Najnowsze komentarze
Może każda, kolejna jesień dla mot...
Ciekawie czytało się treść wpisu, ...
też mam nn jeśli chodzi o moto. ta...
Okularebe, poruszyłeś jeszcze jedn...
gregor1365 też tak pomyśleliśmy. Ż...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

07.10.2018 21:36

Zimno i bardziej zimno

FZ6 poczynił postęp. Z zawracającego do domu w połowie drogi nowicjusza w zbyt sztywnym kombinezonie, stał się drogowym chuliganem o odpowiedniej technice, na odpowiednich gumach i wydechach.

 

Pochwaliłem go kiedyś za jego pełną pokory postawę wobec mocy i prędkości, krytykując jednak za niechęć do wszystkich szybszych, których unikał. Zupełnie tak, jakbym miał coś w tej sprawie do powiedzenia. Później przejechał wiele kilometrów w różnych warunkach z różnymi motocyklami i przełamał się. Teraz w niektórych momentach nie mogę już za nim nadążyć. Jestem wtedy niedaleko, ale dalej niż chciałbym. Nie dlatego, że stary gsxr nie daje rady. Wciąż wyciska ponad dwieście na godzinę zachowując spokój na pokładzie, hamuje lepiej od Bronka. Z tego, co zauważyłem nie boi się też przyspieszać szybciej niż współczesne, zasilane wtryskiem niektóre sześćsetki. Nie ufam jednak wąskim i ślepym zakrętom w górach, w dodatku jadąc wprost pod oślepiające, zachodzące słońce. Bo nie widzę wtedy wszystkiego tego, co jest mi potrzebne do ustalenia warunków do przeżycia na zakręcie.

 

Wjechaliśmy w końcu na jakąś polanę na zboczu góry. To miejsce znał FZ6, ja nie. W opuszczonym szałasie pasterskim szalał wiatr. Kilka spalonych desek, śmieci, drewniane łóżko, resztki ścian i dachu, prostokąt okna z widokiem na las. Do tego kamienny piec i palenisko pośrodku dawnego szałasu stanowiły zarys tego kiedyś dobrze zorganizowanego miejsca. Teraz było spalone i tak samo zimne, ponure i wietrzne jak całe to późne popołudnie na sinej i śliskiej z zimna drodze, pokonanej na motocyklach. Polana znajdowała się niedaleko miejsca, gdzie ostatni raz byłem w 2014 roku w pierwotnym, szybkim składzie, ustanowionym od zarania. Czyli z Calmly, tamtym razem na CB250 i Henym, tamtym razem na XJR1300, którego już nigdy nie będzie.

 

Z FZ6 mogliśmy tam zrobić pokrzepiającą przerwę przed drogą powrotną. Jak wtedy, na Grossglockner z K1300R, który od tamtej wyprawy też nie ma czasu dla siebie i motocykla. FZ6 kilka razy podczas pogawędki złapał odruchowo za rollgaz odpoczywającego Obłego, a ja zastanawiałem się, czy takie otwieranie na sucho nie zaleje jego silnika. Nie zalał. Ale mam na tym punkcie bzika od czasów simsona, czyli od 1992 roku. Dobrze wiem, kiedy w moich gratach można otworzyć przy niepracującym silniku, bo to ściśle określone sytuacje. No i może jakaś odmiana nerwicy natręctw.

 

Wracając z kotliny było na zmianę: zimno i bardziej zimno. Chłodzony olejem silnik Obłego podczas pracy tak rozgrzewa ramę i poszycie motocykla, że w letnie dni bywa to nie do wytrzymania, ale za to chłód nie stanowi problemu. Jest to dość komfortowy sprzęt na takie właśnie, krótkie dni i jesienne wieczory. Jego bateria reflektorów jest źródłem silnego światła, jakiego brakuje w Bronku i wielu innych, współczesnych motocyklach. Ogrzewanie silnika pod dość dużą owiewką sprawia, że żadna droga powrotna nie musi przebiegać w pośpiechu. Nasza przebiegała.

 

Zamknięcie prawą łapką zasilania i ciągu przy 12500 obr/min na szóstym biegu, wywoływało wrażenie, że świat za chwilę eksploduje. Energia skumulowana podczas rozwijania maksymalnej mocy i duża prędkość obnażyła słabe strony Obłego. Mimo ogólnego spokoju na pokładzie, pogoni i wyprzedzenia rzutem na taśmę FZ6, drgania lusterek oraz szyby wywołane biciem, krzywej jak się okazało dopiero przy tej prędkości przedniej obręczy wzbudziły dość intensywne, mieszane emocje. Licznikowe dwieście czterdzieści na godzinę to możliwe, ale nieco za duże wyzwanie dla tego modelu. Obły najlepiej czuje się na drodze do wartości 190 na prędkościomierzu. Podobnie, jak nie wymagający wyginania nadgarstka z braku mocy, ale niezabudowany trzeszczącym plastikiem Bronek, który może więcej.

 

*************************************************

 

Pod moją kurtką, chłód jesiennego wieczoru w ciemności jest już odczuwalny. W zarysie tkaniny, która jest ze mną ponad 10 lat, sam czuję się na tyle dobrze, że wciąż nawet nie pomyślałem o jej wymianie na nową. GSXR 750 mówił mi kiedyś patrząc na nią, że to kurtka zrobiona jeszcze z tak dobrych, dawnych materiałów, że dziś już z nich się nie produkuje. Bo się nie opłaca. Miał kiedyś nawet podobną i był z niej bardzo zadowolony. Z dobrą i sprawdzoną kurtką jest tak samo, jak z dobrym motocyklem: musi on znudzić się, żeby móc pozbyć się go na siłę. A skoro jest tak dobry, to lepiej tego nie robić, bo następny, inny motocykl może tak dobrym już nie być.

 

I rzeczywiście, nie zauważyłem rozpruć, pourywanych zamków, czy naderwanych kieszeni. Nawet ucho do wieszania na kołnierzyku trzyma mocno. Można wsiadać na motocykl i rzucić się w tej kurtce w Alpy. I wrócić bez odnowionych przeciągami starych kontuzji i w dobrej formie. Raczej jej nie wyrzucę. Podobnie jest z kaskiem, którego używam. Zestarzał się, ale jego plastiki, szyba wizjera, mechanizm blendy i wypełnienie wnętrza zachowały dobry stan.

 

Chciałbym, żeby z motocyklami było tak samo. Ale to jest o wiele trudniejsze. Ich techniczny spadek formy postępuje inaczej, czasem szybciej. Wydają się delikatniejsze, niż imitacja goretexu, czy zatrzaski wentylacji w kasku. Trzeba je chronić nie tylko przed wilgocią, ale nawet przed słonecznym promieniowaniem. Na miarę możliwości chronię je i widzę, że trochę to pomaga. Nie płowieją i nie pękają w plastikowych lub gumowych miejscach. Lakier też nie matowieje. Aluminium nie traci blasku. Opony błyszczą. Łańcuchy nie rdzewieją.

 

****************************************

 

Stojąc na chodniku przy skrzyżowaniu tuż obok Bronia i oczekując na przyjazd GSXR750, naprzeciw mnie zatrzymał się na czerwonym świetle starszy, czeski motocyklista. Nie to, że odpowiedział na pozdrowienie. Nie to, że miał za ciasny, otwary kask i wielką brodę opadającą na wielki brzuch. Nie to, że ten z kolei z braku miejsca wspierał się swym pępkiem o bak paliwa. Nie to, że jego ciasna, motocyklowa kurtka ze zlotowymi znaczkami zdawała się trzeszczeć od naprężenia. Ale to, że coś się zmieniło gdy facet podjechał też na GSF1250, ale za to w zielonym kolorze, w wersji z poprawiającą komfort jazdy owiewką oraz na cichej, seryjnej puszce wielkości komina z ciepłowni. Nie pasowali do siebie. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Motocykl zachowany był w fabrycznym stanie, chyba nie miał żadnych modyfikacji i pewnie służył mu przez lata. Tak chciałbym i tego też sobie życzyłbym. Zadowolenia z jednej i tej samej maszyny przez jak najdłuższy czas.

 

Czeski, starszy motocyklista na Bandicie, na którym zresztą wyglądał dumnie sprawił, że odliczam dni do końca emisji ogłoszenia na sprzedaż Bronka, którego powiesiłem w serwisie ogłoszeniowym. Chociaż nie chcę tego i wierzę, że nikt nie odważy się nawet zadzwonić w jego sprawie. Zrobiłem to tylko pod wpływem impulsu. Byłem gotów złożyć motocykl w ofierze na stosie pragmatyzmu i priorytetów, aby coś zmienić. I żeby mieć sześć biegów, dwa podłokietniki i klimatyzację. Jednak zrezygnuję z ogłoszenia tuż przed końcem jego obecności w internecie. Pięć biegów i tylko jeden podłokietnik musi na razie wystarczyć. Bo takich Bronków już nie produkują.

 

Oglądałem ostatnio nową MT-09, która jest tak tania w produkcji i bezbronna, że pękł jej silnik po parkingowym upadku, podczas manewrowania przy minimalnej prędkości. Nie dekiel, pokrywa, czy klamka sprzęgła, lecz pękł jej silnik. Obok pechowej MT-09, oczekiwała na nowy olej skatowana R6, która według serwisującego ją mechanika leży nieustannie od osiemnastu sezonów. Jej poobijany silnik działa, nie cieknie i nie pęka. Ale to były inne lata, inne konstrukcje i inne materiały.

 

************************************************

 

Wracałem z Bronkiem w jakiś czwartek wieczorem. W lusterkach widziałem zarys gór, które tonęły już w nadciągającym mroku. Droga była typowa dla jesiennych wieczorów – sina, zimna, szara i depresyjna. I choć nie padało, śliska i obok lasów mroczna. Byłem nastawiony pokojowo, co uzupełniało się z niechęcią do większego otwierania. To ze względu na nadwyżkę mocy silnika, której nie potrzebowałem w tamtym nastroju. Wcześniej, gdy wyjeżdżałem z jamy Bronek wstał na koło mimo, że tego aż tak nie planowałem. I wystraszył mnie. Po przerwie w jeździe, mimo fabrycznych 98 koni wydawał się za szybki za sprawą 108 niutonometrów, dostępnych jak zwykle natychmiast, bo od wartości 3500 obrotów na minutę. Nie każdy motocykl tak ma. Jeśli na przykład Obłego przytrzymać na kolejnych biegach poniżej 7000 obrotów na minutę, nic złego nie zrobi. Jest wówczas turystyczną maszyną do dalszych przelotów po autostradzie. Wystarczy nie wyginać nadgarstka. Silnika należy pilnować dopiero od 10000 obr/min, bo od wtedy wkręca się błyskawicznie do limitu. Wcześniej po prostu nic się z nim nie dzieje. Ziewanie.

 

Bronek ma inaczej – trochę otwartego gazu powoduje, że wskazówka rusza z miejsca i wkrótce, niedługo powyżej obrotów biegu jałowego, na niewielkim progu asfaltu podrzuca niespodziewanie przednie kółko. I niezależnie od tego, czy potrzeba sięgnąć po 150 na dwójce, czy jedynie dynamicznie ruszyć na skrzyżowaniu, zawsze chce tylko trochę, najlepiej ćwiartkę, najwyżej połowę gazu i głośnego otwarcia. Dlatego łatwo być na nim szybkim.

 

A tamten ktoś na motocyklu wyskoczył niespodziewanie w połowie tamtej drogi. Widział, że się zbliżam. Dość dużo czasu zajęło jego przechwycenie. Był szybki, szybszy ode mnie, ale ponieważ prowadził, mogłem pojechać jego śladem szybciej niż on sam. Miałem warunki, bo nie zabrałem ze sobą rozpraszającej uwagę kamery i K1300R, który trzyma się niebezpiecznie blisko na kole. Przez co muszę hamować bardziej. Żeby go dopaść, sięgnąłem po 207 na godzinę. Trzeba zerkać na wyświetlacz Bronka od czasu do czasu, bo nie potrzebuje on wyginania nadgarstka, żeby pójść na ostro. Łatwo przeoczyć niebezpieczeństwo i skalę przypału.

 

Zakręcona dwurura wydechu wydała z siebie grzmot wkurwionego silnika dając wyraz wściekłości, która ogarnia tego, który jedzie i tych którzy patrzą i słuchają. Oraz tych, którzy uciekają. Na co dzień tego nie robi, bo nie musi. Ale w takich sytuacjach odzywa się, prowokuje i czasem obraża. I wkurza. Gdy dopadłem uciekiniera, puścił on kierownicę demonstrując wyluzowane podejście do sytuacji i rozłożył ramiona jak Kate Winslet na dziobie Titanica. Że niby nic, taki wyluzowany cichociemny. Widziałem, jak przeszedł po rozrzuconych kamieniach na asfalcie i jak trzymał gaz tam, gdzie szybciej się nie dało. Blefował. Kombinezon Spidi oraz kask z fluo wstawkami. Ażurowy ogon i koraliki pionowej lampy led zdradziły model motocykla. Nowa Yamaha R, ale jeszcze nie ustaliłem która to – czy duża, czy mała. Pomachałem na pozdrowienie do niego, gdy chyba jednak zaskoczony moją wizytą, przyglądał się łypiącemu na niebiesko Phillipsem szperaczowi czarnego Bronia w lusterku. Ale nie odpowiedział. Zamiast tego złapał za clip-ony i odpalił petardę. Albo raczej kapiszona.

 

Już wiedziałem, że to nie R1 bo w odpowiedzi nie usłyszałem salwy od charakterystycznych cykli pracy układu crossplane silnika, a motocykl nie zamienił się w znikający punkt. Niestety poczułem się z tego powodu zawiedziony. Na pocieszenie pozostała mi świadomość, że uciekamy wraz z nową R6, na seryjnym kominku, która w takim razie będzie mogła odejść tylko wtedy, gdy jej na to pozwolę. Widziałem, że zabiera się do kolejnych zakrętów tak, jakby chciał zetrzeć kolano, co może i umie, ale w tamtych warunkach było jasne jak słońce, że to niemożliwe. I niepotrzebne. Miałem wrażenie, że wystawianie kolana i odwijanie na prostych było jego odpowiedzią na pomruk, jaki usłyszał na swoich plecach. Broniu nie demonstruje mocy, bo tak dużej nie ma. Ale daje obraz czegoś nieustępliwego, zawziętego, niepokojącego. Tamtego dnia nikogo nie spotkał, jedynie chciał, aby dalszą drogę pokonać razem. Nawet na spokojnie. Ale nie.

 

R6 z łomotem i "do odcięcia" klepnęła swymi zawieszeniami o próg zwalniający mimo tego, że można było ominąć tą przeszkodę obok nawet samochodem. Taki, a nie inny manewr wiele opowiedział mi o kierowcy. Pomyślałem, że nie pójdę za nim w ciemno wszędzie tam gdzie on, bo jest niepewny. Nie wyprzedzałem, nie chciałem mu niczego udowadniać, choć troszeczkę i przez chwilę mogłem. Dlatego Broniu wyhamował do prawie zera i objechał próg bokiem oszczędzając siebie. Za tamtą wsią zakręt w prawo jest ostry i gdyby nie odprostować maszyny na czas, na wyjściu z niego trafia się na nierówności na mostku wytrącające z linii jazdy. Po tym jak nagle podniósł się ze złożenia, żeby przygotować R6 na wyboje i przejść po nich po prostej linii, wiedziałem już też, że zna dobrze tamtą drogę i dlatego cwaniakuje. No cóż, w tamtym miejscu mogłem zrobić tylko to samo, co R6 i pojechać jego śladem. Na wyjściu z ronda za następną wsią zgubił mnie wśród ciągu trzech przyspieszających samochodów. Tylko na jakiś czas, bo uporałem się z nimi, gdy tylko zrobiło się troszeczkę miejsca do wyprzedzania. Musiałem jeszcze przymknąć i hamować, bo typ pokonał jedno ze skrzyżowań z kosmiczną prędkością, natomiast ja dojechałem w tamto miejsce równocześnie z kobietą w toyocie po prawej. Nie uwzględniła ona jak szybko się poruszam i po prostu wymusiła pierwszeństwo bez zatrzymywania „na stopie”. Na szczęście wyczułem jej zamiary i byłem już na hamowaniu. Wpadłem w puste miejsce, jakie po sobie zostawiła.

 

Po kilkuset metrach wskoczyliśmy w teren zabudowany, gdzie znów dogoniłem R6. Próbował wyprzedzać samochody na trzeciego, ale odpuścił bo nie pozwoliłem mu odejść wyprzedzając za nim normalnie, bez ryzyka. Ale przygotował jeszcze jedną niespodziankę. Na ślepym zakręcie w prawo, takim z przejściami dla pieszych znów przyspieszył, mimo że przez chwilę wcześniej pyrkaliśmy już w zgodzie z przepisami. Uwzględniając śliskie pasy i pieszych w pobliżu załadowałem się w to samo miejsce w ten sam sposób, ale nie wiem czy na tej samej linii jazdy. To dlatego, że okazało się, że mam tam trochę roboty i nie utrzymałem jego tempa.

 

Przód Bronka zaczał na zmianę łapać i puszczać przyczepność w taki sam sposób jak kiedyś w niskich Alpach o zimnym poranku na słabej oponie. Wyprostowałem odrobinę, aby wyjść ze zbyt ostrego kąta i w ten sposób znalazłem się pośrodku swojego pasa, a nie jak wcześniej przy prawej krawędzi jezdni. Czyli na obszarze nie rozgrzewanym oponami przejeżdżających samochodów, pomiędzy koleinami. A tam było jeszcze bardziej ślisko. Na szczęście trafiłem pomiędzy pasy przejścia dla pieszych. Może dlatego, że widziałem zdjęcia z wypadku motocyklowego w tamtym miejscu przed laty i zachowałem rezerwę. Wygasiłem nerwowe zachowanie Bronia przymykając i chyba w ten sposób dociskająć oponę do asfaltu. Siła hamująca, jaka powstała po zamknięciu ciągu nie była duża, ale wystarczyła. Szybko się ogarnąłem i z lekka wystraszony dojechałem do gościa, zanim uciekł mi na następne rondo. Mimo, że zmieniałem kierunek jadąc obok niego, nawet na mnie nie popatrzył. Myślę, że trochę się przegrzał. Jak ja.

 

Link do tego, jak to jest z Bronkiem wieczorami i fragment tamtej drogi na której się spotkaliśmy:

 

https://www.youtube.com/watch?v=4pe449rRnyk

Komentarze : 3
2018-10-08 22:58:49 okularbebe

Może każda, kolejna jesień dla motocyklisty jest jeszcze bardziej intensywna w odbiorze niż wszystkie te poprzednie?

Choć trochę już przeminęło, to w pamięci wiele jednak pozostało.

Pozdrawiam

2018-10-08 12:31:22 Calmly

Ciekawie czytało się treść wpisu, podjeżdżając kilku metrowe odcinki w zatłoczonym mieście, będąc wysoko zawieszonym w kabinie ciężarówki.
"Złapał za clip-ony i odpalił petardę. Albo raczej kapiszona" rozbawiło mnie mocno. Z doświadczenia jakie możesz posiadać, jako kierowca z kilkudziesięciu letnim stażem, łatwo można wychwycić kto jakim jest driver&#8217;em, ze zwykłej obserwacji jak jedzie. Nie generalizując, lecz jednak.

Pierwotny skład był tym rdzennym, o wyjątkowej mieszance charakterów, uformowanych i zapisanych w takim a nie innym DNA. Niemy język jakim posługiwaliśmy się w trakcie jazdy motocyklami był przejrzysty, czysty i zrozumiały. Inni też potrafią dobrze gadać lecz nie tak, nie w ten sposób.

Jesień dla motocyklisty może być całkiem barwna przez sam fakt spadających liści, lecz również przez wspomnienia, uwolnione przy kubku cieplej herbaty. Mając świadomość że za ścianą, w jamie są tam, czekają tylko na tą jedną osobę.

Dobrze że R6 poczuła na plecach światło Bronka. Producenci SPIDI przecież nie gwarantują że będzie się najszybszym, z samego faktu włożenia ich kombi :)

2018-10-08 05:51:30 jazda na kuli

też mam nn jeśli chodzi o moto. tak samo chronię przed słońcem i deszczem co roku nowy pokrowiec itd. i tak samo bałbym się sprzedać wiedząc, że za te $ nie kupię nic równie zadbanego, bo takich psychopatów jak ja ze swiecą szukać. myślałem kupić coś tańszego i wyremontować żeby pod blokiem na noc móc bez strachu zostawiać czasem i nie musieć tak dbać i czyścić, ale stwierdziłem że najlepiej poczekać aż to tiger się zestarzeje nabierając odpowiedniej historii ...

  • Dodaj komentarz