Najnowsze komentarze
DominikNC do: Jedźmy
Poezja!
przepraszam, tak mnie poruszył ten...
jazda na kuli, mandat może przyjść...
Co za roznica czy czarny czy rozow...
Siema, w tej zimowej depresji zawz...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

12.04.2019 23:08

Jedźmy

Bronek zakręcił rozrusznikiem trochę tak, jakby słabiej. Jego akumulator po trzech miesiącach odpoczynku utracił nieco elektrycznej mocy. Jednak wał korbowy został obrócony, a tłoki popchnięte, w dodatku zaiskrzyło, więc natychmiast rozległ się miarowy, niski pomruk czwórki w rzędzie. Jakby tylko na to czekał. To znakomity motocykl, budowana przez niego, napędowa siła wciąż przerasta moje możliwości. Bywa tak, że z trudem utrzymujemy się na drodze. Ale mimo to współpracujemy. Polegam na nim. Moglibyśmy znów polecieć dalej, albo ciut ostrzej, bez zastanowienia.

 

Nie wiem dlaczego tak jest. Dlaczego metalicznie brzmiące V8 w M3 kuzyna interesuje mnie mniej. Nie mam pojęcia, co takiego siedzi w motocyklowym silniku, że wsłuchuję się w dźwięk jego pracy po stokroć bardziej. Pod światło podglądam podwójną smużkę pary jaką wypuszcza z dwururki w zimny dzień, wciągam zapach spalin, analizuję mechaniczny tembr jego silnikowych wnętrzności. Oceniam to, czy wciąż utrzymują one akustyczną formę. Bez podejrzanej, fałszywej nuty. Czy nic się nie zmieniło od ostatniego razu. Czy zimowa hibernacja nie przerwała motocyklowania. I czy to możliwe, że czas wcale nie uleciał. Czy choć odrobinę jest tak, jak dawniej. Jakby po długiej, zimowej przerwie znów podnoszono kurtynę. Oddzielającą tylko na chwilę od tego co było, to co jest.

 

Broniu dawał od siebie wszystko na drodze i od razu tak, jakby nie było żadnej przerwy. Znakomita kontrola sytuacji na styku opon z nawierzchnią. Po zimowej smucie w samochodach, zaoferował nieprzebrane pokłady mocy. Kipiel momentu obrotowego i łatwość sięgania po drugą setkę. Tak zajebiście mocno, choć lekko. Można było się zapomnieć i przytrzymać otwarcie zbyt długo. A wtedy po zamknięciu soczyście i głośno, powtarzające się strzały z wydechu. Zapadające w pamięci. Pierwsze siły hamowania zaraz po postojach słabsze, gdy tarcze dłużej pozostawały wystudzone.

 

To on mnie tego nauczył. Tego wyszukiwania optymalnej linii jazdy, korzystania z całej szerokości jezdni. Bywają tacy, którzy gdyby mogli, zabraliby mi z rąk kierownicę samochodu, którym czasem wspólnie szybciej jedziemy. To przez niego stałem się arogancki. Możliwe też, że to przez Bronka, facet z wyblakniętymi tatuażami chciał mnie zbić. A ja jego.

 

Bo spójrzcie tylko na ten wygląd. Ta masywność w kłębie, przechodząca w smukłość w siodle jak w talię i biodro. Zadarty ogon w szpic tak, jak kropka nad „i”. Wylizany „laciek” 180, który jest za wąski w kontekście tej dość szerokiej sylwetki, gubiąc się w obrysie. GSF 1250 jest z założenia małym motocyklem o dużym silniku, ale nie. Nie z każdej strony. Coś go zdradza. Masywniejszy niż w 650 wahacz, większy blok silnika niemal stykający się z bakiem? I ten dźwięk na pewno też. Niski, bez wycia i wysiłku. Natychmiast znikający.

 

Bez tego wszystkiego w zimowym okresie byłem jak zombie. Pracować, jeść, spać i coś tam jeszcze. 100 procent pakietu w pracy, w domu, czyli pełne poświęcenie. Zero bycia dla siebie. Gdy Broniu tak czeka, a jego czwórka „brumi” na wolnych obrotach, proporcje odwracają się, a magnolie pączkują. Reszta staje się prawie nieistotna. Nawet pies nie podchodzi bliżej, on wie. Wietrzy zapach motocyklowego egoizmu. Bycia samemu dla siebie. To straszne.

 

Potem Obły. Jego stare gaźniki powinny poradzić sobie bez kranikowego przelewania benzyny do pływakowych komór, co powinno się robić przed pierwszym startem. Tak dla ułatwienia rozruchu. Nie robię tego, bo nie chciałbym wlać nadmiaru paliwa do cylindrów, gdyby coś nie pykło, a dokładniej nie zamknęło się w porę tak, jak w zeszłym roku po zimie. Wtedy olej rozrzedzony przelaną benzyną nadawał się tylko do wylania. Dwa razy.

 

Obły zagrał od pierwszego rozruchu. I od razu zaczęło się lać. Tym razem nie do silnika, lecz na zewnątrz. Ciekło po ramie z lewej strony. Silnik pracował jakby nigdy nic, ale wszystko pływało i pachniało benzyną. Przez chwilę obserwowałem to zjawisko z każdej, możliwej strony, usiłując dotrzeć do źródła. Na próżno. Obły ma zintegrowaną konstrukcję. Można wepchnąć łapkę tylko pod oba skrajne gaźniki, nie dalej. Wyłączyłem zapłon i poszedłem do jamy.

 

Gdzieś tam leżał on. Młotek, który jest ze mną od dawna. Dziś nie wolno napierdalać w żelastwo jak zawsze. Dziś można jedynie puknąć delikatnie, to z jednej to z drugiej strony. Lekko puknąć w wykonane ze znalu komory gaźnikowe. Niech ten uparty zaworek wreszcie się ocknie. I zamknie ten cholerny wylew. No i na szczęście przestaje się wylewać już po drugim stuknięciu. Odnoszę młotek, gdy wyścigowa maszyna sprzed trzydziestu lat rozgrzewa się czekając na dalszy rozwój sytuacji. Igła jej obrotomierza jest prawie ponad wszystkim. Wskazuje obroty silnika, który znów jest gorący i gotowy. Jego film olejowy naoliwił wszystko, co potrzeba. Natrysk na tłoki od spodu też pewnie działa. Można powoli dodać gazu, uchylić slingshoty. GSX750R jest malutki. Choć kierowca siedzi na nim w dziwny sposób. Kierownice clip-on są bardzo daleko. I nie można ustawić kąta klamek sprzęgła lub hamulca w sposób taki, jakby się chciało. Jedynie w taki, na jaki Obły pozwala. Żeby potem taką pozycję za fajerami znieść, trzeba jechać szybko. Wyprzedzić wszystkich. Dopiero wtedy nie ma czasu na myślenie o tym, że nóżka boli, kark drętwieje, a nadgarstek siada.

 

Ktoś podczepił się za mną. Nie zgubiłem go definitywnie, ale musiał się napracować i znając jego mechaniczne możliwości, dosięgnął limitu. To żadne bohaterstwo. Jedynie uzależnienie od reguł Obłego. Dlatego nie sposób na tym poprzestać.

 

Jedźmy.

 

 

 

 

Komentarze : 1
2019-04-19 15:55:28 DominikNC

Poezja!

  • Dodaj komentarz