Najnowsze komentarze
To w tle to "Planet Caravan" od Bl...
Riderblog umiera to racja DominikN...
DominikNC do: Spotkanie
Riderblog umiera, wreszcie jakiś n...
vfr rzeczywiście jakoś słabo, aż p...
Może każda, kolejna jesień dla mot...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

11.07.2018 00:46

Szybka turystyka i naked bike - część 2 z 3

Już prawie weszliśmy z moją małą rodziną do ostatniego, muzealnego budynku. Dzieliły mnie od niego trzy lub cztery kroki. Ale zatrzymałem się tam na chwilę, opierając o barierkę przejścia na dach z miną kogoś, kto właśnie wiele zobaczył. I uwierzył, że to wszystko działo się kiedyś naprawdę. Przypadkiem rozlegał się stamtąd widok na otaczające ten obiekt słoweńskie góry. Zarówno w muzeum, jak i w jego pobliżu nie było widać nikogo - jedynie lasy, kilka domów i zieloną łąkę na przeciwległym zboczu, na której nieruchomo pasły się krowy.

 

Trwała idylla pogodnego przedpołudnia. Wracaliśmy do domu, ale mój nastrój po drodze stał się jednak podniosły. Chyba łatwo się wzruszam, gdy jestem blisko samolotów. Tak, jak wtedy, gdy zostałem zaskoczony niespodziewaną wystawą. Pierwszy raz dotykając podziurawionych szczątków zaprezentowanych w ramach muzealnej ekspozycji tego, co pozostało z - nazywanych po słoweńsku, „bombowników”. Czyli liberatorów B-24 i latających fortec B-17, które w dużej liczbie spadły właśnie na pobliskie góry w czasie drugiej wojny światowej, gdy zabrakło im szczęścia i mocy. Bo nigdy nie dotarły do swych alianckich baz we Włoszech, ani do domu. Również z polskimi nazwiskami wśród poległych załóg. I wtedy na błękitnym niebie pojawił się ten mały, ciemny samolot o ciężkim brzmieniu.

  • Coś leci – powiedziała kobieta. Zauważyłem od razu, że spodobał się jej tamten dźwięk. Mi również.

Najpierw szybko wznosił się. Następnie nad muzeum pochylił się nagle i dynamicznie na swoje lewe skrzydło i w taki sam sposób z powrotem wyprostował. Zupełnie tak, jakby chciał się dokładniej przyjrzeć czołgom, samolotom i dramatycznej, wojennej symbolice, nad którą właśnie przelatywał. Następnie pilot wprowadził maszynę w lot nurkujący. Wtedy głębokie brzmienie, podobne do pomruku rzędowego, sześciocylindrowego silnika od BMW bez tłumika, nasiliło się zamieniając w rozdzierający ryk. Wyglądało to wszystko tak, jakby miał się roztrzaskać. Albo lądować, bo zniknął redukując otwarcie gazu za jedną z najbliższych gór. Pomyślałem, że to ciekawy zbieg okoliczności, a dynamiczny sposób jego lotu oraz samolot brzmiący jak silnik po tuningu, mogły wskazywać na dobrego „kozaka” za sterami.

 

Zanim odwróciliśmy się, aby zniknąć za pobliskimi drzwiami, usłyszeliśmy go znowu. Wyłonił się zza wierzchołka góry, ale z jej drugiej strony, tym razem na naszej wysokości. Wraz z wyraźnym wzrostem obrotów silnika, leciał w kierunku wprost na muzeum. I dokładnie na nas, stojących na obrzeżach ogrodzonego terenu pośród lasu. Wykonałem zamaszysty, powolny gest pozdrowienia ramieniem, czytelny z daleka. Na kładce ponad ogrodzeniem, na tle pozostałych, jasnych zabudowań i wręcz naprzeciw pilota staliśmy tam widoczni, jak na dłoni.

 

Pilot przyciągnął wolant do siebie by unieść samolot i otworzył gaz, gdy był już dość blisko. Z refleksem słońca na owiewce o kulistym kształcie oraz na metalicznym poszyciu maszyny zwrócił teraz dziób w górę, a wydechy silnika skierowane zostały w dół. Spowodował tym samym zupełnie nowy efekt głębokiego ryku silnika słyszanego przez nas na ziemi. Taki bardzo wściekły, bo pomnożony przez kilka wolno przelotowych wydechów, ogłuszający akord otwarcia przepustnic w tłokowym silniku. Gdy silna, akustyczna fala wywołuje echo na ziemi, przerywając każdy inny hałas i każdą rozmowę. Następnie wykonał pętlę i zawracając znalazł się znów prawie naprzeciw nas, lecz nieco wyżej.

 

- Tato, co robisz? Przecież i tak cię nie zobaczy – powie moje ośmioletnie dziecko

  • To pilot, on widzi wszystko to, co potrzeba – odpowiem i natychmiast po tym, gdy nagle przestanę wymachiwać jak wariat, pilot znów lecąc do nas zakołysze równo samolotem, wymownie pozdrawiając skrzydłami. Być może nawet chodziło mu o naszą trójkę.

 

Stało się coś na wzór tego, co czasem zdarza się na drodze podczas jazdy na motocyklu. Gdy uda się rozpoznać nastrój – radość, strach, zniecierpliwienie, dumę, zakłopotanie, czy gniew innych kierowców, choć nie widać ich za kokpitem. A kiedy indziej zwykły zbieg okoliczności, małe, może nawet telepatyczne porozumienie stanie się wstrząsającą, wielką „kropą nad i”. Akustyczna oprawa jest tutaj bardzo istotna. Bronek jest w tym dobry, choć według CB1300 brakuje mu basu. Według Bronka z kolei, w CB1300 brakuje chropowatości, tego rozdarcia. I eksplozji.

 

******************************************************* ***

 

  • Czy to „osiemsetka”? - zapyta K1300R na widok wjeżdżającej na stację paliw sieci Eni, kolorowej i plastikowej jak wyścigowy bolid RSV4 Tuono.

 

Na tle słonecznego poranka w Alpach, wyglądała jak wschodząca gwiazda. Ale na wolnych obrotach brzmiała jak włoski, czterosuwowy skuter.

 

  • To „fał cztery”, ponad 170 koni, tysiąc sto pojemności. I niewielka waga. Coś, czego właśnie nam brakuje.

  • No mógłby być...

Co dzieje się z tymi motocyklami, pomyślałem. Czy naprawdę nikt nie potrafi już stworzyć czegoś na wzór v-maxa, albo gsxr z 1987? Czegoś, co porazi duszę na resztę życia tak, jak tamte i kilka innych motocykli. Czyżby wszystko, co najlepsze w życiu już dawno się wydarzyło, a teraz pozostało tylko to, co zaledwie „mogłoby być”? Zwyczajnemu klientowi już nie zależy na podobnej bestii. Jest zbyt niedostępna. Przecież jest tyle innych, drogich rzeczy...

 

Tyle, że nie byłoby dziś takich motocykli jak Aprilia Tuono V4 1100 Factory, gdyby nie taki właśnie K1300R. Ktoś wcześniej musiał się zmierzyć z tym akurat modelem BMW, albo innym podobnym, żeby w końcu zrozumieć, że byłoby fajniej poprowadzić motocykl o podobnej mocy, ale lżejszy i krótszy. Kosztem utraty kosmicznego wyglądu na rzecz innego, bardziej zwartego. Wtedy być może nawet udałoby się zrezygnować z tak przekombinowanego zawieszenia przedniego, jak to w K1300R. Przez które brakuje czucia przodu na powolnych zakrętach w Alpach i Sudetach, czyli najczęściej wtedy, gdy jest to najważniejsze. Przy niskiej temperaturze, na nierozgrzanej oponie. Elektronika niewiele pomoże, bo siła od kierownicy, jaka oddziałuje na przednie koło, jest zbyt duża. Przekazywana przez dźwignię, albo wręcz przekładnię, jaką tworzy ta dziwna konstrukcja z wyprzedzeniem osi koła i takim akurat kątem główki ramy. Ale pewnie tylko takie rozwiązanie w tym motocyklu może poradzić sobie w każdych innych warunkach, gdy przy wyższych prędkościach również potrzeba stabilności. Należało przecież przyjąć jakiś kompromis na etapie konstruowania.

 

To, że K1300R nawet nie rozpoznał włoskiej bestii, jaka powstała w odpowiedzi na motocykle takie jak on, to znak czasów. Dla niego był „osiemsetką” i nie powiesi jej plakatu w garażu. Przyjechał tam tylko po to, aby wjechać z Bronkiem na Grossglockner i może gdzieś jeszcze po drodze. Pośliźnie się znowu, już trzeci raz zauważony w takiej samej sytuacji przez Bronia. Jako wysportowany, znów wykaże się świetnym refleksem, ale będzie to kolejny powód do przemyślenia. Bo dla mnie wyglądał przy tym tak, jakby dokładnie tego się spodziewał. To trudna kombinacja, gdy motocykl trzeba prowadzić twardą ręką, gotową na atak ze strony utraty przyczepności. To przecież nie leży w naturze zwyczajnej jazdy. Masaje pocą się na swych dwustukonnych motocyklach nie z powodu ciężko pracującego rollgazu, czy klamki hamulca, albo ślizgającej się opony, lecz ciężkiej pracy wszystkich mięśni, w odpowiedzi na duże zmiany sporego przeciążenia.

 

Gdy motocykl świeci wszystkimi ostrzegawczymi lampkami na kokpicie, a limit jest zbyt blisko, choć na zegarze widnieje dopiero 29 na godzinę, to chyba czasem jest lepiej o tym nie wiedzieć. Ale wtedy trzeba byłoby jechać na innym motocyklu. Albo, żeby nie kupować wspomnianej Aprilii za miliony, to przynajmniej na innym ogumieniu. Miałem Pirelli podobne do tych w K1300R i też się na nich poślizgnąłem. Nie zaufałem ich twardej mieszance.

 

*************************************************

 

Wyprzedziliśmy peleton motocykli na dojeździe do przełęczy. Ominęliśmy też kolejkę w polskim stylu, czyli przepychając się „na Jana”. Zdawałem sobie sprawę z tego, że powinniśmy wjechać tam dość wcześnie, aby uniknąć tłoku. W powietrzu czułem radość wszystkich motocyklistów i zdenerwowanie niektórych kierowców samochodów. I wszystkich tych z autobusów, którzy też chcieli być na górze o czasie. Nie było mowy o żadnych wyścigach. Asfaltowa nawierzchnia sprawiała niepewne wrażenie przy temperaturze niespełna 10 stopni. Choć sama droga jest łatwa, bo przejrzysta i przewidywalna, to pewne znaki w otoczeniu zniechęcały do podjęcia akcji w starym stylu. Po pierwsze odległość od domu, po drugie liczne bruzdy wyryte w jezdni podnóżkami i kierownicami przewróconych wcześniej motocykli. Do tego widok czekającego bezczynnie samochodu pomocy drogowej z przyczepką na dwa motocykle i policjanta na ledwo oznakowanym motocyklu. Do tego my, którzy byliśmy tam na motocyklach po raz pierwszy i wszyscy oni, którzy bywają w tamtej okolicy na nich częściej. I mają gdzie trenować codziennie, czyli „lokalesy”. Nie oznaczało to, że zamulaliśmy. Wyprzedził nas niestety jeden motocykl, ale złapaliśmy rytm i podziwialiśmy widoki.

 

Z euforii wytrąciło mnie oprzytomniające, przeciągłe trąbienie przez K1300R, gdy wjechaliśmy na Bikers Point. Na tamtejszym parkingu dla motocyklistów, którzy zdobywali tak jak my kawałeczek Alp i odpoczywali na wysokości ponad dwóch kilometrów nad poziomem morza, panowała senna, relaksująca cisza. Jednak nagle została ona rozerwała na strzępy przez pracę naszych silników, klakson i krzyk przez wizjer kasku:

 

  • Zaparkuj koło tej dupy na zielonym!

 

Kobieta z Polski na kawie ER-6F sprawiała wrażenie zakłopotanej i zdecydowała się udawać, że nas nie zauważyła. Po niedługim czasie zapytałem, dokąd zmierza i być może w dalszej, luźnej rozmowie rozwialiśmy nie najlepsze pierwsze wrażenie, jakie uniosło się po wejściu typowego, polskiego smoka.

 

Podczas dalszej wspinaczki poprosiłem K1300R, aby poprowadził. Ale zanim się poślizgnął, wyprzedzając kogoś wystawił się jeszcze na czołówkę z kosmicznie przyspieszającą grupą dziewięćset jedenastek od porsche po wyjściu z zakrętu. Szybko zrozumiał swoje położenie i wrócił do tyłu. Mogłem odczytać po ruchu warg wymijanego, bogatego kierowcy z pierwszej 911, który ostatecznie jednak nie zdjął K1300R z drogi jedno, albo dwa słowa:

 

  • O szajse!

 

Po dotarciu do ostatniego parkingu na trasie pozostało jeszcze zrobić kilka zdjęć lodowcowi, usiąść na chwilę w punkcie zwrotnym i zdecydować, co robimy dalej. Po telefonicznym uproszeniu starszej pani, do której nie dotarliśmy minionej nocy, aby nie pobierała jednak opłaty, mogłem zaproponować drogę powrotną. Staliśmy więc na parkingu w połowie drogi. Staliśmy tam nie za długo, żeby nie tracić rytmu. Dochodziło południe. Można było startować z powrotem.

 

***************************************************

 

Musiałem dotrzeć aż na Grossglockner, żeby uświadomić sobie, że widziani po drodze motocykliści z Polski muszą być naprawdę dobrzy. Bo nie mając wielu miejsc do dyspozycji, gdzie mogą doskonalić technikę jazdy pomiędzy samochodami na krętych drogach w większych niż nasze górach, jeżdżą wystarczająco dobrze. Doskonalenie techniki jazdy na zamkniętym torze to jedno, ale wyprzedzanie ciężarówek na wąskiej drodze pomiędzy ślepymi zakrętami, to zupełnie inne drugie. W dodatku w zmiennych warunkach, przegrzani w przepoconych lub zmarznięci w mokrych po deszczu ubraniach, na nigdy wcześniej nie widzianej drodze. Często jeszcze na skromnych i załadowanych majdanem motocyklach.

 

Teraz wzrusza mnie widok jakiegoś niezbyt dużego, czyli bezbronnego motocykla na dziurawej drodze gdzieś pod Strzelinem, pomiędzy ubłoconymi wywrotkami w jakiś deszczowy wtorek po niedzieli.

 

Poniżej linki do filmu z przełęczy, wersja krótka i spokojna:

 

 

oraz wersja dłuższa (zjazd):

 https://www.youtube.com/watch?v=1PUBJEwLjws&t=478s< /span>

Komentarze : 4
2018-07-14 09:46:41 DominikNC

Właśnie wczoraj wróciłem z moto-wyprawy, tak że na razie nigdzie się nie wybieram :) Grossglockner nie jest jedyny, byłem teraz w Bośni i Hercegowinie. Raj motocyklowy: góry, jeziora i zakręt po zakręcie. Dobry asfalt, ciemne tunele, mały ruch. Polecam!

2018-07-12 19:14:55 okularbebe

Proszę bardzo. DominikNC szacunek należy się Tobie za wjazd na górę w takich warunkach. My z Krisem (K1300R) na Twoim miejscu zapewne odpuścilibyśmy ze strachu. I też chętnie skoczylibyśmy kiedyś gdzieś jeszcze. Nawet chyba już wiemy gdzie:-)
To niezbyt daleko, żeby nie trwało zbyt długo, bo też jesteśmy w tym wieku, w którym za pracą nawet trochę się tęskni.

Pozdro

2018-07-12 13:05:25 jazda na kuli

DominikNc daj znać kiedy to jadę z Tobą :)
Bartek super relacja, chętnie poleciałbym tam na 3-4-5 dni. Wiem, że krótko, ale robota nie lubi zostawać sama :)

2018-07-12 07:26:20 DominikNC

Dziekuje za relacje. Byłem tam cztery lata temu. Niestety trafiłem na kiepska pogodę. Temperatura bliska zeru, mgła i deszcz, widzialność 10m. Dlatego muszę wybrać sie jeszcze raz, bo na razie tylko nalepka na motocyklu została. Pozdrawiam!

  • Dodaj komentarz