wybuchem silnika. Ale nie ciągnę do końca, to zbędne. Silnik ma niespożyte pokłady mocy od samego dołu. To wierutna bzdura, że rzędowe silniki na dole nie mają jadu. Nie „olejaki” o pojemności 750 wzwyż. Hałas to jeszcze bardziej mi uświadamia. Uczepiony mocowanych nisko do lag widelca kierownic clip-on wpadam z grzmotem urwanym eksplozjami zamknięcia do Lewina Brzeskiego. Redukcja koło remizy. Otwarty garaż, wóz pożarniczy i chłopaki w środku. Piją piwo. Ale paliwa do sprzedania nie ma ani u nich, ani w całym Lewinie. Orlen już zamknięty. Trzeba lecieć do jakiejś wiochy na SKR. Może tam mają czynne. Leją nie wiadomo co, ale to nieistotne. Strażacy dają mi plastikowy kanister po płynie do spryskiwaczy. Czterolitrowy, który według mnie jest za mały. Szukają większego. Znajduje się i „piątka” Dzięki chłopaki i „nara”.

Wciskam pojemnik pod kurtkę, muszę zostawić odpięty zamek, aby go tam zmieścić. Chcą, żeby „dać na koło”. Nie umiem, więc daję im do odcinki. Piszczą z zachwytu na widok ognia z pustej rury. Pod skórę wpada silny przeciąg, źle siedzę i muszę inaczej mierzyć zakręty. A te na drodze Lewin Brzeski – Opole są niesamowite. Do tego dłuuugie proste. Trzeba pochylić głowę, gdy silnik rozgrywa mięsiste akordy na czwartym, piątym i szóstym biegu. Siedemsetpięćdziesiątka ma ostrzejsze wałki niż 1100. To dobrze bo choć jest wolniejsza to jakaś taka bardziej agresywna. Auta znikają hurtem za plecami. Nie nadążam migać kierunkowskazami. Więc nie migam. Można się zapomnieć. Czas leci.

W Skorogoszczy na moście zamykam wcześniej, żeby nie płoszyć koni w tamtejszej stadninie. Byłem tam kilka lat wcześniej i pamiętam, że koń Pawła Kukiza nie lubił hałasu, ale polubił mnie. Nie miałem wówczas motocykla. Odpalam petardę dopiero za wioską i znów lecę. Jest prawie całkiem ciemno, gdy wpadam pod dystrybutor jakichś braci Kiemliczów z budy na terenie jakiegoś gospodarstwa wiejskiego. Oto meta.

Pełny paliwa, plastikowy kanister przyciśnięty do mojego baku przepuszczał benzynę przez zakrętkę. Trochę rozlało się nie tylko po ukochanym motocyklu, ale i po koszulce wprost pod rozporek. To nic, zapach benzyny uzależnia. Nocne owady trzaskały o kask i klosze reflektorów. Trzeba było wstrzelić się w koleiny. Zwracać uwagę na dziury. Mój supersport miał słabe przednie zawieszenie, które chyba od dawna nie żyło. Niewygodnie było mi na takim robić uniki przed wyrwami w jezdni z bańką paliwa na brzuchu.     

Dziewczynka czekała na kocu kilkadziesiąt metrów od migającego awaryjnymi światłami passata bez paliwa. Miała otwarty termos i kanapki. Na dźwięk mojego motocykla, facet pokonał już na czworaka połowę nasypu. Dostał paliwo i resztę gotówki. Nie przeliczył. Wytłumaczyłem mu jak może dojechać do Niemodlina, gdzie powinien wlać do pełna. Zatrąbił na pożegnanie dwa razy: jeden sygnał krótki, drugi przeciągły. Wręczył mi kartkę na której wpisał Gerhard Berlin i numer telefonu. Zapewnił, że gdybym kiedyś nie daj Boże potrzebował czegoś w Niemczech itd., itp…

Gdy odjechali, wspiąłem się na wiadukt nad ciemną autostradą. Motocykl nie mienił się już optycznymi sztuczkami, które zniknęły wraz z zachodem słońca. Jego zarys na tle świateł pędzących w dole samochodów przywodził na myśl kształt jakiegoś metalicznego, niewyraźnego owada, jak Obcego z Nostromo. Wyglądał jeszcze inaczej niż zwykle. Tak nieprzystępnie dla nikogo. Poza mną. Gdy podszedłem bliżej, ujrzałem zawinięte 20 euro wetknięte przez Gerharda nawet nie wiem kiedy i jak między bak, a siedzenie motocykla. Wracałem do domu na przymkniętym gazie. Otworzyłem dopiero u siebie w mieście. Na lepsze spanie.     

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze : 3
2016-02-27 20:56:00 Kubek86

Fajne no i moje strony:)

2016-02-14 10:26:00 left 4 dead

miał szczęście :)

2016-02-13 17:10:48 Motórzystaaa

Te teksty uzależniają! Czekam na więcej! Pozdro.

  • Dodaj komentarz