Najnowsze komentarze
Kierownica była ustawiona na wpros...
jazda na kuli niezalogowałem się do: Smarując linkę
Żeby ten Harley się dżwignął do pi...
jazda na kuli, wiem, o czym piszes...
"patrząc przez te wszystkie przeje...
Bajaos, dzięki. To cenna uwaga dla...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

02.03.2018 23:21

Gdy motocykle nie skręcają same

      Kolejny "onbord" na „jutiubie” z „Lołsajdem” i w konsekwencji uderzeniem motocyklisty w energochłonną barierę. Tym razem w roli głównej, widoczny przez moment w lusterku motocykla DR-Z 400 SM, ciemnoskóry motocyklista w „ti-szercie” bez kurtki.

 

       Wszystko wydaje się być we właściwym porządku, miejscu i czasie. Prędkość dość duża, ale mimo to poprzednie zakręty wychodzą mu dobrze, bez niepotrzebnego ryzyka. Nawet na tym nieudanym łuku drogi motocykl wydaje się znajdować w bezpiecznym położeniu, we właściwej linii. Być może ten zakręt w pierwszej fazie i z daleka wydaje się nieco za ostry w stosunku do prędkości i dość płytkiego złożenia, jakie facet z początku przyjmuje, ale po mocnym hamowaniu i redukcji o dwa biegi to powinno wystarczyć. Motocykl przejechał ten jakby podkręcony początek bez draśnięcia. Dużo później, na minimalnym wyprostowaniu zakrętu, ale przed ostatnią fazą tył jednak puszcza i dzieją się te wszystkie złe rzeczy. Tuż przed uziemieniem rzuca się w ucho brutalne traktowanie otwarcia i szarpanie gazem.

 

https://www.youtube.com/watch?v=XWR4EyQe3Og

 

        Idealnie równy asfalt, upał, a przede wszystkim lekki, bardzo zwrotny supermociak na gładkich gumach. Czy to kolejna gleba, prawie bez uprzedzenia? Pochylenie maszyny nie wydaje się zbyt głębokie. Być może praca gazem była zła, z drugiej strony ten czterdziestokonny singiel na jednym ze środkowych biegów chyba nie ma aż takiego odepchnięcia na otwarciu, aby tak podstępnie podciąć maszynę. Nie wiadomo jak wtedy zadziałało tłumienie odbicia, na ilu atmosferach ustawiono ciśnienie w oponach i tak dalej. Wypadkowa wielu detali składa się na obraz bycia - lub nie, mistrzem, który przetrwa.

 

         Redakcja „Motormanii”, która powiesiła ten materiał na swym profilu wspomina w komentarzu, że lepiej jest nie jeździć na sto procent własnych możliwości na zwykłej drodze. To święta prawda, ale wydaje się, że facet jednak nie jedzie na feralnym zakręcie na 100% umiejętności. Przynajmniej w porównaiu do jego jazdy na poprzednich zakrętach. Gdzie leży granica tego, co jest jeszcze możliwe? Jak ocenić margines?

 *************************************************** *******

  • Czy mógłbyś wyłączyć stacyjkę? – jego wytłumiony kaskiem głos zabrzmiał z wysiłkiem, ale jednocześnie z dziwnym spokojem. Tak uprzejmie postawione pytanie stało się niepoważne w zaistniałej sytuacji. I całe szczęście, że w ogóle zabrzmiało. Bo widziałem, jak przed chwilą nie mógł oddychać. Dusił się na moich oczach.

  • Jasne, zaraz. Nie ruszaj się.

 

       Kiedyś przez krótki czas uczyłem się gry na perkusji. Podobno nawet trzymałem rytm, ale lokalna, mała orkiestra, z którą ćwiczyłem upominała mnie, że gram za głośno i nie są w stanie usłyszeć sami siebie. W końcu uwierzyłem im, że nie zostanę drugim Johnem Bonhamem.

 

        Na suzuki było inaczej. Jeździliśmy szybko i jak najgłośniej. I o to tylko chodziło. Gdy w dodatku we trójkę, nakładające się fale akustyczne od takich samych silników pracujących w dodatku na tych samych obrotach dosłownie rozrywały nam czaszki pod kaskami. I nikomu to nie przeszkadzało. A te motocykle ślicznie razem wyglądały. Mój gsxr oddawał wszystko to, co najlepsze, szczególnie na wyjściach z prawych zakrętów, gdy fala decybeli z rozprutego tłumika po prawej stronie kładła trawę na poboczu i odbita jak echo wracała do mnie podwojona. Yogi miał tłumik wytwarzający oprócz basu lub skowytu również charakterystyczny świst. Najbardziej doświadczony Uwe grał na czymś, co nie było większe od puszki piwa. Wszystkie te kominy były rozprute, ale choć byłem z nas najwolniejszy, nadrabiałem to jednak największym hałasem. To uzależniało.

 

         Po dłuższej chwili wstałem i poszedłem w pobliskie krzaki. To tam leżał jego motocykl - poza poboczem i u podnóża góry. Do góry kołami. Nie parował rozlanym płynem z chłodnicy, bo to taki sam „olejak” jak mój. Nie puszczał farby z kichy bez powodu. Promieniował ciepłem metalowego kolektora i oliwy rozgrzanej do jakichś 160 stopni. W powietrzu czuć było jeszcze benzynę. Musiałem przykucnąć, żeby przez trawy i krzaki dosięgnąć stacyjki. Lampka kontrolki braku ciśnienia oleju i smarowania w zaduszonym gwałtownie silniku, zgasła na potrzaskanym kokpicie wbitym w ziemię. Wstałem i spróbowałem popchnąć unieruchomione na którymś biegu tylne koło, znajdujące się teraz prawie na wysokości moich oczu. Po to, aby motocykl wykonał rotację i przestał gubić paliwo przez odpowietrzenie. Jednak okazało się, że szeroka, ale teraz już zawinięta w pałąk kiera od Tomaselli utrudniłaby miękkie lądowanie. Postanowiłem poczekać na pomoc trzeciego gsx750r, który jechał jako pierwszy i w transie prędkości nie mógł zauważyć za sobą katastrofy. Mijał czas, a jego wciąż nie było. Zatrzymywali się czescy kierowcy z pytaniami, czy wszystko jest w porządku, bo nie było. Ale nie ci, których wyprzedziliśmy. Ci patrzyli na nas z pogardą, odrazą. Widzieli wszystko, co wcześniej wyprawialiśmy. Zwolnili, ale nie mieli litości i odjechali.

 

  • Co cię boli? - zapytałem – Ręka? Noga?

  • I ręka... I noga... Nie mogę oddychać.

  • Dzwonię po karetkę.

  • Nie. Poczekaj, daj mi... chwilę.

 

      Powoli podniósł rękę, potem nogę. Widziałem jadąc na prostej z góry i bezpośrednio za nim, jak wyniosło go na zakręcie, który Yogi jako prowadzący pokonał przed nami niemal na leżąco. Nie wystawił kolana, bo nie miał na to miejsca i czasu. I ledwo tamtędy przeszedł. A Uwe jadący jako drugi, najpierw przypalił czarną krechę na asfalcie, potem wyrył bruzdy w kurzu i trawie na awaryjnym hamowaniu. A potem trzasnął w skarpę po zewnętrznej. To wtedy dostał w brzuch odbijając się od baku. Przeleciał przez kierownicę i przekoziołkował. Podobnie jak motocykl, który wyrwał przy tym snopy ziemi, kamieni i trawy, rozrzucając to wszystko wraz z detalami poszycia konstrukcji po asfalcie.

 

       Wrócił Yogi. Nie był pocieszony. Postawił zziajany motocykl tuż obok mojego gsxr. Tym razem to nasze dwa przetrwały, gdy trzeci gsxr nagle upadł. Działaliśmy szybko. Pomogliśmy dojść do siebie Uwemu, odprawiliśmy gapiów do domu, a sami postawiliśmy wywrócony motocykl na koła.

 

  • Czy trzeba aż tak się skurwić, aby stać się modnym? - zapytał retorycznie Uwe. Wtedy to było jego ulubione zagadnienie.

  • Ktoś powinien cię obejrzeć, stary. Dostałeś zbiornikiem w bebechy – powiedziałem.

  • Jasne, jedźmy na chatę.

  • Co ty? Dasz radę w tym stanie?

  • Fur powinien odpalić, objedziemy to jakoś.

  • Mamy ze sto kilometrów do zrobienia!

  • Spoko. Zwolnimy i zrobimy wreszcie przerwę po drodze.

 

       Przerwy wypadały mniej więcej co 30 kilometrów. Byłem żółtodziobem, który mógł zobaczyć z bliska katastrofę i jej konsekwencje. Jechałem jak zwykle ostatni czujnie obserwując cierpiącego Uwego, odmienionego tak jak ja, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wstrząśniętego tym, jak bardzo brzydko się zabawiliśmy. Ponieważ nie mógł on odwracać się nawet odrobinę, ubezpieczaliśmy go. Jego prawe ramię wisiało - jak się potem okazało, na połamanych kościach barku, ale dzięki temu przynajmniej pasowało do wygiętej w dół prawej połówki kierownicy. Pęknięty ogon motocykla z trudem utrzymywał się na miejscu. Tak samo jak połamane żebra Uwego. Wszystko to było nie tak, zupełnie źle.

 

  • Źle prowadzą się te nasze „suki” – powiedziałem do chłopaków na którymś z postojów.

  • Ee tam. Jak przyciśniesz kolanem na bak, to posłucha i w końcu pochyli się w zakręcie – skwitował ledwo przytomny z bólu Uwe.

  • Chyba jednak nie zawsze.

 

          Nie był to nasz pierwszy wspólny wyjazd, ale jak się później okazało w wyniku obrażeń na ciele i w sprzęcie – w tę trójkę ostatni. Niektórzy z nas w późniejszych latach zaczęli unikać motocykli. Szkoda.

 

        Dopiero dziś wiemy, że nasze roczniki – czyli te z 1989tego, były najgorsze pod względem prowadzenia w całej rodzinie gsxr. W 1991 roku zmieniono im wahacz i amortyzator tylny na sztywniejsze oraz widelec przedni na porządny upside-down. Podobno od wtedy zaczęły tak dobrze słuchać poleceń kierowcy. My dzięki tamtym modelom gsx750r sprzed poprawek dowiedzieliśmy się, że choć zrobisz prawie wszystko mniej więcej tak, jak trzeba, i tak możesz nie zamknąć w porę i przewrócić wszystko to do góry kołami. To ważne.

Poniżej link do krótkiego filmu z Bronkiem o tym, że zima na razie luzuje i odchodzi:

https://www.youtube.com/watch?v=wCL6SFxyxGI



Komentarze : 1
2018-03-03 16:49:17 jazda na kuli

patrzę na ten filmik - słońce, piękna okolica, równiutki asfalt i motocykle, czyli wszystko pięknie do czasu jak w ułamku sekundy kotara rzeczywistości rozrywa się - uwalniając ból, strach i cierpienie. oba te światy dzielą ułamki sekund, które potrafią zmnienić wszystko na lata lub wieczność.

  • Dodaj komentarz