Najnowsze komentarze
Dzieki chlopaki, słuszne uwagi. Po...
Siemka Jeżeli zacisk przy przedni...
heja, kiedyś założyłem złote sds'y...
Tak, z ostatniego miesiąca produkc...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki

03.08.2020 23:38

Romeo i Julia

 

W Nysie na stacji BP, zatrzymałem Obłego przy dystrybutorze na trzecie tankowanie tamtego dnia. Nie wyłączyłem silnika od razu po tym wszystkim, co zaszło. Dochodziła 18, a Obły miał za sobą 340 kilometrów od rana. Czekałem aż sobie pochodzi na wolnych obrotach, jakby chłodził turbosprężarkę, której przecież nie ma.

 

Przyleciałem tam zatankować bez jednego postoju, aż z Cervenohorskiego Sedla. Pochyliłem głowę nad wciąż pomrukującym silnikiem w rytm pracy czterech cylindrów i dwuwałkowej głowicy, a gaźniki podrygiwały jakby były niedokręcone. Tak miało być. Podniosłem szybę wizjera, żeby roztrzaskane na jej powierzchni resztki ciężkich owadów, nie przesłaniały mi widoku. Nic nie kapało, zero wycieków. A te, które były, czyli nalot benzyny na gaźniku numer 1, dawno odparował. Mimo niewidzialnego obłoku oparów i zapachów rozgrzanego silnika, roznoszącego się wokół stanowiska tankowania, skromne systemy Obłego wciąż działały. Wytrzymał. Dobry smar na łańcuchu nie wysechł na wiór pomimo upału, a opona tylna została praktycznie zamknięta po obu stronach, ładnie opalizowała swą strukturą po czyściutkim, mieniącym się minerałami jak gwiazdy asfalcie. Światła działały. Zegary w porządku, wskazówki chodziły. Żadnych złych komunikatów ze strony jednej, jedynej czerwonej lampki od wszystkiego złego z opisem OIL. Obły ma porządny olej, ten pachnący. W pierwszym Bandziorze właśnie w takich, trudnych warunkach padł mi trzeci bieg, bo sprzedawca oleju z Nysy to znany dziś oszust, nie tylko olejowy. Sfałszowaną bańkę po sfałszowanym, rozlewanym nibyMotulu trzymam na pamiątkę, albo nie wiem po co.

 

Jak to możliwe, że Obły zwiedził w takim upale wszystkie te miejscówki w górach, a potem przytrzymał się za tamtymi szybkimi motocyklami przez tyle kilometrów. Potem pogonił na zakrętach kobietę z wirującym warkoczykiem na cichutkim Ducati. Miał wprawdzie wstydliwą chwilę słabości, która jednak szybko minęła. A na koniec zaparkował jako jedyny motocykl z biało - czerwoną szachownicą, naniesioną na poszyciu obudowy w hołdzie polskim pilotom, pomiędzy wyłącznie motoCzechami. Zajął miejsce w ich loży szyderców, gdy inni nasi też tam tylko przystawali. Jednak zlekceważeni, szybko odjeżdżali, by poszukać innego miejsca w życiu. Bo on był jak swój. Zapracował na to.

 

************************************************

 

Poprzedniego dnia, w piątek wyłączyłem silnik Wariatki zatrzymując się na polnej, zakurzonej drodze za Włodarami, by oddzwianiać do wszystkich tych zlekceważonych podczas jazdy na motocyklu ludzi. Spodziewałem się ciszy, jednak metaliczny szczęk ciężkich gąsienic rozległ się gdzieś na tle ściany lasu w dolince naprzeciwko mnie i wydawał się potrząsać tamtą okolicą. Byłem zaskoczony, bo żelastwo mnie prześladuje, nawet tam, z dala od cywilizacji. Wśród zieleni drzew udało się dostrzec źródło tego hałasu. Była nim wyblaknięta żółć kabiny, fragment niewidocznego stąd dużego spychacza. To chyba Staliniec, czyli wielka, poradziecka maszyna, którą trudno jest mechanicznie zabić. Bo łatwiej jest pociąć ją palnikiem na złom wsadowy klasy W1 lub W5, o grubości ścianki powyżej 6 i 10 mm i tylko w taki sposób wszystkie je unicestwialiśmy. Uważając na wybuchające płomienie, opadające pod własnym ciężarem żelazne cielsko i podpalając celowo resztki dymiącej, posiekanej, krwawiącej olejami oraz smarami bestii. Zawsze tak robiliśmy, to rytuał. Żeby uwolnić przetopioną energię słońca i oddzielić nowe od starego. Definitywnie.

 

Gąsienice złowrogo pojękiwały i dudniły, bez przerwy. Najwyraźniej operator spychacza miał tam co robić. W tym samym lesie, ale po drugiej stronie dostrzegłem jeszcze biały czubek wieży z oknami, należącej chyba do małego kościoła. Widniała ona ponad lasem i otaczającymi górkami. Ta wieżyczka byłaby dobrym miejscem dla obserwatora i koordynatora ognia artylerii. Wtedy, pod koniec wojny w zużytych czołgach T-34, też jęczały i dudniły w tamtej okolicy ich rozkalibrowane ponad wszelką normę gąsienice. Radzieccy żołnierze mieliby stamtąd dobry widok na drogę, którą przyjechałem, a ukryte za lasem i wzniesieniami inne polne drogi dawały świetne możliwości do odwrotu, tuż po zadaniu śmiertelnego ciosu.

 

Tylko te puste, ciemne okna wieży i tylko ten ciężki dźwięk. Monotonny, żelazny, rezonujący w swej wibracji. W pustych polach. A skoro to wszystko działo się gdzieś tutaj, uznałem ten hałas za dźwięk z przeszłości. Coś jak zawołanie z tego miejsca do mnie. Z oddali.

 

Nadszedł czas na dalszą drogę. A ta była nierówna, kręta, wiodła raz w górę, raz w dół, trochę z powrotem, a trochę bokiem. Było wąsko. Powiatowe, zwykłe okolice. Dojrzałe zboża, gęste, zielone liście na rzędach drzew. Ciągniki, przyczepy i kombajny. Nic ciekawego, monotonia lipcowej środy lub piątku o poranku. Można było ziewać z roztargnienia.

 

W Piątkowicach skręciłem w polną drogę obok boiska. Wariatka dudniła nisko jednym tłokiem, nad którym cyklami wybuchało paliwo podawane od wtryskiwacza. Bez smugi dymu z wydechów, wypalane dokładnie, czysto, prawie bez zapachu. Na drugim biegu. Tak sobie wtedy pomyślałem, przejeżdżając obok firmy klienta, a po latach dobrego kolegi, że otoczenie nie powinno być zbytnio urozmaicone, czy historycznie naznaczone, gdy jadę na motocyklu. Na takim motocyklu, który skupiony jest wyłącznie na drodze. Czyli tylko na tym, do czego został stworzony. Gdy dudniła tak sobie na niskich obrotach, otwarłem mu przepustnicę nagłą przegazówką na nawrocie drogi w dół, schodząc na bieg numer jeden by sprawdzić, czy jest gotów do skoku. Słyszałem i czułem po wibrującej kierownicy to, w jak bardzo spontaniczny sposób silnik wchodzi na wysokie obroty, gotowy do zabawy. Jak strzelał z fabrycznego wydechu na zamknięciu, pyskując w odpowiedzi. Gotowy do sypnięcia wyrwaną spod koła ziemią, gotowy do skoku w każdy ciasny, wąski zakręt. Warczący i nabuzowany jak zły pies, czekający na najmniejszy gest, będący niewerbalnym zaproszeniem do dziwnej zabawy.

 

Na dojeździe do firmy kolegi, dostrzegłem go z daleka, siedział w swojej wywrotce marki Nissan do rozwożenia węgla. Spowity w kłębach białych, brudnych spalin by za chwilę nerwowo wyskoczyć na zewnątrz. Miałem wrażenie, że rzuciłby czapką o ziemię, z wściekłości. Półciężarówka łoskotała niestabilnie.

 

Dotoczyłem do wywrotki koła mojego supermoto z rozpędu i wyłączyłem silnik jeszcze w locie. Nie musieliśmy rozmawiać z właścicielem firmy, przecież słyszałem to, jak kaleczy i widziałem jak dymi jego silnik. Pytania o to, co się stało w takiej chwili jak tamta, doprowadziłyby właściciela do białego szału. Wiem, bo mam tak samo: nie mam potrzeby omawiania, gdy widać wszystko jak na dłoni, szkoda tlenu. Stary diesel nie był w stanie utrzymać wolnych obrotów, a nacisk stopą na pedał gazu nie pomagał. Potrząsało tylko silnikiem w odpowiedzi, szarpało szoferką i uniesioną w górę zabudową wywrotki, podpartą zardzewiałą rurą, wydobytą ze sterty złomu, aby koliba ta nie zabiła swym ciężarem, opadając bez ostrzeżenia nagle, gdyby tylko hydraulika nie utrzymała ciśnienia. Przy starym dieslu, silnik XTX objawił się jako uosobienie precyzji i technicznej harmonii. Świeżutko, doskonale.

 

  • Lewe powietrze, zasilanie – odezwałem się niepytany, bez powitania. Miałem kiedyś Nissana Terrano. To najlepszy z moich wszystkich samochodów. Nigdy nie uwierzyłbym, że mogłoby dolegać mu cokolwiek poważnego.

  • Możliwe, pewnie pompa paliwowa – powiedział właściciel firmy i japońskiej wywrotki – Gdy raz już kiedyś mi padła, miał takie same objawy.

  • Dobrze byłoby najpierw posprawdzać drobiazgi, to na pewno jakaś pierdoła. Szukaj po filtrze i przewodach. Klepie tak, jakby był zapowietrzony. Jakby brakowało mu podciśnienia.

 

Rzeczywiście. Pęknięty i mokry przewód paliwowy przepuszczał lewe powietrze. Skrócony i założony jeszcze raz, tym razem głębiej nasunięty i zaciśnięty wreszcie metalową opaską, której wcześniej tam nie było spowodował, że Nissan zadziałał. Poszedł na równo i bez dymu.

 

  • Dzięki, miałeś rację.

  • Znalazłeś nieszczelność i oszczędziłeś jeden dzień nerwów u tak zwanego mechanika. Nie licząc paru stów, gdyby mu się jednak udało coś naprawić.

 

Mogłem jechać dalej. Na tym to od zawsze polegało: być na właściwym miejscu, blisko motocykli, blisko klienta - to po pierwsze, oraz być zawsze o czasie – to po drugie. Na motocyklu wiedzie mnie przypadek. A przecież przypadek wiele potrafi. Tak prowadzę klientów, którzy są ze mną od samego początku. Z tymi nowymi bywa trudniej, muszą mieć wszystko połapane, podane do rączki i omówione. I pogłaskane. Muszą mieć też precyzyjny plan, z obawy przede mną. Niektórzy motocykliści też tak mają. Długo wyruszają w drogę. Ale nie jadą.

 

Wiejskie sklepy są jak magnes, zawsze ich przyciągają. Lokalnych patriotów i zarazem miłośników alkoholu. Tacy często mnie zagadują. Widzę w nich te złe duchy tej ziemi. Ich wyraźny cień. Tamten starszy, pomarszczony i brudny gość czekał tylko na mnie, aż wyjdę z zakupami.

 

  • To ma dwa tłumiki? Po co?

  • Podwójny wydech wydobywa lepsze brzmienie. A oddzielne kolektory to przede wszystkim lepsza charakterystyka pracy. Silnik mimo niewielkiej mocy lepiej wkręca się się na obroty.

  • To ile to poleci?

  • Prawie 180.

 

Kiwnięcie nieuczesaną głową z podziwu i niedowierzania, w odpowiedzi. Zanim ją kupiłem, też o tym nie wiedziałem, Yamaha XTX 660 na tak szybką nie wyglądała.

 

To był gorszy dzień w pracy. Od rana do późnego wieczoru pokonałem ponad 400 kilometrów, by ocenić czy coś warte jest jakichkolwiek pieniędzy, u obcych ludzi. Rudy i gęsty jak płomień w australijskim buszu młody kierownik jednego z zakładów w Brzegu ocenił Wariatkę jako wyjątkowo brzydki motocykl. Ale przyznał, że jeździ mu się na niej świetnie. Nie interesowała mnie jego opinia, miałem tylko coś do ugrania dzięki niemu, a Wariatka go kupiła.

 

W Opolu znalazła się chwila na kawę z ważnym, bardziej serdecznym kolegą i zarazem klientem, znanym z opisów w blogu Harleyem. A potem pod Krapkowicami zacięły się dla mnie obie naraz bramki przy wjeździe na A4 w samo południe. Po prostu za nic nie mogłem wydrukować biletu na żadnej z nich. Cały czas świeciło się dla mnie czerwone światło. Musiałem nawet zjechać na awaryjny pas i przez parę minut przyglądać się bezradnie temu, jak bezproblemowo otwierają się szlabany dla wszystkich innych pojazdów.

 

Już miałem dzwonić po pomoc przy szlabanie. Dopiero ciężki cruiser z kolejki otworzył mi oczy, bo był duży i widoczny, od razu miał zielone. Gdy postawiłem Wariatkę w poprzek drogi przed szlabanem, wysunął się bilet, a szlaban podniósł się i mogłem wreszcie wjechać na autostradę. Podobnego odkrycia dokonałem na strzeżonym, podziemnym parkingu w Berlinie, gdzie ze względu na przepisy antyterrorystyczne, nie wpuszczane są w takie miejsca motocykle, wtedy mały GSR600. Czy Wariatka także jest zbyt smukła dla oka autostradowej fotokomórki, czy kamery? Czy to raczej operator bramek zlitował się i niepytany, zdalnie przez monitoring pomógł mi w tamtej sytuacji?

 

Piłowanie motocykla na autostradzie w upale i w warunkach dużego ruchu bywa nieprzyjemne. Nawet jeśli Góra Św. Anny to dla Wariatki tylko większa hopka, gdy jej silnik nie odczuwa spadku mocy nawet na tamtym podjeździe. Nawet jeśli trasa średnicowa na Śląsku to taki Need for speed w realu, gdy motocykl skacze przez trzy pasy. Ostatni klienci tamtego dnia zmęczyli mnie do reszty swymi teoriami, których musiałem wysłuchać do końca w opuszczonych zakładach do wyburzenia, mam za to płacone. O wielu niebezpiecznych sytuacjach po drodze lepiej wcale tutaj nie wspominać. Wiemy wszyscy, jak to jest.

 

Wróciłem skatowany. Gotowy rzucić motocykl w krzaki i wskoczyć do szybkiego wozu z dobrym audio, napędem na cztery, duże łapy i wydajną klimą. By zapomnieć o piątkowej drodze przez mękę.

 

I do tego zdarłem dolną, gumową rolkę prowadzącą łańcuch aż do błyszczącej tulei. Łańcuch bez podparcia stał się zbyt luźny, a silnik zaczął przez to zrywać ciąg na niskich obrotach. W dodatku gdyby coś poszło nie tak, łańcuszek mógłby opaść z zębatki w najmniej spodziewanej chwili. Nowa rolka już zamówiona. W ASO Yamaha. Czekamy.

 

*****************************************************

 

To ta zużyta rolka zdecydowała, że nazajutrz w sobotę z jamy tym razem wytoczył się Obły. Odpalił tak nagle, jakby tylko na to czekał. Wlókł się trasą przez Otmuchów, Javornik, Brenną, Premyslov, Kouty nad Desnou, Vrbrno pod Pradedem, a nawet Bruntal, wszystkie stare kąty. W tym ostatnim mieście wyjazd na rogatkach, to skąpane w słońcu przedmieścia, na których leniwie przechadzają albo przesiadują sami cyganie, biegają ich dzieci. Naprawdę nic nie zapowiada tam tego, jak wspaniała, kręta droga wiedzie z Bruntalu do Sumperka. To ulubiony odcinek testowy dla dużych golasów, takich jak Broniu GSF 1250, czy CB 1300 Magneto. Tam ćwiczyliśmy. Mając wystarczający zapas momentu obrotowego, żeby tuszować swoje braki w technice jazdy na zakrętach. Obły tego asa w rękawie nie ma. Trzeba wiedzieć jak na nim jechać szybko i stabilnie, bo bez chwili zwłoki uwidoczni najmniejszą niepewność ręki, bywa wtedy nerwowy, wulgarny wręcz. Albo umiesz, albo zwolnij, nawet z nim nie zaczynaj. Bo jest szorstki w ogładzie. Trudno jest jechać na nim szybko w porównaniu do współczesnych, bardziej dopracowanych motocykli. W porównaniu nawet do Wariatki.

 

Krajobrazy płynęły, z wolna zmieniając to, co dobre, na lepsze. Pradziad zniknął gdzieś z tyłu po prawej i zaczynało się ciekawe podejście w nową partię niewielkich gór. Pastwiska, lasy i pola. Pofałdowane jak w Toskanii. Jeszcze w Rymarovie zatrzymałem zziajany bolid pamiętający swoje lepsze czasy sprzed trzydziestu lat. Drugie tankowanie tamtego dnia. Dawno przestałem się przejmować, ile pali, czy coś go boli, czy trzyma stan oleju, czy nie jest mu za gorąco. Nie wożę ze sobą nawet śrubokręta. Nawet trytytki.

 

Nie mieli 98-oktanów.

 

Wlałem to, co było, kupiłem coś jeszcze do picia, usiadłem na krawędzi krawężnika. Nawet nie zastanawiałem się nad tym, co miałoby, albo powinno wydarzyć się jeszcze. Żeby ta niepowtarzalna moc wolnego dnia na motocyklu była jeszcze większa. Afirmacja motożycia stała się jeszcze jaskrawsza. Nawet Czesi w soboty są jeszcze bardziej wyluzowani. To dla nich szczególny dzień, mają gdzie jeździć i mogą w ten sposób to przeżywać. Trochę dalej, chyba 10 metrów od Obłego, zaparkowała czeska para, on i ona na Triumphach Speed Triple'ach. Zajęli parking i kawałek trawnika, by poleżeć w rozpiętych do pasa kombinezonach. Też cieszyła ich tamta błoga chwila i pora dnia. Nie patrzylismy na siebie, nie pozdrawialiśmy, nie trzeba od razu witać się i rozmawiać, dzięki ludzie. Wcześniej trawnik w tym samym miejscu osikał mały, hałaśliwy piesek, który nikogo nie słuchał, nawet swej właścicielki. Mnie jedynie powąchał, ale nie olał. Patrząc na Obłego, mógł wyczuć zbója.

 

Zadzwonił telefon, to Harley. Już z kumplami w Karpaczu. To oznaczało ich wielkie party i odległość czterech godzin jazdy ode mnie.

 

  • Stary dawaj, jakoś cię przenocujemy. Ty wiesz, ile tutaj jest motocykli i ludzi!

  • Nie da rady. Zanim się dowlokę po tych chaszczach i tłumach, to wy będziecie już pijani.

Wtedy podjechała nawet nie wiem skąd, niemal po cichu, Aprilia RSV1100 Tuono. Wyłoniła się zza rogu budynku i będąc bliżej, pracując na wolnych obrotach wydawała się wprawiać w drżenie najbliższe otoczenie. Od samego pogłosu. Było to tak silne wrażenie akustyczne, że zawiesiłem rozmowę. Już jej nazwa brzmi podobnie, jak na przykład Romeo i Juliet w jednym. Można powtarzać w kółko dla samego przeżucia kombinacji spółgłosek i samogłosek. Prawie piętnaście lat temu napisałem w teście rocznika '06, że kiedyś, gdyby dodali jej dwa gary, zrobili V4 zamiast V2 to byłoby coś. I proszę, jest. A przecież V2 już wtedy wymiatała.

 

Rocznik 2018 zaparkował obok Obłego. Wydech SCProject, aluminiowa rama, ostry, zadarty ogonek, zeżarte ranty opon od nadmiaru mocy i wszystkich innych poniewierających sił, akcesoryjne wloty powietrza chłodzące monobloki od Brembo. Prosta kierownica, wyświetlacz taki, że chyba smartfon i endomondo w jednym to nic, V4 1100 ccm ukryte pod coverami. Piloci mawiają, że jak coś dobrze wygląda, to znaczy, że dobrze lata. Racja.

 

Wcześniej, siedziałem przy przednim kole trzydziestoletniego motocykla, podziwiając go za to, że wciąż działa i w duchu obiecałem mu, że w zamian za dobre sprawowanie, nigdy więcej nie dam mu do odcięcia. Wszystko to zniknęło na widok Włoszki, która ma już wszystko. Która powstała w kraju, gdzie celebruje się każdą krętą drogę i takie tylko przeważnie buduje. Jakby te proste nie miały sensu. Poczułem, że powieniem ruszyć się z miejsca, wstać i coś uroczyście powiedzieć. Może nawet przeżegnać się tak, jak robią to tylko Włosi na widok takiego dzieła. Ale przede wszystkim zakończyć rozmowę, bo w telefonie, który bezwiednie trzymałem w ręce wciąż wołał mnie Harley:

  • Hej! I co, przyjeżdzasz? Co to za hałas tam u ciebie? Jesteś? Nic nie słyszę.

  • Muszę kończyć, nara! Dobrze gada – odezwałem się w końcu do właściciela, który zajął miejsce na krawężniku obok, otwierając dużą puszkę energetyka.

  • Ano, to je nic. Poslouchetje za jizdy, pojd se mnou. To je formula.

  • Ok – odpowiedziałem.

Z rozmowy, która się nie kleiła, bo zbyt zajęty byłem tępym wpatrywaniem się w Aprilię z wysokości krawężnika wynikało, że jeśli poczekalibyśmy tam razem z Obłym i RSV, to dojechać powinien jeszcze R1. Pomyślałem, że w takim razie chyba warto byłoby posiedzieć tak jeszcze chwilę, z ciekawości. I spróbować pojechać za nimi. Skorzystać z zaproszenia.

Choć nie do końca rozumiałem po co. Akurat to, jak startują RSV1100 Tuono w duecie z R1 Big bang ze stacji benzynowej przecież można usłyszeć nie zsiadając nawet z krawężnika. Przecież nie ma takiej możliwości, żeby utrzymać się na gsx750r za nimi, jeśli na to nie pozwolą. Na gsx750r z 1990 roku. Na motocyklu bez niczego. Na którym brakuje wszystkiego.

 

Ale być tak blisko takiego, technologicznego źródła dźwięku w locie, to już nie przelewki. To zaszczyt, o którym nawet nie wiedziałem, że mi na nim zależy. Chociaż do pierwszego zakrętu, chociaż w terenie zabudowanym, choćby z daleka. Nie psując im linii, szyku i zabawy. Nie przynosząc wstydu. Nadążyć i posłuchać. Popatrzeć z bliska. 

 

Ale w jaki sposób tego dokonać? Aby nikomu nie dać powodu do odczucia, że bezczelnie pomyślałem, że dam radę, o ile trochę poczekają. Bo byłem tam z Obłym. I tamten facet to zauważył, że chcę sprawdzić, na ile mógłbym zbliżyć się do ich niemal dwustukonnych, lekkich i elektronicznych motocykli. 

 

cd wkrótce. I oddzielnie.

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz