Najnowsze komentarze
ptwr2 do: Bez prądu
"Moja" właśnie nie miała tych harm...
MZ ETZ 251 zdemoralizowała mojego ...
ptwr2 do: Bez prądu
Podobno w wieku 4 lat ludzie zapom...
To prawda, konie przetrwają w każd...
ptwr2 do: Na drodze 445
A ja myślę, że nawet gdy już bezdu...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

21.10.2017 09:57

Bez prądu

Silnik przerwał ciąg. Wyraźnie coś jednak mu dolegało. Bo przez zbyt długi czas polewałem go wodospadem wody lub zasadowego roztworu na zmianę, dlatego potem długo nie chciał odpalić. Tylko tak mogłem rozpuścić czarny osad na silniku, który zgromadził się na jego powierzchni warstwą grubą na kilka szczelnych milimetrów. Nawet ostry śrubokręt nie mógł rozbić tej struktury. Tak bardzo był zaniedbany.


Po zatrzymaniu się przy dystrybutorze, silnik zwolnił, przeszedł w rytm pulsu spoczynkowego, czyli pracował na wolnych obrotach, równo, nienagannie. Bez cienia zaniepokojenia przełączyłem zatem przełącznik kill switch, aby zamilkł. Wlałem do baku, do pełna. Trochę to trwało, zbiornik był wyssany do dna.


Wróciłem do maszyny już po zapłacie przy kasie. Ta yamaha jest wysoka, wyższa od moich poprzednich XT z wypracowanymi, oklapniętymi zawieszeniami. Jeden rzut oka do facebooka na dane poprzedniego właściciela, zobrazował przeszłość i przyczynę podwyższenia ustawienia – jej poprzedni właściciel był bardzo wysoki, w sile wieku. Prawdopodobnie to on zainstalował gniazdko zapalniczki i pojemny kufer na tym motocyklu. Teraz ze zdjęć na trasie uśmiechał się z pokładu nowego BMW R1200GS. Z kuframi.


Nacisnąłem starter. Zakręcił daremnie, bez skutku. A więc czy to dlatego, że przyjeżdżając tutaj bak był prawie pusty? Czyli, że teraz powinienem odkręcić kranik na rezerwę i długo pokręcić rozrusznikiem, aby pociągnął świeżą benzynę, czy odwrotnie? W Bronku nie ma takich dylematów. Zamiast kranika i podciśnienia, w dużym bandziorze brzęczy dyskretnie elektryczna pompka.


Singiel milczał. I na rezerwie, i na pełnym otwarciu dopływu, i na gazie, i bez, aż w końcu rozrusznik zasłabł. Przepychając kompresję singla brakło mu energii na zasilanie nawet przygasającej pod obciążeniem rozruchu zielonej kontrolki neutralnego przełożenia. Odepchnąłem dość lekką maszynę na bok, za róg budynku kasy. Do domu miałem niezbyt daleko, ale jednocześnie nie za blisko jak na spacer z zatankowanym pod korek motocyklem. Postanowiłem poczekać, zebrać myśli i dać czas silnikowi i akumulatorowi. To czasami wystarczało. Plus czułe klepnięcie w kanapę.


- Cześć, jakiś problem? – to głos kolegi, który tankując swoje auto zorientował się, że nie stoję tu bez przyczyny.

- Cześć, umyłem żelazo i teraz nie chce zapalić – objaśniłem i jakby na dowód tego niechcący wytrząsnąłem wodę z połączeń wiązek kabli pod odpinaną mini owiewką nad reflektorem.

- To jak mogę ci pomóc? Mam wziąć cię na hol?

- To niegłupie.


I wtedy znów przypomniałem sobie jakieś letnie popołudnie na dziurawej, asfaltowej drodze w lesie. A na niej znów czarny, świętej pamięci v-max, który pociągnął mnie wtedy do domu. Trzymając się z całej siły skórzanego ramienia, słuchając tembru czterocylindrowego silnika w układzie V o odpowiednim momencie obrotowym, siedziałem na lekkim rowerze, opartym na lichym, sztywnym widelcu. W pfrzerwach pomiędzy dziurami w jezdni obserwowałem ukradkiem rosnące wskazania prędkościomierza. 120 kilometrów na godzinę to prędkość, która podrzucała mnie i prymitywny na tym tle rower w gwałtownych podskokach podczas, gdy niski motocykl z czarnym jeźdźcem niewzruszenie sunął przez przestrzeń tunelu lasu, podrygując z lekka, pod wpływem tłumienia zawieszenia. Tamtej chwili można byłoby poświęcić odrębny blog. I to wielowątkowy. Zwłaszcza teraz, gdy już wiadomo, że wszystko to, co z nią zostało związane wydarzyło się tylko raz na milion lat i już nigdy nie wróci. Jak my i yamahy takie jak te.


- Ale dzięki Tom – powiedziałem w końcu wyrywając się z zamyślenia – Postoję tutaj tak trochę i zobaczę co się wydarzy.

- Ok, jakby coś, to tylko zadzwoń.

- Ok. Jeszcze raz dzięki.


Miał lśniące auto z zasobnej firmy, kiedyś całymi dniami ramię w ramię pracowaliśmy razem. Mimo to, nie zaufałem mu jednak na tyle co v-maxowi. Żeby pozwolić się pociągnąć do domu, trzymając za słupek drzwi samochodu.


Pochyliłem głowę nad bakiem i szepnąłem coś motywującego do XT i ta jakby nigdy nic – odpaliła. Wskoczyłem na obwodnicę i dałem jej z pełnej garści, żeby potem zeskoczyć w pola. Jeśli ją przytrzymać na wyższych obrotach idzie jak wściekła. Bez obawy o linię jazdy, prędkość i nierówności. W niektórych warunkach jest o wiele lepsza niż Broniu, jest jak supermoto.

Zjechałem na trójce w dolinę, tam gdzie leniwie płynie rzeczka. Zatrzymałem się na mostku i pomyślałem: 

- Choćbym miał cię pchać bez prądu i benzyny, to i tak to napisałbym. Nie tylko dla siebie, bo nawet dla tych, co udają, że to lubią. 


Komentarze : 3
2017-10-27 12:11:55 ptwr2

"Moja" właśnie nie miała tych harmonijek. Nie korciło Cię nigdy kupić takiego klasyka, tak z sentymentu, dla samej przyjemności posiadania czy okazyjnych przejażdżek w dobrą pogodę?

2017-10-23 19:34:21 okularbebe

MZ ETZ 251 zdemoralizowała mojego kumpla, który z nieśmiałego Artura z parteru na blokach stał się nocnym jastrzębiem, bożyszczem dla nas, gówniarzy na simsonach. Gdy przejeżdżał po mojej ulicy, rwał ziemię z pobocza na trzecim biegu i przy pełnym otwarciu. Gdy potem zatrzymywał się u mnie, aby pogawędzić o motocyklach ETA trzęsła się na wolnych obrotach potrząsając harmonijkami teleskopów widelca. Niezapomniany widok. Pachniała naftą naoliwiona, zziajana, gdy w końcu ją dopadłem.

2017-10-21 13:28:16 ptwr2

Podobno w wieku 4 lat ludzie zapominają wszystko, żeby w mózgu zrobić miejsce na nowe i bardziej potrzebne, z perspektywy dalszego życia, doświadczenia. Tylko nieliczne wspomnienia mają szansę przetrwać ten okres, takie o wyjątkowej sile lub wadze.

Dlatego też wyraźnie pamiętam, jak mając jeszcze jeden rok mniej, chciałem sobie wybić zęby na wyłożonej otoczakami zwykłej drodze dojazdowej do pól, lecąc z góry na złamanie karku na dziecięcym rowerku z nieśmiertelnym logo pochodzącym z czasów, gdy Romet nie oznaczał fabryki pod Pekinem czy innym Shenzou. Przy odrobinie wprawy, nieustannie zasilanej brakiem wyobraźni, choć okupionej zaledwie kilkoma incydentami, była to wciągająca działalność, która pochłaniała długie godziny i tym samym skutecznie odciągała od innych pasjonujących zajęć, jak obserwowanie kłębiących się chmur i nasłuchiwanie buczących odrzutowców.

Tą sielankę burzył jednak pewien niepokojący w swej egzotyce element. Była to błękitna MZ ETZ 251 sąsiada. Tam gdzie ja rozpaczliwie walczyłem z wyrywającą się z rąk kierownicą, gdzie uczyłem się - niczym dżkoej - amortyzować otoczaki i koleiny przy pomocy ugiętych nóg, tam ów tajemniczy jeździec mknął spokojnie i niewzruszenie, płynął równo nad tym całym ziemskim galimatiasem, podczas gdy sprężynowo zawieszone koła dynamicznie wybierały niedoskonałości, kładzionej przy pomocy wywrotki, nawierzchni.

Niby wiedziałem, że w samochodach są resory, wszak podglądałem ich konstrukcję na przykładzie wożącego kamienie Kamaza, ale tam one były ukryte, pracując anonimowo i niepostrzeżenie. Do tego w mojej ocenie samochód nijak się miał do roweru - za dużo kół i całej reszty. Nie wyobrażałem sobie nawet, że w dwukołowcu jest miejsce na "resory". Rower i samochód należały do zupełnie innych światów i było niejako naturalnym porządkiem rzeczy, że na rowerze trzeba się męczyć i rozbijać, a w samochodzie jedzie się wygodnie.

Tymczasem pojawił się taki oto motor, który pomimo posiadania tylko dwóch kół i szczupłej ramy, miał pełne zawieszenie, hipnotyzujące mnie lśniącymi z daleka w słońcu lagami, mamiące kompaktowymi sprężynami, które przy "piórach" Kamaza wyglądały jak zabawki. To był właśnie ten pierwszy moment, gdy bez uświadamiania sobie tego faktu, obudził się motobakcyl i spokojnie, powoli przebijał się ku powierzchni horyzontu myśli, bardzo często na przekór innym bakcylom i trudnym okolicznościom.

Wtedy, pewnego dnia, było mi dane siąść na tej Emzetce i przymierzyć mocno za duży szczękowy kask z podnoszoną szybką, prawdziwy rarytas używany przez właściciela na przekór modzie na gogle i skórzane "pilotki - orzeszki", ale to już materiał na całkiem inną opowieść.

  • Dodaj komentarz