Najnowsze komentarze
To w tle to "Planet Caravan" od Bl...
Riderblog umiera to racja DominikN...
DominikNC do: Spotkanie
Riderblog umiera, wreszcie jakiś n...
vfr rzeczywiście jakoś słabo, aż p...
Może każda, kolejna jesień dla mot...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

04.08.2018 00:34

Bronek & Obły

Ze starszymi kuzynami trochę mnie łączy. Razem wiele wypiliśmy, pobiliśmy się na gumowe rękawiczki i pięści. Siedzieliśmy w namiocie podczas nocnej burzy w górach, jeździliśmy na rowerach i nartach, chodziliśmy na koncerty, kradliśmy kołpaki i jabłka. Jeździliśmy autami bez prawa jazdy jako nieletni, a potem z prawem jazdy po sto osiemdziesiąt na godzinę. Gdzie tylko się dało. Pożyczaliśmy sobie najpierw spodnie, potem rowery, simsony i motocykle. Dzięki nim zobaczyłem na koncercie występ Ryśka Riedla, poznałem też mnóstwo wyjątkowych ludzi, niektórych imion już nie pamiętam. To dzięki nim polubiłem motocykle. A teraz dzięki nim, motocykle przegrywają z prozą życia. Bo jako używane normalnie, stają się nudne. I może nawet niepotrzebne.

 

Obecnie kuzyni albo są menadżerami wyższego szczebla, albo występują jako muzycy obok gwiazd u Owsiaka, albo Wojewódzkiego, albo udzielają wywiadów dla telewizji, czy opracowują raporty dla Bloomberga. Jeżdżą na swych motocyklach o przeciętnej mocy. Albo jak ostatnio, prowadzą Bronia.

 

To jak jechaliśmy z Bronkiem i Obłym, było stanem skupienia wszystkiego tego jacy byliśmy, jesteśmy i dokąd zmierzamy. Zwykła przejażdżka w sobotę stanowiła opowieść tego, co nas ukształtowało. Jechałem i nie dowierzałem. Nie dowierzałem jak bardzo się myliłem. Jak bardzo byłem nabuzowany, uzależniony od prędkości, egoistycznie nastawiony wobec obaw o mnie ze strony bliskich. Kuzyn, który wytyczał szlaki, pokazał mi chorwackie wyspy, zanim ktokolwiek po ich wojnie tam pojechał, znów zmienił mój światopogląd. Kiedyś umiał zapanować nad wozem wyrzuconym w nocy na pobocze przy 160, w drodze na imprezę, by uniknąć czołowego zderzenia i nas nie pozabijać, wyszedł też cało z wypadku na hajabusie.

 

Teraz jechał za mną na Broniu tak wolno, że w to nie wierzyłem. Mimo, że pozamykał Bronkowe opony, uświadomił mi, że powinno być inaczej. Że poziom, który osiągnęliśmy na motocyklach, nic nie znaczy. Że margines bezpieczeństwa, jaki sobie zostawiamy jest rażąco za mały. Zademonstrował coś, co niedawno pokazał też najszybszy Masaj, który nie chciał jechać szybciej na zwykłej, nierównej drodze i pozwolił na chwilę wyprzedzić się Obłemu. I pozostali, starsi kuzyni mają to samo. Ten sam, chłodny dystans.

 

Starsi kuzyni używają motocykli o przeciętnej mocy do dojazdów do pracy – Versys 650, TDM 850 i SuperDuke 990. Używają ich do czegoś, co jest uzasadnione ekonomicznie. Niemal do niczego więcej, traktując życie bardzo poważnie. Dbają o swoje interesy. Motocykle nie mogą już przeszkadzać im w pracy i w rodzinie. Stały się środkiem, nie celem. Choć wciąż bardzo je szanują.

 

Dlatego spóźniliśmy się do domów o ponad godzinę. Zwolniliśmy na tyle, że zwiotczały mięśnie, adrenalina nie opadła. Nie było jej wcale. Odebrałem lekcję pokory. Przyjąłem nowe zasady gry. Może coś nawet zrozumiałem. Dostałem taką szansę.

 

****************************

 

Nie miałem zamiaru nikogo wyprzedzać. Nawet wtedy, gdy na obwodnicy dogoniłem seledynowego seata oraz jadącą przed nim ciężarówkę, która kilka kilometrów wcześniej ominęła mnie. Ominęła, bo zatrzymałem Bronka na poboczu drogi, aby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku.

 

Obserwowałem przez chwilę mechanizmy motocykla po tym, gdy tuż przed niewielkimi opadami deszczu robiąc hałas w grajdole, trafiłem na nową fałdę przegrzanego asfaltu, a klocki hamulcowe zadzwoniły metalicznie, podrzucone gwałtownie na tej nierówności, wydając z siebie znajomy już, ale podejrzany dźwięk. Wszystko było jednak na swoim miejscu, naciągi łańcucha i regulacje bez zmian, śruby i zabezpieczenia zacisków raczej też. Ponieważ dałem już o sobie znać w określonych miejscach, a przy tym - jeżdżąc przez ostatnią godzinę, schłodziłem wieczornym wiatrem przegrzany organizm, mogłem powoli ruszyć na noc w stronę jamy. Ku zachodzącemu słońcu.

 

Kierowca musiał zamaszyście poruszyć kierownicą ciężarowego mercedesa, żeby ominąć miejsce mojego postoju na wąskiej drodze dojazdowej do kopalni. Jego kierownica w tym modelu jest tak karykaturalnie wielka, jak w starym autobusie. To po to, żeby przez spokojne reakcje ciągnika na jej spory obrót i duży skok, zachowanie zestawu na drodze pozostało spokojne, czytelne dla prowadzącego i wyważone, czyli bezpieczne. Bo za taką kierownicą trzeba pochylić tułów i zrobić szeroki zamach ramieniem, żeby pokonać tym mercedesem najmniejszy łuk na drodze. W Broniu mój czerwony ster jest prawie tak szeroki jak te w motocyklach enduro lub supermoto po to, aby na przednie kółko zadziałała stanowcza siła. Żeby każda część kiloniutona przeciwskrętu wymierzała inaczej niż w ciężarówce, bo gwałtownie i precyzyjnie kąt pochylenia motocykla oraz linię jego przejazdu. Żeby motocykl pozostawał łatwy w prowadzeniu i lubił ciasne zakręty. Coś na wzór zjawiska osiągniętego przez przesuniętą oś widelca w K1300R, działającego jak przekładnia, o którym wspominałem wcześniej. I żeby taka kierownica zapewniała wygodną pozycję. Czyli, żeby też było bezpiecznie.

 

Otworzyłem szeroko obok seata rozpoczynając tym samym jazdę po linii wielkiego łuku zmieniając pas na szerokiej i prostej drodze obwodnicy. Koniec łuku wypadł daleko przed nosem ciężarówki, którą również wyprzedziłem rzutem na taśmę, odbijając od jej kabiny echo rozdarcia motocyklowego wydechu. Gdy zdecydowałem się wyprzedzić, przejeżdżając obok seata Broniu miał na wyświetlaczu zaledwie 117 na godzinę, aby obok ciężarowego mercedesa sięgnąć już po wartość już 166. Lubi bardzo takie przyspieszenie.

 

Na nowych zębatkach musiałem zmienić punkty hamowania i otworzyć szerzej oczy. Ponieważ motocykl lepiej przyspiesza, pomimo niższych o kilka procent poziomów osiąganych prędkości, niespodziewanie nabiera mocy szybciej i wszystko trwa niebezpiecznie krócej. Wał silnika po zbyt krótkim czasie kręci się za szybko. Nowy Broniu czasem jest wkurwiony. Chce podnieść przednie kółko bez pomocy sprzęgła nawet na dwójce i chce zrobić to jeszcze łatwiej. Przy ponad 60 na godzinę. Jego kaliber polega na tym, że lepiej jeździ, niż powinien. Wiem to również dlatego, że popatrzyłem na niego z boku, jadąc za nim na Obłym. Przerażał mnie z tamtej perspektywy. Choć wcale na to nie wyglądał. A może właśnie dlatego.

 

Po wyprzedzeniu seata i ciężarówki poluzowałem nacisk na motocykl. Pozwoliłem toczyć mu się na zamknięciu aż do ronda, wytracając pęd na zakończeniu długiej prostej. Wiatr cichł, dwururka wystrzeliła dwa razy. Wylatując spoza dźwiękochłonnej bariery obok stacji paliw, podniosłem rękę w geście pozdrowienia na widok znajomego, starszego pokolenia, które patrzyło znad stołu i dwóch lub trzech kufli piwa. Odpowiedzieli w ten piątkowy wieczór. Znali Bronia. Nie mogłem tak po prostu zwolnić na ich oczach. To kumple ojca, a przy tym ludzie związani z motoryzacją i sportem od zarania. Wiedzą, do czego służy otwarty gaz. Przez nich wiemy to i my.

 

Na ich cześć zszedłem o dwa w dół, przeładowując gazem każde z przełożeń, by ładniej wyrównać obroty i rzuciłem motocyklem w prawo przecinając na ukos okrąg ronda, wystrzeliwując w przestrzeń na jego wyjściu. Żeby wydać głośny, chropowaty dźwięk z dwururki w tym dużym silniku, muszę mieć przynajmniej sześć tysięcy na obrotomierzu. A to dużo, nawet na drugim biegu. Żeby PAIR oddał strzał dopalania z dwururki podczas szybkiego przejścia na trzeci, muszę wszystko to zrobić dynamicznie i wysprzęglić zmianę do samego końca. Ale jeszcze spowolnić wzrost obrotów na chwilę tuż przed zmianą. A to i tak oznacza, że mam już ponad sto w terenie zabudowanym i Broniu zaczyna wyprzedzać szybkość mojego i innych myślenia. Kontrola właśnie zanika. Ale za to, to wszystko dobrze wygląda. Inaczej tak by nie było. Bo brakłoby miejsca.

 

SUV z naprzeciwka mógłby zajechać mi drogę, bo mógłby nie zauważyć z jak bardzo dużą prędkością nadciągam z naprzeciwka i skręcić na stację. Mógłby to zrobić bez włączonego kierunkowskazu. Mogłaby to być jego wina, ale cóż z tego? To ja zamieniłem się w spadającą kometę bez kontroli. Wiedziałem od razu, że nie zdołałbym wyhamować. Ale równocześnie wewnętrzny radar podpowiadał mi, że wóz ma zbyt dużą prędkość, aby wykonać ten skręt, więc raczej nie zamierza zaczynać tego manewru. Czułem, że w środku siedział ktoś kompetentny, po połysku lakieru wydawało się, że ten ktoś dbał o swój wóz i swoje otoczenie. Był zapobiegawczy i ostrożny. Łudziłem się, że tak jest i przytrzymałem otwarcie, przeciągając ryk silnika obok niego i przelatując dalej, w głąb miasta. Pomiędzy psami, rowerami, innymi samochodami. I poczułem coraz bardziej, jakie to było głupie. Dopadły mnie wyrzuty sumienia, bo tej głupoty wcale nie ubywa. W mojej skali przypału, zaleciało katastrofą. Popełniłem błąd. Znowu. Pomyślałem o rodzinie i starszych kuzynach.

 

*************************************************

 

  • Widzę, że trochę się lata – Masaj od GSXR750 wskazał na wytarte ranty opony Bronia. Widziałem jak chwilę wcześniej ściskał się ze swymi dziećmi, których nie widział od tygodnia. Tryb czujności i błyskawicznego reagowania włączony na stałe - zauważył od razu nawet to.

  • Wiadomo od kogo to się udzieliło. Na kogo się napatrzyłem – odparłem – Podziękuj sam sobie.

  • Ale, że to ja?

  • A kto?

 

Zajrzeliśmy do wnętrza jego busa renault traffic, w którym Masajowie upchnęli aż trzy motocykle naraz, plus sprzęt. Zabrakło miejsca na kosmetyczkę, koraliki i rzemyk ozdobny nadgarstka. Opony, oleje, składane krzesła, kanistry, kaski i kombinezony. Najszybszy Masaj ma teraz w garści ponad 200 mechanicznych koni. Jego honda upchana pomiędzy manelami, świeciła nieprzerwanie w ciemności wnętrza busa czerwoną diodą gotowości. Na owiewkach motocykli i na busie w kilku miejscach zauważyłem naklejone lotnicze, biało – czerwone szachownice. Takie same, jak te, które zobaczyli wcześniej na poszyciu Obłego, gdy jechaliśmy na pogrzeb Wodza Masajów. Wtedy ich nie mieli. Widziałem to, że niektórzy siedząc w skórzanych kombinezonach na motocyklach płakali w ciszy podczas ceremonii. Po wszystkim wracaliśmy wielką grupą sportowych motocykli. Z okropnie dużą prędkością.

 

Nakleili te szachownice w nieodpowiedni sposób. Tak, jak popadło. Nie zwróciłem im na to uwagi. Nie powiedziałem im też, aby uważali na siebie na torze. Nie powiedziałem im też, że zwalniam. To nieistotne i niepewne. Przecież nawet nie uchodzę za szybkiego. Czasem, bardzo rzadko tylko jadę blisko za nimi.

 

Dlatego motocykle przegrywają. Przegrywają z prozą życia i zdrowym rozsądkiem. Rodziną i pracą. Choćby nie wiadomo ile włożyć w to pakietu ostrożności, to zawsze będzie mało.

 

Kto nie musi, lepiej niech nie jeździ.

 

Poniżej link do filmu z soboty:

 

https://www.youtube.com/watch?v=MBFg-EkVHjg

Komentarze : 5
2018-08-19 12:22:05 Bajson.

Dzieki za słowa otuchy :P
Moto się naprawia ale w tym sezonie raczej już nie zdążę wyjechać wiec macie pogodę do listopada ( w myśl zasady jak moto zepsute to pogoda ładna).
Co do wypadku to prędkość była mała i to mnie zaskoczyło bo jakbym zapierd..... to wiadomo - moja wina przesadziłem a tu było spokojnie i jeb.
Zakręt się zacieśniał, przed tą koleiną były straszne dziury i skompresowało zawieszenie (potem oglądaliśmy jak inne motocykle tam jechały i widać było że zwieszenie ma co robić). Plus może moja zła pozycja w zakręcie i kto wie co jeszcze. W każdym bądź razie czegoś się nauczyłem, dobrze że bez większych konsekwencji.

2018-08-11 13:53:11 okularbebe

Bajson nieciekawe akcje często są wynikiem splotu na pozór blachych elementów. Skoro tak to tylko się zakończyło bo mogło być inaczej, to znak że niczego nie zabrakło i prędkość nie była zbyt duza. Widelec da się naprawić.

Nawet puknięcie kaskiem o glebę zapewne boli bardzo.
Wypadku z cysterna o ktorym też czytałem nie da się ogarnąć w żaden sposób.

2018-08-11 08:27:52 Calmly

Cześć Bajson
Ciekawe spostrzeżenie które prawie zawsze pojawia się w takich okolicznościach.


Kiedyś na samym początku swojego motocyklizmu praktycznego (było też wiele lat teorii obrazkowo-magazynowej) zaliczyłem wywrotkę.
ETZ 150 złapała koleinę na polnej, trawiastej drodze i zabrało przód. Kiedy trzepnąłem głową w kasku o ziemie zrozumiałem natychmiast że tak nie wolno, nie na motocyklu. Od tamtej pory będąc użytkownikiem motocykli przez 20lat - z małymi przerwami - ani razu nie przyziemiłem.
Sytuacji która spotkała ciebie naprawdę nie da się ujednolicić i nazwać po imieniu dając odpowiedz swojemu linearnemu rozumowi.
Każdy wyczuwa zagrożenie w inny sposób, na innym poziomie i tego powinnismy się trzymać. I nie ważne czy jedziemy w szortach czy kombi od Dainese bo jeżeli uważamy to za poprawną decyzje to tak właśnie ma być.
To i tak nie zmienia faktu że nad pewnymi sytuacjami nie mamy kontroli. Dlatego że los można jeszcze kontrolować, przeznaczeniem już nie koniecznie.

Pozdro.

2018-08-10 09:24:42 Bajson

Ostatnio sie wyjebałem jak głupi na zakrecie. Nawet nie wiem czemu....dziury były i koleina.....i nagle jeb. Moto przywaliło w samochód z naprzeciwka. Moto ok, wygieło lagi ;/. Mi się nic nie stało. Ale widoku tych olbrzymich drzwi samochodu z perspektywy asfaltu daje do myślenia.
Ale ta świadomość że możesz się wysypać o tak.....hm niby wcześniej też była ale jak to się człowiekowi stanie to jednak jest inaczej.
Kto nie musi, lepiej niech nie jeździ......wczoraj słyszałem historie o rodzinie zgniecionej przez kierowce cysterny........3 osoby o tak, bez powodu, stały w korku i bum..... czy my wogólę mamy wpływ na ten ostatni moment....

2018-08-05 11:21:32 jazda na kuli

zarąbisty wpis kurła. czasem mam ochotę kupić starą ninję i gumować nią po nocach, ale...

  • Dodaj komentarz