Najnowsze komentarze
a skoro ma dwa gary i od nich wyst...
jazda na kuli, refleksja nad tym b...
DominikNC do: Odrobina słonecznika
Na jednym zlocie był konkurs na na...
latka lecą co tu dużo mówić :) cz...
A i jeszcze dodam, że te gsr 600 w...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

27.05.2019 22:45

Godzina do rosołu

Najpierw głośna R1, żółta, na wysokich obrotach w prawym zakręcie. Również biały kask. W locie przecinającym rześkie, niedzielne, przedpołudniowe powietrze. Idealna pogoda, jasny, czysty asfalt. Za nią fz6, ciemna, z fabryczną owiewką, w podobnym tempie. Z bzyczeniem podwójnego, standardowego tłumika. Kierowca na żółtej R1 pochylony aktywnie, skupiony na linii przejazdu, gotowy do balansu lekkim motocyklem. Kierowca fz6 siedzący w bardziej zrelaksowanej pozycji, wyprostowany wygodnie. Utrzymujacy prędkość i odstęp.

 

Za nimi po dłuższej chwili czarny Obły na białych obręczach. Bez przymknięcia przepustnic nawet na chwilę. Kierowca w maksymalnym rozkroku, wygięty ponad wielkim bakiem i z trudem dosięgający kierownic clip-on, w ekstremalnie niewygodnej, wyścigowej pozycji sprzed lat. Bez możliwości wystawienia kolana, nie ma na to miejsca. W pochyleniu na zakręcie, z silnikiem trzymanym na trzynastu tysiącach obrotów. Na szóstce. Na limicie.

 

To my.

 

Napatrzyłem się na wyścigi. I dlatego tak właśnie czasem wyglądamy, nawet gdy tego nie chcemy. Podobne obrazy mam w głowie, choć brakuje doświadczenia i odwagi.

 

******************************************

 

- Tak godzinę drogi do rosołu? - zapytał Duch, gdy uświadomiłem go, że nie mam zbyt wiele czasu dla motocykli. Rozumie mnie. Też chce wrócić w porę. Po południu pojedzie motocyklem na strzelanie. Jego maszyna z zespawanym na sztywno tyłem nie ma podłączonego żadnego z przewodów podciśnienia do gaźnika, a mimo to działa. Zamiast gumowych wężyków, są zaślepki w postaci mosiężnych łusek z pocisków, które raczej celnie wystrzelił. Ma jeden cylinder w swym LS650 po wyrzuceniu wszystkiego co zbędne, do tego dwa koła z nowymi oponami, wysoką kierownicę, bak, zegar i nic więcej.

 

Gdy któregoś grudnia leciał po asfalcie za swoim Fat Boyem, jego biodro uratował mu nóż na pasku u boku, a na który upadł po zderzeniu z autem i przejechał tak leżąc na nim przez trochę metrów. Tej niedzieli oznajmił, że Suzuki to nie Harley, gdy maszyna potrząsając z lekka paskiem napędu rozgrzewała swój długoskokowy silnik o soczystym dole obrotów. Na spodzie jego cylindra widnieje liczba 652 ccm. To ciekawe, że tak, a nie inaczej wychodziły inżynierom z Hamamatsu końcówki pojemności skokowych silników, często powyżej okrągłych wartości. Takie drobiny słonecznika, niby nic.

 

Droga wiła się majestatycznie. Obły ma doskonałe maniery, świetnie zachowuje się na niskich obrotach poniżej pięciu tysięcy, nie szarpie, nie protestuje. Nadaje się do najbardziej spokojnej jazdy, jaka na motocyklu jest możliwa. Nie obraża się, gdy dosięga ledwie pierwszej setki przez większość drogi, dotrzymuje towarzystwa choppero-bobberom ze swojej epoki. Współgrają nawet wtedy, gdy możliwości tamtych wyczerpują się na poziomie drugiego biegu Obłego. Bronek pod tym względem, reagując na najmniejszy ruch nadgarstka, zwykle męczy się w takich okolicznościach. Chodzi o to, że wszystko to – krótkie proste, ciasne i łagodne zakręty w towarzystwie starszych i słabszych maszyn może zrobić na jednym tylko biegu, ale przy tym wymaga nieustannego skupienia, aby nie uchylać zbyt szeroko. Czasem mam wrażenie, że to dobrze, że ma prędkościomierz. Nawet dziś zdarza mi się jeszcze pomylić prędkość na poziomie na przykład 160 z pierwszą stówką. Tak łatwo mu to przychodzi.

 

Duch może podejrzewać, że jego LS650 mógłby być jak LSD. Uzależnia, daje kopa, odlot i wrażenia w najczystszej, nieprzefiltrowanej formie. Jest przy tym albo dziki, albo zawieszony, niepotrzebnie szybki w jednych okolicznościach, zbyt wolny w innych. Emocjonalnie niestabilny. A przy tym wygląda tak, że każdy go chce, bo każdy chciałby poczuć to samo. Tą wolność i to świętokradztwo. To porzucenie wszelkich innych wartości, na rzecz motocykla. Poświęcenie wszystkiego dla jednego celu, dla dzikiej jazdy.

 

Obserwowałem w lusterkach to, jak idzie w ślad za Obłym, coraz szybciej, coraz sprawniej. Coraz bliżej asfaltu i swojego limitu.

 

  • Muszę uważać na zakrętach, żeby na wybojach nie podbiło mi tylnego koła – powie podczas krótkiego postoju.

  • Może być tak, że przy tak krótkim rozstawie osi i tak odchudzonej konstrukcji pozbawiłeś go najważniejszego atrybutu, jakim była zwrotność w ciasnych zakrętach. Niepotrzebnie wyrzucając amortyzatory – dopowiem.

  • Wiem. Ale chciałem, żeby taki był. Taki, jak ja.

Jechaliśmy. Na jednym z postojów, wyrzuciłem do śmietnika swój stary sweter. Robiło się coraz cieplej, a sztuczny materiał z jakiego został wyprodukowany, doprowadzał mnie do wrzenia. I szału. Uczucie wolności pod skórą stało się od teraz jeszcze bardziej wyraziste. Po odczynieniu uroków i wypełnieniu tego rytuału, poczułem zajebistą ulgę. Obserwowałem przez chwilę z pewnej odległości i w zamyśleniu to, jak czeska, różowowłosa obsługa parkingu obejrzała tę szmatę uważnie z każdej strony, opróżniając kosz na śmieci.

 

Duch prowadził, wracaliśmy dynamicznym, równym tempem. Nikt się nie męczył, nie naciskał. Obejrzałem tamten motocykl z bliska i w locie. Jego forma była szokująco prosta i czysta. Zwłaszcza na tle gęstego w budowie i zarysie Obłego, stworzonego do prędkości. I stabilności w trudniejszych, drogowych warunkach. Przy stanowczych przeciążeniach. Przy wymaganiach stawianych ze strony mocnego, 120-konnego silnika. Duch sprawił, że tani chopper zamienił się z w coś innego. Coś czemu można byłoby nadać imię. Na widok którego można byłoby przystanąć na ulicy. Zrozumieć koncepcję. Docenić odwagę i porcję życiowego luzu. No i nietuzinkowość. Plus nowe zasady.

 

  • Siedzisz w bardzo niewygodnej pozycji – zauważył Duch – Chyba jednak musisz, bo na drodze wygląda na niezłego dzika.

  • No tak. Lubię go za to, jakim jest.

    Tak się wyraziliśmy o Obłym, jakby w trzeciej lub w jakiejś czwartej osobie.

    **********************************************

 

Dopadli nas w jednej z wsi, gdy zwolniliśmy do sześćdziesiątki. Ustąpiłem im pola, ale mimo to nie chcieli nas wyprzedzać. Przejechaliśmy razem kilka kilometrów, dopiero pod sam koniec żółta R1 wyprzedziła wszystkich dość agresywnie, prezentując możliwości. Za nią do szarży ruszyła FZ6. Kiwnęła na pozdrowienie.

 

Wytrzymałem tak jeszcze trochę i pokonałem w pokorze jeszcze całe rondo. Pożegnałem się jeszcze z Duchem, który jechał ze mną wciąż tą samą drogą, ale powoli kierował się na strzelnicę. Jednak Obły zamiast udać się na rosół, rzucił się w przestrzeń. W pogoń za R1 na dwóch wydechach. FZ6 nie miał dla niego aż takiego znaczenia. Znamy się z Masajami, więc Obły nie boi się podobnych pojemności. Mimo, że wiek i refleks już nie ten. Mimo, że tamci zniknęli. R1 rycząc na wysokich obrotach gdzieś w dali.

 

Prędkość jako wartość wyrażona w liczbach może nie robić wrażenia. Postawiona jednak w jakiejś korelacji, wobec punktu odniesienia stanowi o być, albo nie być. O życiu i śmierci. O wszystkim.

 

Trzeba było przytrzymać przeciwskręt dłużej, wyprzedzić kilka aut, które rozgonione przez tamtą dwójkę, z daleka ustępowały pola i miejsca do wyprzedzania. Lewo, prawo i już wkrótce znów został nawiązany słaby kontakt wzrokowy.

 

Zdawało się, że im niżej pochylałem kask w bańce ciszy za owiewką, tym dwa czarne punkty na jasnym asfalcie stawały się coraz większe i wyraźniejsze. Coraz bliżej w zasięgu, jeszcze chwila, jeszcze dwie.

 

Wskazówka obrotomierza na czerwonym polu to u mnie rzadki widok, ale silnik Obłego zachowuje się wtedy tak, jakby chciał więcej i więcej. Gdy jego moc zostaje nienamacalnie wyczerpana, silnik wciąż pracuje tak, jakby był w połowie wykresu. Wciąż reaguje na otwarcie, nie wymięka, nie zdycha. Strumień przepływającego powietrza pozbawiony jest turbulencji, zawieszenie pewnie trzyma opony na jezdni.

 

Już kiedyś o tym pisałem. O tym, że już wtedy, w 1990 roku, osiągnięto prawie wszystko w temacie szybkich, drogowych motocykli. Potem je tylko postokroć ulepszono.

 

R1 dostrzegł mnie w swych lusterkach i kiwnięciem dłoni dał znać jadącemu obok fz6, że zbliżam się z tyłu. Tamten nie zamierzał ustąpić miejsca. Blokada pasa przy około 170 potrwała jak dla mnie o sekundę za długo. Otworzyłem, ponownie nabierając prędkości i przelatując po pasach wysepki rozdzielającej pasy jezdni, wyprzedziłem ich obu naraz, bez zwłoki.

 

Odpowiedź R1 była natychmiastowa: wkrótce wyprzedzał mnie lewą stroną po wewnętrznej łagodnego łuku, chowając się całkowicie za owiewką, wyginając prawy nadgarstek i dając z siebie wszystko. To wprzedzanie trwało znacznie dłużej niż poprzednie, przy LS650. Po ryku jego silnika doszedłem do wniosku, że wyszedł z niższego biegu, tuż po redukcji i akurat na wysokości Obłego kończyła mu się skala dostępnych w ramach wrzuconego przełożenia obrotów. W tej sekundzie, pożałowałem, że też nie zredukowałem wcześniej, bo byłoby mu jeszcze odrobinę trudniej. Nigdy wcześniej nie słyszałem z tak bliska, jak brzmi przepięcie o bieg wyżej w R1 na głośnych kominach. Jedyne, co mogę powiedzieć, to było soczyste! Warte wysiłku Obłego. FZ6 wypadło z gry.

 

Podtrzymałem jeszcze przez jakąś chwilę prędkość, żeby dotrzymać kroku R1, jednak to było już niemożliwe. Z kosmiczną prędkością wpisała się w zakręt z kolanem w miejscu, w którym nie podejrzewałem, aby pojawiła się potrzeba pochylenia motocykla pod aż tak dużym kątem. Owocem tego działania było wystrzelenie zaraz potem na prostą w nieprawdopodobnie wyglądającym tempie. Facet wydawał się nie zwolnić ani trochę. Był wyjeżdżony, pokazał Obłemu miejsce w szeregu.

 

Nie poprosiłbym o więcej.

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz