Najnowsze komentarze
DominikNC do: Jedźmy
Poezja!
przepraszam, tak mnie poruszył ten...
jazda na kuli, mandat może przyjść...
Co za roznica czy czarny czy rozow...
Siema, w tej zimowej depresji zawz...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

17.02.2016 18:16

Uważając na marzenia

Muzyka z estradowych głośników ustawionych na trawiastej łące pod lasem wprowadzała w drganie suche, nocne powietrze pełne kurzu i dymu. W samym środku tłumu niespokojnych ludzi. Towarzyszył jej nieustający od wielu godzin jęk wyjących do księżyca motocyklowych silników, dobiegający z każdej strony mroku, otaczającego zlotowy kocioł. Tak różnych, że od niemal wszystkich rodzajów motocykli. Ciemność w oddali przecinały smugi świateł pędzących maszyn. Niekończący się taniec błysków: białych i czerwonych, tam i z powrotem po zakurzonej, ale jedynej prostej. Upalanie po nierównym betonie, katowanie do rozżarzenia przegrzanej stali kolektorów wydechowych, do iskier z drutu stopionych opon. Z brudnymi motocyklistami za sterami, pogrążonymi w amoku, opętanymi promilami w zlotowym oszołomieniu. I ognie z wydechu. Potrzaskane, pogubione plastiki, kierunkowskazy, porozlewane i wymieszane płyny ustrojowe silników. Glikol, olej i benzyna. Raj i jednocześnie piekło na ziemi. Na dobitkę zlotowiczów czekał jeszcze inny nikomu niepotrzebny sprzęt: mechaniczny byk dla tych, którym emocji było za mało i czarny polonez bez szyb z zakładu pogrzebowego dla tych, którym byłoby ich za dużo. Obie atrakcje od jakiegoś czasu pozostawione były jednak samym sobie, bez zainteresowania. Liczyło się tylko chlanie, dzika jazda i motocykle.

Wylazłem z krzaków i odtąd przebywałem na terenie zlotu nielegalnie, bez biletu wstępu i opaski. Lawirując pomiędzy plastikowymi stolikami i pijanymi ludźmi podszedłem wreszcie do jakiegoś pracującego na wolnych obrotach motocykla, których wokół było mnóstwo. Zatrzymałem się w tym chaosie, aby nasycić rozkojarzone alkoholem zmysły. Kawasaki Zephyr, chyba 750. Stojący obok maszyny wielki gość z brodą, ćwiekami, kolczykami i dżinsową kamizelką wyglądał zjawiskowo. Patrzył gdzieś daleko i stał nieruchomo jak posąg słuchając pracy swojego silnika. Oglądany pod światło pobliskiej knajpy za plecami, nie wyglądał na sfrustrowanego. Miałem już wówczas prawie równie postawnego, bliskiego mi kolegę Jakuba w szkole, dlatego nie bałem się „misiaczków” tego typu. I wiedziałem o nich na przykład to, że potrafią dobrze śpiewać. Albo wlać do gardła kufel piwa za jednym zamachem w rekordowym czasie. Byłem tam jednak sam naprzeciw niego, bo dawno temu zgubiłem podpitych kompanów. Mój przyszły, pierwszy motocykl - suzuki gsx750r był już gdzieś na świecie i liczył sobie kilka pierwszych lat życia. Jednak podobno woził niemieckiego księdza do kościoła i dopiero po upływie niemal następnej dekady miał znaleźć się na dożynkach w Polsce, gdzie w wielkim kurzu miał zagrać „do odcinki” juz pode mną. Żeby ostatecznie roztrzaskać się pod kimś innym w Krakowie na błotniku opla vectry z kobietą za kierownicą. Na razie nie mogłem go mieć, bo nie miałem ani pieniędzy, ani nawet prawa jazdy. W kieszeni trochę drobnych, a w ręce oby ostatnie tamtej nocy plastikowe piwo z beczki. Ale już wiedziałem jak naprawdę jest i co się stanie. Od piętnastu godzin zlotowego życia miałem wreszcie nowy światopogląd. Obrazy z filmu i plakatów jednak ożyły. Nic już nie mogło być takie samo jak dawniej.

Powiedziałem: „hej”, czy nawet „hej tam” i wielki posąg z lekka poruszył się. Odpowiedział coś w swym tonie, chrypiąc basowo, ale przez ogólny hałas nie do końca zrozumiałem, o co mu chodziło. Aby się przymilić rzuciłem szczerą uwagę na fakt, jak wspaniały motocykl posiadał. Przy tym ani na moment nie spuszczając z oka świecących jasno klasycznych zegarów z podrygującą igłą na tarczy kresek obrotomierza. Wspaniały widok pięknej, pracującej na nierównych, wolnych obrotach japońskiej maszyny.

Ale gość nie zgodził się ze mną. Zamruczał z dezaprobatą. W krótkich słowach przynudził o przytartym wałku i klepiącym silniku. Zahipnotyzowany zlokalizowałem spojrzeniem rolgaz. Nie słuchałem już dźwięków z ochrypłej brody właściciela tylko patrzyłem w ten jeden punkt, wytrzeszczając oczy. Próbując rozstrzygnąć w myślach, czy może uda mi się powstrzymać, bo to uczucie narastało i było silniejsze ode mnie: dodać gazu, choć raz.

Usłyszeć jak to naprawdę chodzi i poczuć w odpowiedzi na nadgarstku tę wibrację czterech cylindrów w rzędzie. Przeżyć magiczną chwilę, na którą zawsze czekałem. Wiedziałem jak odkręcić raptownie, bo w domu miałem simsona, w którym jakiekolwiek odkręcenie nigdy niczego nie wniosło. Nawet w porównaniu do innych simsonów. No może poza - przy raptownym odwinięciu, bezowocnym buczeniem zasysania w filtrze z braku mocy. A buczało zawsze. O ile zdechnięta świeca nie złapała nagaru odcinającego namiastkę motocyklowego ciągu. W domu wisiało też małe zdjęcie, wycięte z gazety z taką samą, zieloną „kawasaką” jak ta. Nigdy wcześniej nie widziałem jej na żywo, ani tym bardziej nie słyszałem jak pracuje.

I zrobiłem to. Bez pytania i jakiegokolwiek uprzedzenia. Odkręciłem na maksa tak, jak w simsonie.

Zephyr ryknął jak ścięty biczem ku, niestety tylko mojej radości. Rozwścieczony posąg ruszył do szarży. Wychylił się nad łkającą nad zatartym wałkiem „kawą” i z siłą odepchnął mnie wielką łapą.

- Pojebany jesteś, czy jak?!   

Wpadłem na innego przechodzącego typa rozlewając browar mój i jego. Na mnie i na siebie. W odpowiedzi na to z jakąś podobną, nieuprzejmą uwagą zostałem odepchnięty z powrotem. Prosto w łapska spienionego brodacza, od którego na szczęście ponownie oddzielił mnie schodzący z ośmiu tysięcy obrotów i niestabilnie podparty motocykl. Zakotłowało się, bo nie od razu wyswobodziłem się z potrzasku. Aby nie dopuścić do przewrócenia motocykla brodaty musiał w końcu zwolnić uchwyt na mojej koszulce oblanej piwem i od sekundy prawie roztarganej na pół. Udało mi się utrzymać równowagę i nie przewrócić wraz z motocyklem, o którego siedzenie oparłem się, szarpany i skołowany. Posąg musiał szybko ominąć maszynę, jeśli wespół z tym drugim motocyklistą, zechciałby wspólnie dopaść mnie.

Zaszumiały knieje, trzasnęły połamane, suche gałęzie. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba dlatego, że czym prędzej oddaliłem się w lekkich podskokach w pobliskie krzaki. Czyli tam, skąd przybyłem. Nasycony odkręceniem rollgazu japońskiego motocykla. Tak, to było to coś, po co tam się zakradłem. Cały dzień rozpoznania terenu na słońcu i w końcu atak po zmroku, a w efekcie radość warta każdej godziny wyczekiwania na pobliskiej plaży. Przypadkowo spotkani znajomi odstawili mnie później do domu nieco hermetycznym, białym fiatem 126p. Pamiętam że miał pompkę paliwa, która jakby nie podawała. Fiat też nie miał mocy. Bo i skąd.

Rankiem byłem tam z powrotem. Simsona zostawiłem nieopodal lasu i z dala od prawdziwych motocykli, o których minionej nocy dowiedziałem się tyle, że nie wolno dodawać im gazu ot tak sobie. Nie wyłączyłem w nim żadnego kluczyka, bo wcześniej rozpadła mi się stacyjka. Blokadę kierownicy wsunąłem do oczka w ramie wytrychem, czyli palcem. Sprzęt i tak był zawsze „włączony do akcji”. O ile nie zdusił go nagar. I dlatego parę lat później, ciemną nocą go ukradli.

Tymczasem wciąż błąkałem się po zlocie jak pies włóczęga, poszukujący swego stada w życiu. Nie znalazłem, ale wreszcie poczułem zew krwi. Czyli abstrakcyjne wrażenie, że na motocyklach jeździłem od zawsze. Albo, że jeszcze bardziej chciałbym na nich tak jeździć. Niczego innego nie robić.

Można czasem pomylić się i długo wierzyć, że coś jest w życiu ważniejsze od całej reszty. Bo bywa, że po prostu nie jest. Jak wiemy, proces odkrywania prawdy jest niekiedy długotrwały, a czasami też nie do zniesienia. Wszystko tylko po to, żeby nabrać dystansu do rzeczywistości i poczucia humoru. Aby w końcu po latach przestać szarpać się z motocyklem i nie otwierać mu aż tak przepustnicy. Bo ta niebezpieczna materia niby grzecznie słucha, lecz opiera się bardzo niestabilnie – na dwóch tylko kołach i czyha na klęskę po upadku. A tego przecież nie chcemy.

Łatwo napisać, gdy w porę zamknąć gaz jest najtrudniej.

Na zdjęciu poniżej przykład z tamtego zlotu: FZR600 podczas pracy z odchylonymi przepustnicami...


 

Komentarze : 1
2016-02-17 23:00:30 gregor1365

Wlasciciel motocykla miał prawo wyplacic Ci solidnego plaskacza, za co nie powinieneś mieć pretensji z uwagi na sytuacje. madry, sensowny i pozyteczny tekst. alt padl.

  • Dodaj komentarz